Powrót Czerwonych Brygad

Powrót Czerwonych Brygad

Brutalny zamach terrorystyczny na doradcę ministra zaszokował Italię

Ta zbrodnia wstrząsnęła społeczeństwem Włoch. „Czy powraca czas terroru i morderstw politycznych?”, pytają komentatorzy. Nieznani sprawcy, zapewne bojówkarze lewackich Czerwonych Brygad, z zimną krwią zamordowali doradcę ministra pracy. Ten barbarzyński, jak wyraził się papież, zamach może pogłębić chaos polityczny nad Tybrem i zagrozić włoskiej demokracji.
52-letni profesor Marco Biagi – wybitny ekonomista i prawnik wykładający na uniwersytecie w Modenie – we wtorek, 19 marca, wracał wieczorem z pracy do rodzinnej Bolonii. Wysiadł z pociągu, jeszcze z dworca zadzwonił do żony i syna: „Zaraz będę z wami”. Wsiadł na rower i pojechał do domu przy Via Valadonica – wąskiej, średniowiecznej ulicy z malowniczymi arkadami. Nie zwrócił uwagi na podążający z tyłu skuter, pełno ich we włoskich miastach. Kiedy dotarł na miejsce o godzinie 20.35, postawił rower pod ścianą, by otworzyć drzwi. Nie zdążył. Jeden z zabójców na skuterze wyciągnął pistolet i strzelił czterokrotnie w plecy profesora. Śmiertelnie ranny Biagi osunął się na bruk. Zanim napastnicy zniknęli w mroku, zostawili wydrapaną na murze pięcioramienną gwiazdę w kole – symbol Czerwonych Brygad – oraz odcisk stempla przedstawiający tkwiącą w tarczy strzałkę z napisem: „Cel trafiony”.
Marco Biagi, przyjaciel przewodniczącego Komisji Europejskiej, Romana Prodiego, był jednym z najlepszych specjalistów w dziedzinie prawa pracy we Włoszech. Początkowo socjalista, potem bezpartyjny, zachował dobre stosunki ze związkami zawodowymi. Zwykł mawiać: „Moim marzeniem jest, aby Italia stała się w końcu normalnym krajem”. Mordercy sprawili, że tego nie dożył.
Był doradcą Roberta Maroniego, ministra pracy w centroprawicowym gabinecie, na którego czele stoi magnat medialny Silvio Berlusconi. Przedtem tę samą funkcję pełnił w rządzie centrolewicowym. Profesor z Bolonii uważał, podobnie jak wielu włoskich i zagranicznych ekspertów, że archaiczne prawo o zatrudnieniu obowiązujące w Italii musi zostać zreformowane. Chodzi przede wszystkim o słynny paragraf 218 kodeksu pracy, zabraniający dużym firmom zwalniania pracowników „bez uzasadnionej przyczyny”. Biagi uważał, że zmiana paragrafu 218 jest konieczna jako środek na zmniejszenie bezrobocia. W dniu swej śmierci opublikował w gazecie „Il Sole 24 Ore” artykuł pod tytułem: „Ktokolwiek chce zablokować tę reformę, jest przeciwko Europie”. Potężne związki zawodowe Italii, liczące 12 mln członków, o jakiejkolwiek zmianie paragrafu 218 nie chcą nawet rozmawiać. Marco Biagi miał więc z powodu swej działalności wielu wrogów. Różnego rodzaju obrońcy „interesów proletariatu” grozili mu w rozrzucanych ulotkach, jako „pachołkowi kapitalizmu”. Profesor miał ochronę policyjną, ale ostatnio tylko podczas wyjazdów do Rzymu. Podobno władze uznały, że w rodzinnym mieście rządowy doradca jest bezpieczny. W każdym razie ochronę w Bolonii wycofano. A przecież eksperci ostrzegali, że pogrobowcy lewackiego terroryzmu gotują się do walki z państwem. W końcu lutego podłożona przez nieznanych sprawców bomba wybuchła w pobliżu gmachu rzymskiego MSW. Kilka dni przed zamachem w Bolonii magazyn „Panorama” opublikował raport tajnych służb, ostrzegający, że wkrótce może dojść do ataków terrorystycznych, przy czym zagrożeni są „politycy, związkowcy i przedsiębiorcy angażujący się w reformy gospodarczo-społeczne”, a zwłaszcza „minister Roberto Maroni i jego najbliżsi doradcy, pracujący w ukryciu”. Mimo to profesorowi nie przywrócono ochrony policyjnej.
Współpracownicy skłonnego do reform ministra pracy żyją we Włoszech niebezpiecznie. W maju 1999 r. został zastrzelony na rzymskiej Via Salaria Massimo D’Antona, doradca w rządzie centrolewicowym. Zabójcy działali w ten sam sposób – podjechali skuterem, strzelili i uciekli. Policja nie zdołała ich odnaleźć. Analizy balistyczne wykazały, że do zamachu na Via Valadonica użyto tej samej broni – pistoletu kalibru 9 mm. Do obu zamachów przyznała się organizacja Czerwone Brygady na rzecz Budowy Walczącej Partii Komunistycznej. W 26-stronicowym manifeście internetowym, przesłanym agencji informacyjnej Caserta 24 Ore, „brigatisti” stwierdzili, że Biagi musiał zginąć, ponieważ jako doradca ministra pracy stał się częścią rządu „reprezentującego interesy burżuazyjnego imperializmu”. Przesłanie Czerwonych Brygad sławi zamachy na USA z 11 września 2001 r., świadczące, „że możliwe jest przeprowadzanie niezwykle niszczycielskich ataków na terytorium nieprzyjaciela (…) bez użycia zaawansowanych technologicznie broni”. Terroryści głoszą, iż z uwagi na militarną odpowiedź USA „konieczne jest utworzenie sojuszu sił antyimperialistycznych i rewolucyjnych w Europie, w regionie Morza Śródziemnego i na Bliskim Wschodzie”.
Czyżby miała powrócić epoka ponurych lat 70. i 80., „czasu ołowiu”, kiedy prawicowi i lewicowi fanatycy poprzez niezliczone zamachy paraliżowali społeczeństwo Italii? Czyżby odrodziły się lewackie Czerwone Brygady, które w tych dwóch dziesięcioleciach dokonały ponad tysiąca ataków, uśmiercając 415 osób? Od końca lat 80. uważano tę organizację za martwą. Po zamachu na Biagiego policja na wszelki wypadek przeszukała cele tej garstki terrorystów z Brigate Rosse, którzy jeszcze pozostają w więzieniach.
Brutalny akt terroru popełniono w czasach szczególnie dla Italii trudnych. Włoskie brzegi szturmują setki nielegalnych imigrantów, zaś w kraju lewicowa opozycja toczy gorący spór z rządem Berlusconiego, którego oskarża o autokratyczne zapędy i manipulowanie mediami. Ożywają stare podziały między prawicą a lewicą, narasta nienawiść, zacietrzewione strony wymyślają sobie od komunistów i faszystów, zamiast myśleć o reformowaniu państwa. Jeśli władze i opozycja nad Tybrem nie złagodzą swej retoryki, jeśli nie ostudzą gorących głów, terroryści znajdą sprzyjającą atmosferę do działania.

 

Wydanie: 12/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy