Obiecanki cacanki

IDŹCIE Z BLOGIEM

Wyszliśmy już chyba z gorączki niedzielnej nocy. Temperatura się ustabilizowała na poziomie 37,0 stopni. Uspokoiło się trochę. Dość dobrze przewidziałam wyniki. Może przeszacowałam Napieralskiego, sądziłam, że zdobędzie choć 10%, widać gołym okiem, że potrzebne są zmiany. Napieralski zrezygnował, trudno. Trzeba budować lewą nogę od nowa. Trochę mi żal PJN, mimo wszystko, mimo że wiem, jak się starali przygotować prezesa w kampanii prezydenckiej. Jak pragnęli jego wygranej. Ponieśli za to karę, sparzyli się. Nabrali trochę rozsądku. Wyniku Palikota byłam pewna. Kobieca intuicja połączyła się z obserwacją różnych środowisk. Zwłaszcza młodych, pewnych, że głosując na Palikota, robią dobrze krajowi i sobie. To synowie i córki znajomych ludzi. Ich rodzice, ci całkiem dorośli, byli trochę lękowi, bali się o przyszłość kraju. Pamiętają PRL, a więc boją się powrotu jakiejś, nawet groteskowej, postaci zamordyzmu, choćby w osobie Napoleonka Kaczyńskiego, wodza i zbawcy. Mieli wielką ochotę na przygodę z Palikotem, jednak przed wejściem za parawan powstrzymali się i postawili krzyżyk czy raczej iks na PO.
Zachowali się jak nie całkiem cnotliwa żona, która umówiła się na randkę z przystojniakiem, jednak w pokoju hotelowym, już trochę rozebrana, siedząc na skraju łóżka, nagle się zerwała i z okrzykiem: „Och nie! Nie mogę mu tego zrobić!” wybiegła i wróciła do naprutego – jak powiedziała Doda o facetach, którzy napisali Biblię – piwem męża, oglądającego mecz. Dygresja: czy ci, którzy wytoczyli Dodzie proces, mogą udowodnić, że piszący księgę nie byli naprani? Są rzeczy do udowodnienia i takie, których udowodnić się nie da. Zioła były wówczas w modzie, nie było antybiotyków, leczono ziołami.
Teraz niektórzy, co się powstrzymali i nie zagłosowali na Ruch Palikota, żałują. Nie mówię im: „A nie mówiłam?”, bo wiem, co czują. Mieli swoją rację. Wolny kraj, wolny wybór!
Mam sumienie czyste, postąpiłam zgodnie z poczuciem sensu. Marek Borowski, mój drugi faworyt, dostał się z rewelacyjnym wynikiem, zostawił daleko w tyle legendę „Solidarności”, Zbyszka Romaszewskiego. Tak kiedyś się o nim mówiło. To był odważny facet. Pamiętam naszą radość, naszą satysfakcję, gdy zadziałało radio solidarnościowe. Co się z ludźmi stało? Dlaczego ktoś taki jak Romaszewski porównuje kiboli – nie kibiców, ale właśnie kiboli – do KOR? Dlatego Borowski go pokonał – bo jest spokojny, niezapiekły, zawsze kompetentny, bez nienawiści do przeciwnika, co najwyżej złośliwy, bo inteligentny. Państwowotwórczy. Takim będzie senatorem.
Niepewność co do zwycięstwa PiS ustąpiła mi totalnie, jak gorączka po dwóch aspirynach popijanych mocną herbatą z koniakiem, a zdarzyło się to po rozmowie Napoleonka z Lisem. Wszyscy biadolili nad zbytnią kulturą Lisa, że nie walnął z grubej rury, że nie zmiażdżył, nie zdeptał. Tymczasem zarówno idiotyczne odpowiedzi, jak i ich brak ze strony Napoleonka powodowały podniesienie adrenaliny u uśpionych wyborców PO. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby kogoś takiego na czele. Nawet zagrypieni i przeziębieni napili się rosołu i poszli głosować.
Teraz, po przegranej wojnie, bo dla tego małego stratega to była niewątpliwie wojna, Napoleonek powinien pojechać na Elbę. Obiecywał przecież, że jak przegra, to odejdzie. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Nikt chyba nie jest aż tak głupi, żeby uwierzyć w przyrzeczenia Jarosława Kaczyńskiego. „Nie będę premierem, gdy mój brat będzie prezydentem!”, obiecał. To było kiedyś.
Pamiętacie? Pamiętamy!
Nawet jego ludzie, Kurski i Ziobro, których nie było na wieczorze wyborczym, a którzy białe ząbki ostrzyli na przywództwo, przeliczyli się. Na razie nie ma klimatu do rozłamu. Żelazny elektorat PiS wierzy w Jarosława jak w Mesjasza, a on czuje się, jakby był przywódcą nowej sekty. Kto może krzyczeć: „Jarosław, Polskę zbaw! Zbaw nas!”? Czy katolicy mogą tak się zachowywać? Mogą, mogą. Religie zawsze zaczynają się od kogoś, kogo inni wyśmiewają. Tak kombinują wyznawcy. Ciekawe, czy Nowak od sekt wytoczy proces w tej sprawie. Sam Napoleonek zapytany, czemuż to nie dotrzymuje danego słowa w sprawie oddania władzy, mimo że to obiecał, wykpił się po raz kolejny. Uznał, że ten okrzyk potrzeby zbawienia jest dowodem na jego niezbędność. Zawsze można zwalić swój apetyt na władzę na to, że ojczyzna w potrzebie. Jak to było? Panie Wołodyjowski, larum grają, a ty nie zrywasz się… Itd. Jest kilka różnic między tamtym Małym Rycerzem a tym małym rycerzem. A jedna jest zasadnicza. Wezwanie rzucone w kierunku Wołodyjowskiego było związane z pewnością, że on nie wstanie. Po prostu nie mógł wstać z wiadomego powodu. Kto nie czytał, niech zajrzy w Google.
Nasz wódz, nasz mały rycerz może wstać z fotela w każdej chwili i ruszyć do boju. Na Rosję, na Niemcy, po to, żeby tu zaprowadzić wreszcie porządek węgierski. Papryka już była! Budapeszt w Warszawie? Był kiedyś. Nie wiem, czy przetrwał. Szkoda, bo zupa z karpia na ostro była rewelacyjna!
Tezy o niezbędności czy zbędności J.K. nie da się udowodnić.
Jarosław – zbaw nas – Kaczyński ogłosił, że pójdzie na spotkanie z prezydentem. Otrąbiły to wszystkie media. Czy to nie powoduje tej manii wielkości u prezesa? Cokolwiek powie, roznosi się jak echo albo jak zaraza. Może właśnie taki stosunek do niego czyni go ważnym, nagania wyznawców? Mówią sobie: to potęga! Wszyscy i wciąż o nim mówią! Nawet ja robię błąd i zajmuję się nim, nie mogę się powstrzymać. Z radości, że nie będzie wodzem.

12 października 2011 r.

Z blogu Krystyny Kofty na portalu Onet.pl http://krystyna-kofta.blog.onet.pl/

Wydanie: 42/2011

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy