Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

I tak niepostrzeżenie zwalniają się w MSZ dwa stanowiska podsekretarzy stanu. A w zasadzie jedno już się zwolniło. Rzecz zapoczątkowała Danuta Hübner, która została samodzielnym ministrem ds. europejskich. Tym samym pożegnała MSZ. Na jej miejsce, na stanowisko sekretarza stanu, przyszedł więc Adam Daniel Rotfeld, dotychczasowy podsekretarz. To jest pierwszy wakat, po Rotfeldzie podsekretarzu. Drugi pojawi się lada chwila. Otóż na zagraniczną placówkę wybiera się wiceminister Sławomir Dąbrowa. Będzie on ambasadorem RP w Bułgarii. No, może nie jest to placówka na jego format, ale pamiętajmy, że w ostatnich latach Dąbrowa zagustował w Bałkanach, kilka lat temu był ambasadorem w Belgradzie, więc pewnie miło mu będzie kończyć karierę dyplomatyczną w Sofii.
Te dwa wakaty podobno sprawiają kłopot ministrowi Cimoszewiczowi. Bo na razie nie widzi dobrych kandydatów, którzy mogliby zastąpić Rotfelda i Dąbrowę. Trwa więc poszukiwanie w MSZ specjalisty zdolnego poprowadzić pion promocji interesów gospodarczych RP oraz drugiego – fachowca od prawa międzynarodowego. Ciekawe, kogo Cimoszewicz wybierze…
Sekwencję kadrowych zmian rusza również wyjazd Adama Kobierackiego, dyrektora Departamentu Polityki Bezpieczeństwa, do Brukseli, do siedziby NATO, gdzie będzie jednym z zastępców George\’a Robertsona. Jego wyjazd to nie tylko kolejne punkty dla Polski na międzynarodowej giełdzie pracy dyplomatów, to także przełom w samym MSZ.
Praca w polskiej dyplomacji jest nieźle płatna. Dyrektorzy departamentów zarabiają razem z premiami 7-9 tys. zł miesięcznie, a nawet więcej. Na placówce można zarobić po kilka tysięcy dolarów miesięcznie.
Ale to wszystko przestaje być cymesem, gdy np. kandydat na ambasadora ma dobrze zarabiającą żonę. Polskie przepisy mówią, że żona ambasadora nie może pracować w kraju pobytu. Było już więc wiele takich sytuacji, że minister znalazł dobrego kandydata na ambasadora, a ten odmawiał. Bo, biorąc pod uwagę dotychczasowe wspólne zarobki swoje i żony, na wyjeździe finansowo by stracił. Były też takie przypadki, że dyplomaci jechali za granicę bez żon. One zostawały w kraju. Tylko że z perspektywy ostatnich lat widać, iż nie było to dobre rozwiązanie ani dla III RP, ani dla pozostawionych nad Wisłą małżonek…
Kobieracki rozwiązał ten dylemat. Bo po pierwsze, pokazał, że w dyplomacji można zarobić naprawdę duże pieniądze. On w Brukseli zarabiać będzie – taka poszła po MSZ fama – 16 tys. euro miesięcznie (trzy razy więcej niż najlepiej zarabiający polski ambasador), plus takie banalne dodatki jak mieszkanie i samochód za darmo. No, mając taką pensję, można namówić żonę, by była bezrobotna. Po drugie, udowodnił, że można wywalczyć dobre stanowisko w organizacjach międzynarodowych. To ważne, bo do tej pory nasi dosyć słabo przebijali się w strukturach międzynarodowych. I pozostawało im walczyć o posady w polskiej dyplomacji… Tymczasem teraz widać, że można wybrać inną ścieżkę kariery, że otwierają się możliwości w NATO, w Unii, w ONZ.
W naszym MSZ zapowiada się ostre kadrowe wietrzenie. A raczej wywiewanie.

Wydanie: 32/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy