Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Kilkanaście dni temu ze stanowiska zastępcy dyrektora Departamentu Europy Wschodniej został zdjęty Mariusz Maszkiewicz, były ambasador w Mińsku. Przestał być wicedyrektorem, ale w departamencie został, choć również przestał zajmować się Białorusią. To była dość symptomatyczna decyzja kierownictwa MSZ. Ale pozostałaby decyzją dla smakoszy resortowych roszad, gdyby nie sam zainteresowany. Otóż Maszkiewcz zdążył ostatnimi czasy pokazać się w mediach, zwłaszcza tych skierowanych na Białoruś, by zaprezentować swój punkt widzenia. I oto czego od Maszkiewicza mogliśmy się dowiedzieć. Najpierw, że jego dymisja to było wielkie uderzenie paskudnych sił. I że choć został odwołany, to nadal w resorcie pracuje, więc jako pracownik MSZ nie będzie tej sprawy (swojego odwołania) komentował. Po czym skomentował. Że odwołanie jego i Agnieszki Romaszewskiej ze stanowiska szefowej TVP Polonia to wielkie zwycięstwo KGB Białorusi.
Uczcijmy te słowa minutą milczenia.
Aha, jeżeli jesteśmy jeszcze przy Maszkiewiczu – chodzi on teraz po MSZ i narzeka. Że odebrano mu działkę, na której się znał, no i że w ogóle w MSZ to są nędzne zarobki, a on ma świetną propozycję, gdzie będzie nie
tylko o wiele więcej zarabiał,
ale i jego pozycja będzie znacznie poważniejsza. Jego koledzy twierdzą, że ta propozycja to stanowisko w Kancelarii Prezydenta. I to jest bardzo możliwe – Maszkiewcz wrócił przecież do MSZ w czasach PiS. Miał wizytówkę doradcy premiera Marcinkiewicza, potem premiera Kaczyńskiego, pisowskie spojrzenie na sprawy Wschodu jest mu bliskie.
Jeżeli odejście Maszkiewicza do Kancelarii Prezydenta będzie jakimś znakiem czasu, to jest nim na pewno powrót do MSZ Michała Radlickiego. No i funkcja, którą będzie pełnił. Wcześniej był postacią z czuba MSZ, niemal etatowym dyrektorem generalnym. Teraz wróci do MSZ na stanowisko dyrektora Biura Finansów, czyli znacznie mniej eksponowane. Dlaczego? Czy tylko dlatego, że w biznesie prywatnym mu się nie powiodło? W ministerstwie wszyscy pamiętają, że nad Radlickim wciąż wisi sprawa ambasady w Berlinie. To historia, która ciągnie się od 10 lat i która jest wielkim wstydem polskiego MSZ. A tysiące berlińczyków, którzy codziennie i od lat mijają wrak ambasady RP w tym mieście, wciąż mają powód do uszczypliwości.
Sprawa jest stara i znana, wielokrotnie opisywana. Tylko w telegraficznym skrócie przypomnijmy więc, że MSZ na miejscu starej ambasady chciało wybudować nową. Zaczęto od projektu architektonicznego. W trakcie prac umowę zmieniano, skończyło się to tym, że MSZ zapłaciło prywatnej firmie 16 mln zł, a dostało projekt nienadający się do realizacji. Drogi, niefunkcjonalny, którego nie zaakceptował ze względów architektonicznych senat Berlina. No i który nie spełnia norm natowskich. Sprawę badała NIK, potem trafiła ona do prokuratury, która zupełnie niespodziewanie ją umorzyła. Teraz trwają rozmowy z architektami, żeby projekt doprowadzili do stanu używalności – ale oni chcą za to
8 tys. zł za metr kwadratowy.
Dodajmy, że osobą zamieszaną w tamte negocjacje z architektami był dyrektor generalny Michał Radlicki. Teraz wraca do MSZ. Więc ludzie się krzywią. I tylko w niewielkim stopniu poprawia im humor zapowiedź, że sprawami ambasady w Berlinie na pewno nie będzie się zajmował.

Attaché

Wydanie: 13/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy