Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Stanisław Komorowski, nazywany w MSZ Kenem, podał się do dymisji. Tak oto w ostatnich miesiącach mieliśmy w naszej służbie zagranicznej dwa spektakularne odejścia – najpierw dymisję złożył minister Stefan Meller, gdy do rządu wszedł Andrzej Lepper. Teraz, gdy Lepper wyszedł z rządu, złożył ją Komorowski.
To piękne gesty, ale niewiele kosztujące. Stefan Meller pracuje w MSZ, ma sekretarkę i dobrą pensję (żeby była jasność – lepsze to, niż miałby chodzić po mieście i szukać roboty…). Komorowski nie będzie wiceministrem, ale zostaje w MSZ. I albo wyjedzie na jakąś placówkę, albo też, jak zmieni się rząd, znów będzie w pierwszej linii pretendentów.
Bo przecież tak właśnie ta jego dymisja jest czytana – tu jestem, stoję i czekam, koledzy z PO!
Majstersztyk? No nie, bo zaraz potem poszły w MSZ wieści, że wyborów nie będzie, gdyż PiS zbudowało jakąś większość. Więc bohater Komorowski czym prędzej zachorował. I przebywa na zwolnieniu.
Dymisja Komorowskiego dała również asumpt do rozmów o tzw. plutonie egzekucyjnym. W MSZ wszyscy to dobrze pamiętają, na sylwestra (to zresztą tłumaczono potem jako przejaw humanitarnego podejścia, bo odwołania miały być wysyłane w Wigilię…) minister Meller odwołał dziesięciu ambasadorów, a rzecznik MSZ, Paweł Dobrowolski, opluł ich jako agentów i pracowników aparatu PZPR.
Wtedy jeden z odwoływanych miał powiedzieć proroczo, że przy takich operacjach na końcu zawsze rozstrzeliwany jest pluton egzekucyjny.
No i cóż się stało z tymi, którzy tę operację przeprowadzali? Meller jest z boku, w rezerwie jest Komorowski, wcześniej stanowisko rzecznika MSZ stracił Dobrowolski, Jerzy Pomianowski nie jest już dyrektorem generalnym, a piąty z „plutonu”, Ryszard Schnepf, już nie pracuje w Kancelarii Premiera.
Pluton, co prawda, nie został odesłany w niebyt, ale panowie funkcjonują gdzieś na marginesie. A starzy pracownicy, gdy spotykają ich na korytarzu, odwracają się plecami.
I trwają zakłady, gdzie kto z nich wyjedzie. Schnepf chodzi za Hiszpanią! Tam chce być ambasadorem. Więc antyszambruje i zabiega. Czy mu się uda? Nie chcemy być złośliwi, ale aż korci przypomnieć taką oto sytuację – to było kilka lat temu, gdy premierem był Buzek, a na ambasadora do Hiszpanii pojechał Jerzy Maria Nowak, stary MSZ-etowski pracownik, osoba bardzo fachowa i bardzo giętka. Wówczas w Kancelarii Premiera sprawami zagranicznymi zajmował się Schnepf i przeciwnicy Nowaka argumentowali (te głosy szły najmocniej właśnie z Alej Ujazdowskich…), że w Hiszpanii rządzi prawica, więc nie może jechać tam człowiek kojarzony (jakże na wyrost) z lewicą. I że do Madrytu powinien jechać ktoś, komu premier by ufał.
No cóż, dziś w Hiszpanii rządzi lewica. I to jaka! A co do establishmentu – czy Kaczyński ufa Schnepfowi?
Inny z plutonu, Paweł Dobrowolski, chciałby być ambasadorem w Australii. Dobry to pomysł, bo daleko i w oczy by się nie rzucał. Tylko czy poradziłby sobie z Polonią? Takich zgryzot zdaje się nie mieć Komorowski. On czeka.

Wydanie: 41/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy