Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Wielka awantura wybuchła, kiedy BBN upubliczniło raport na temat tragicznej śmierci w Pakistanie polskiego geologa Janusza Stańczaka. Premier wołał, że raport jest haniebny i że to skandal. A to dlatego, że obarczał winą za śmierć Polaka polski rząd i MSZ.
Odłóżmy na bok argumenty BBN i ludzi prezydenta Kaczyńskiego. I zapytajmy: czy rzeczywiście i minister Sikorski, i premier Tusk mogą z czystym sumieniem mówić, że w tej sprawie zrobili wszystko, co trzeba?
Oczywiście nie mogą. I nie trzeba być wielkim znawcą, by stwierdzić, że, po pierwsze, Polska była logistycznie nieprzygotowana do tego, by swojego obywatela uratować. A po drugie, ratowano go bardzo powściągliwie…
I warto by było, by rząd wyciągnął z tego wnioski.
Od lat trwa bowiem proces naszego wycofywania się z Azji, redukcji placówek, i zdaje się, dotarliśmy do ściany.
W Pakistanie mieliśmy konsulat w Karaczi. Z tego miasta było najbliżej do porywaczy polskiego geologa. Poza tym miasto to jest kluczowym punktem postojowym na drodze konwojów zaopatrujących naszych żołnierzy w Afganistanie. Taka placówka to skarb. Jeśli jest obsadzona właściwym personelem – to skarb podwójny. Więc właśnie minister Sikorski, w ramach oszczędności, ją zlikwidował. Po co kłopot, prawda?
Jeżeli więc z Karaczi nie mogliśmy ratować Polaka, to może z Islamabadu? To też było trudne. Bo, po pierwsze, to malutka placówka. A po drugie, ambasador Krzysztof Dębnicki jest ciężko chory, leczy się. W czasie więc, gdy nastąpiło porwanie nie było go w Pakistanie… Życząc ambasadorowi powrotu do zdrowia, warto zapytać: to jak w takiej sytuacji mogły wyglądać nasze zabiegi u władz pakistańskich?
Może więc dałoby radę dotrzeć do porywaczy od strony Afganistanu? Możemy gdybać, gdyż w Kabulu nie mamy pełnego ambasadora. A inni sąsiedzi Pakistanu? Jeśli chodzi o Iran, odpowiedź również jest mało ciekawa. Od wielu, wielu miesięcy placówka jest nieobsadzona, nie mamy w Teheranie ambasadora. Co samo w sobie jest skandalem. Iran, położony między Irakiem a Afganistanem, państwo, na które wzrok kieruje pół świata, jest poza zasięgiem polskiego zainteresowania. Pięknie…
A Indie? Uff… Tam ambasadora mamy. To Piotr Kłodkowski, profesor z Uniwersytetu Śląskiego. Dyplomata amator. Jest zresztą na placówce zupełnie od niedawna. Trochę czasu musi zatem upłynąć, zanim będzie można go oceniać. Na razie się uczy…
Oto więc przegląd dyplomatycznych sił, które minister Sikorski rzucił na region, w którym pełnią misje polscy żołnierze. Patrząc zimnym okiem – nie mamy tam nic. Więc nic nie możemy. Ministrze, może tak więcej hojności?
Uzupełnieniem tego niech będzie meldunek z kolejnego państwa azjatyckiego, w wielkiego mocarstwa, czyli Chin. Minister Sikorski zdecydował się tam wysłać na ambasadora Tadeusza Chomickiego, całkiem niedawno był on przesłuchiwany w Sejmie. Chomicki to dyrektor Departamentu Azji, w MSZ od 1992 r., a w swej karierze zajmował się sprawami rozbrojenia i uzbrojenia (bo kierował Departamentem Polityki Eksportowej) i Azją.
No i pięknie, ale generałem nie jest. A do Chin wysyła się albo sinologów, albo ludzi silnie umocowanych w strukturach naszej władzy – przynajmniej wiceministrów. Tych niższych rangą się nie szanuje. Więc, siłą rzeczy, nie mają przebicia. Efekt pewnie będzie więc taki, że państwo polskie zafundowało swojemu dyplomacie wczasy, ale pożytku wielkiego z tego mieć nie będzie

Wydanie: 23/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy