Obama ratuje Arktykę

Obama ratuje Arktykę

Wyścig o przyszłość Arktyki i Alaski

Jeśli po ogłoszeniu wyniku wyborów ktokolwiek miał nadzieję, że prezydenturę ekscentrycznego miliardera utemperują instytucje amerykańskiej demokracji, już ją porzucił. Wprawdzie do oficjalnego przejęcia władzy w Białym Domu pozostały Donaldowi Trumpowi jeszcze prawie trzy tygodnie (inauguracja nastąpi 20 stycznia), to kandydat Republikanów już pokazał, że nie ma zamiaru porzucać swoich pryncypiów. A należy do nich przede wszystkim ochrona własnych interesów. Dodajmy do tego prawdopodobnych kandydatów do rządu, wśród których są przedstawiciele wielkich korporacji, urzędnicy podejrzani o związki z Rosją, członkowie rodziny i przypadkowi politycy bez doświadczenia.

Wyścig z czasem

Nic dziwnego, że Barack Obama postanowił porzucić wizerunek zrelaksowanego w ostatnich dniach prezydenta i w finale swojej drugiej kadencji przeszedł do legislacyjnej ofensywy. Jej celem ma być uchwalenie możliwie największej liczby aktów prawnych, które uniemożliwią Trumpowi realizację najbardziej szkodliwych i nieprzemyślanych planów. Dla Obamy rozpoczął się wyścig z czasem – nagrodą jest nie tylko jego własny sukces, ale przede wszystkim ocalenie ciężko wypracowanych rozwiązań w takich dziedzinach, jak chociażby ochrona środowiska i dyplomacja.

Pierwszym polem bitwy, na którym odchodzący urzędnicy Obamy zmierzyli się z ofensywnymi planami Trumpa, była imigracja. Zaostrzenie polityki migracyjnej, m.in. poprzez budowę muru na granicy z Meksykiem i masowe deportacje niezarejestrowanych obcokrajowców, były tematami przewodnimi kampanii republikańskiego kandydata. Zaraz po zwycięskim wieczorze wyborczym Trump dodał do tej układanki kolejny element, zapowiadając obowiązkową rejestrację wszystkich muzułmanów przebywających na terenie USA.

Ten pomysł natychmiast wzbudził falę krytyki liberalnych mediów i organizacji ochrony praw człowieka. Eksperci powoływali się na interpretacje konstytucji i naruszanie wolności wyznania, padały porównania do obowiązku rejestracji Żydów znanego z hitlerowskich Niemiec. Trump twierdził jednak, że jego zamiar ma podstawy prawne. Chodzi bowiem o ustanowiony przez George’a W. Busha Narodowy System Rejestracji Wjazdów i Wyjazdów (National Security Entry-Exit Registration System, w skrócie NSEERS). Wprowadzony w życie po zamachach 11 września system zbierał informacje o imigrantach przybywających do USA z konkretnych krajów wyszczególnionych na specjalnej liście, regularnie aktualizowanej przez zarządzające programem służby Homeland Security (odpowiednik naszego ABW). Nie byłoby w tym zresztą nic dziwnego, gdyby nie fakt, że obywatele krajów wpisanych na listę – głównie z państw Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej – musieli w ramach programu odpowiadać na wiele dodatkowych pytań, w tym dotyczących wyznania. Pod tym względem rzeczywiście Trump miał rację, chcąc wykorzystać istniejącą legislację do celów populistycznych.

Problem jedynie w tym, że od 2011 r. program w praktyce nie działał, a Homeland Security usunęło z listy wszystkie państwa, nie dodając od tego czasu ani jednego nowego kraju. Obama wykorzystał ten fakt i na chwilę przed Bożym Narodzeniem zmobilizował przedstawicieli Partii Demokratycznej w Kongresie do całkowitego wygaszenia programu. 23 grudnia NSEERS oficjalnie przeszedł do historii, a Trump stracił prawną podpórkę jednego z bardziej przerażających pomysłów społecznych. Nie jest oczywiście powiedziane, że razem z republikańską większością nie stworzy nowego projektu legislacyjnego na wzór programu Busha juniora, wiadomo jednak, że realizacja tego postulatu będzie trudniejsza, niż się wydawało na początku.

Ekologia, głupcze

O ile regulacja imigracji jest często kwestią interpretowania przepisów i może zostać zmodyfikowana, o tyle odwrócenie negatywnych konsekwencji w kwestii ochrony środowiska naturalnego tak łatwe nie będzie. A właśnie na tej płaszczyźnie Amerykanom grozi ze strony administracji Trumpa bodaj największe niebezpieczeństwo. Prezydent elekt jest znany z tego, że zaprzecza istnieniu zjawiska globalnego ocieplenia. W dodatku do swojego przyszłego rządu zaprosił m.in. Rexa Tillersona, który od dekady pełni funkcję prezesa zarządu paliwowego giganta ExxonMobile (kandydat na sekretarza stanu) oraz Ricka Perry’ego, byłego gubernatora Teksasu, jednego z udziałowców w spółce odpowiedzialnej za budowę kontrowersyjnego rurociągu Dakota Access Pipeline (kandydat na sekretarza ds. energii). Obaj panowie mają zresztą z Trumpem wiele wspólnego – nie tylko nie traktują poważnie efektu cieplarnianego, lecz także żaden z nich nie zamierza wycofać się ze swoich komercyjnych interesów w wypadku objęcia stanowiska w rządzie Stanów Zjednoczonych. Wszystko to sprawia, że wykorzystanie posiadanych przez USA zasobów naturalnych do partykularnych celów przez administrację Trumpa można uznać za pewnik najbliższej kadencji.

Szczególnie niebezpieczna i delikatna jest tu kwestia wydobywania bogactw naturalnych z obszarów Arktyki oraz Alaski, które należą do USA. Delikatna z dwóch względów – zagrożeń ekologicznych i możliwych geopolitycznych spięć spowodowanych ekspansywną polityką Rosji w tym obszarze. Dlatego skrępowanie rąk prezydentowi elektowi było priorytetem Obamy. Udało się to po raz kolejny dzięki zawiłościom amerykańskiego prawodawstwa. Odchodzący prezydent wykorzystał uchwalony przez Kongres w 1953 r. akt w sprawie Terenów Zewnętrznego Szelfu Kontynentalnego, który nadaje głowie państwa jednostronną prerogatywę wycofania dowolnego obszaru na terenie Stanów Zjednoczonych z użytkowania publicznego lub prywatnego. Dzięki temu kruczkowi prawnemu Obama objął ochroną 466 tys. km kw. lądu i lądolodu na północ od Alaski oraz niemal 16 tys. km kw. wybrzeża atlantyckiego między stanami Wirginia i Maine.

Co jednak najważniejsze, prerogatywa ta jest jednostronna, ponieważ prezydent może wycofać z użytku dowolny obszar, ale nie może go na mocy własnej decyzji do użytku przywrócić. Takie działanie wymagałoby zgody Kongresu. Oczywiście Trump będzie próbował taką decyzję przepchnąć przez parlament, jednak, jak twierdzi Annie Leonard, dyrektor wykonawczy Greenpeace USA, kongresmeni najpewniej odrzuciliby taką inicjatywę legislacyjną. Odwrotnie niż w kwestii imigracji, w ochronie środowiska konsekwencje nieudanych decyzji mogą bardzo szybko okazać się niemożliwe do odwrócenia.

Odwet Izraela?

Wreszcie ostatni cios Obama zadał Trumpowi w polityce zagranicznej. W zeszłym tygodniu Stany Zjednoczone wstrzymały się od głosu na forum Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych, pozwalając tym samym na przyjęcie krytycznej wobec Izraela rezolucji potępiającej politykę tamtejszego rządu, budującego coraz liczniejsze osiedla mieszkaniowe na terytorium Autonomii Palestyńskiej. Kilka tygodni wcześniej urzędnicy prezydenckiej administracji oskarżyli Izrael o szpiegostwo, a jeden z nich powiedział nawet w anonimowym wywiadzie dla „Wall Street Journal”, że Izraelczycy kradną amerykańskie tajemnice bezpieczeństwa i wykorzystują je do propagandy na międzynarodowych forach.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu natychmiast zagroził Ameryce odwetem, twierdząc, że ma dowody na antyizraelski spisek przygotowany przez Obamę w ONZ i przekaże je już nowej administracji. Nadszarpniętej relacji nie da się jednak tak łatwo odbudować. Stosunki z Izraelem były dla Trumpa jednym z priorytetów, głównie ze względu na hojne datki na jego kampanię, płynące z tamtejszych źródeł, oraz zapowiedź partnerstwa strategicznego w twardej polityce wobec państw Bliskiego Wschodu. Oczywiście Izraelczykom będzie łatwiej dogadać się z niedoświadczonymi dyplomatami Trumpa, a może nawet ich zmanipulować, jednak o zarzutach szpiegostwa trudno będzie zapomnieć, zwłaszcza biorąc pod uwagę relatywnie dużą niezależność, jaką cieszą się w Stanach służby wywiadowcze.

Oczywiście Obama nie jest w stanie powstrzymać najważniejszego elementu nadchodzącej kampanii – Trump zostanie prezydentem i będzie miał pełnię władzy nad amerykańską polityką zagraniczną, armią, dużą częścią polityki wewnętrznej i gospodarczej. Władzy, której użyje najpewniej dla własnych korzyści. Jedyną nadzieją Amerykanów jest zatem wiara w to, że korzyści prezydenta elekta pokryją się z ich własnymi.

Wydanie: 1/2017

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. ptasiek
    ptasiek 7 stycznia, 2017, 01:44

    Dziwaczny artykuł! Obama jawi się w nim jako mały złośliwy;karzeł, który nic sam nie potrafił doprowadzić do końca, a cały wysiłek wkłada w psucie pracy innym. To Obama był nieszczęściem USA bo pod jego rządami schrzanili każde starcie – Ukraina, Syria. Libia, Turcja, Filipiny a teraz nawet Izrael. Świat stał się przez niego wielobiegunowy, a on się bawił w typowanie terrorystów do likwidacji zamiast o dbanie o interesy państwa. Zdecydowanie najgorszy prezydent USA w ostatnich 100 latach. Trump może być tylko lepszy

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy