Nowy Sejm w innej Polsce

Lewica wygrała, ale musi poradzić sobie nie tylko z kryzysem w gospodarce, ale też z populizmem 

Radość i gorzka refleksja. To pierwsze uczucia, jakie musiały przemknąć po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów do Sejmu w głowach sympatyków koalicji SLD-UP. Choć różniące się skalą jednego procenta, sondaże OBOP i PBS zgodnie wskazały, że lewica pod wodzą Leszka Millera osiągnęła swój cel i zarazem go… nie osiągnęła. Rezultat na pograniczu 44% głosów jeszcze pół roku temu uznawany byłby za absolutny sukces. Ale ostatnie miesiące przyzwyczaiły nie tylko lewicę, ale i polityków innych ugrupowań i sporą część opinii publicznej do perspektywy 48–50% głosów dla SLD-UP i 250–270 miejsc w parlamencie.
Zamiast tej – bezpiecznej z punktu widzenia stabilnego rządzenia – przewagi w Sejmie, lewica może liczyć tylko na minimalną większość mandatów poselskich. To także sukces, zwłaszcza jeśli pamiętać, że przez kolejne wybory lewica zdobywa za każdym razem wyraźnie więcej głosów. Ale kierowanie państwem będzie teraz trudniejsze. Większą wagę będą miały polityczne kompromisy z innymi ugrupowaniami reprezentowanymi w parlamencie. Znaczenia nabierze utrzymanie spójności lewicowej koalicji. Jeśli sprawdzą się zapowiedzi działaczy UP, że po wyborach utworzą klub w Sejmie,

misterna gra polityczna

będzie toczyć się także – na co dzień – za kulisami sojuszu SLD-UP.
Są tacy, którzy dodają do tego inną obawę. Duża liczba mandatów poselskich pozwoliłaby lepiej zaspokoić (istniejące także na lewicy) apetyty kadrowo–personalne. Teraz parcie wśród tych, którzy – z dalszych miejsc na listach wyborczych – nie podostawali się do Sejmu, może skierować się na instytucje rządowe. To potencjalnie duże niebezpieczeństwo. Jak bowiem od dawna podkreślali sami liderzy lewicy, to kompetencja i doświadczenie, a nie polityczny klucz muszą być w najbliższych latach głównym kryterium doboru ludzi na stanowiska w aparacie państwa. Jeśli lewica chce kończyć z podniesioną głową – i to najlepiej za lat co najmniej osiem, a nie cztery – swoją misję przekształcania Polski w państwo lepsze i bardziej przyjazne dla każdego obywatela.
Tu SLD przyda się bez wątpienia – jako wymowne memento – wspomnienie losu AWSP i UW. Kompletna klęska to za mało na określenie werdyktu wyborców wobec tych dwóch ugrupowań. To ewenement w skali europejskiej. Partie, które rządziły Polską przez cztery lata, zostały przez Polaków wyproszone za drzwi parlamentu. Drzwi pokazano przy tym partiom wyrosłym z etosu „Solidarności”. To z kolei sygnał końca epoki.
A jeśli mowa o kompetencji. W polityce oznacza ona także umiejętność rozmowy rządzących ze społeczeństwem. Takie komunikowanie się z opinią publiczną, aby nie wprowadzać zamętu do (skołatanych i tak ponad miarę błędami rządu Jerzego Buzka) głów Polaków. Tuż przed wyborami takiego egzaminu na polityka nie zdał prof. Marek Belka. Jego – niespójny i nieprzemyślany do końca – projekt „planu ratunkowego” dla Polski wywołał konsternację u niemałej części wyborców lewicy. Niektórzy uważają, że SLD-UP straciła w ten sposób co najmniej 2% głosów. Nie warto pocieszać się tezą, że 44% głosujących mimo wszystko zaakceptowało zapowiedź wyrzeczeń. W przyszłości nowy rząd już absolutnie nie może wysyłać do ludzi takich niejasnych sygnałów. Polityka gospodarcza musi być inna niż za czasów AWS i UW. Bo odwróci się od rządu lewicy nie tylko kolejny segment opinii publicznej, ale także część własnych posłów.
Według socjologów, głosy zawiedzionych przepływały w ostatnich dniach głównie do ugrupowania Andrzeja Leppera. Wynik Samoobrony, lepszy także od rezultatu, jaki otrzymało PSL, to największa sensacja wyborów. Politycy już ochrzcili ten fenomen określeniem „elekcja frustracji społecznych”. Mówi się o perfekcyjnej kampanii, przygotowanej dla Leppera przez specjalistów od „uwodzenia wyborców”. Po części to prawda. Ale w większym stopniu

bardzo przykra cenzurka,

wystawiona istniejącemu establishmentowi politycznemu. W ciągu 12 lat od 1989 r. scena polityczna w Polsce zatoczyła swoiste koło. Wszyscy już rządzili krajem. Wyborcy wyraźnie utracili w sporej części zaufanie do istniejących partii – właśnie poza SLD.
Wielkie pytanie z 23 września brzmi więc, czy Andrzej Lepper stanie się częścią sytemu politycznego i blokowanie dróg oraz polityczną demagogię zastąpi radykalną, ale ograniczoną do demokratycznych zwyczajów działalnością w Sejmie, czy też uczyni z parlamentu Sejm szlachecki w najgorszym tego słowa znaczeniu? Czy trudne czasy – które nas przecież czekają, zwłaszcza w gospodarce – staną się dla Samoobrony, już z polityczną legitymacją partii parlamentarnej, okazją do spychania Polski w stronę populizmu, czy może raczej polem wspólnego myślenia o Polsce. Dzisiaj trudno o szczególny optymizm.
Tym bardziej że wymiatanie istniejących elit wprowadziło do Sejmu radykałów także z drugiej, prawicowo–katolickiej strony. W obu wypadkach – zarówno Samoobrony, jak i Ligi Polskich Rodzin – ekstremizm w żądaniach społecznych to tylko jedno z zagrożeń. Drugie to niechętny stosunek do UE. W nowym Sejmie

wrogowie (zjednoczonej) Europy

zyskają mocną pozycję. Poza Samoobroną i LPR dwuznaczną postawę wobec Unii reprezentują przecież eurosceptycy z PSL i PiS.
Dla koalicji SLD–UP to ważny powód do budowania porozumienia z ugrupowaniami, które rozumieją potrzebę szybkiego marszu Polski do Unii. Współpracy z pragmatyczną częścią PO, z przewartościowującym (oby!) swoją politykę PSL. Być może z – doroślejącą politycznie – Samoobroną.
Tylko wtedy nie ześlizgniemy się w roszczeniowo–populistyczną spiralę, na której końcu byłaby klęska nas wszystkich.

Wydanie: 39/2001

Kategorie: Wydarzenia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy