Obligacje jak Mr Bond

Oprocentowanie obligacji uważanych za bezpieczne oscyluje na ogół wokół 6%, wyjątkowo ryzykownych – nawet 26–30%

Jak wiele innych pożytecznych wynalazków obligacje zrodziła wojna. A konkretnie XIV- i XV-wieczna rywalizacja włoskich miast. Dla bogatych kupców z Wenecji, Sieny, Pizy czy Florencji nie do zniesienia były niekończące się konflikty zbrojne między papieżami, królami Francji i władcami Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, które doprowadziły skarbce miast niemal do ruiny. Nie uśmiechało im się ginąć od mieczy na polach bitew, lecz jeszcze bardziej mieli dość rosnących podatków, które przychodziło płacić.

Z Italii do Holandii

Pierwsze obligacje pojawiły się w Wenecji, lecz do perfekcji system ów doprowadzili mieszkańcy Florencji. W mieście tym od XIII w. działały domy bankowe i bito floreny, złote monety, które pełniły funkcję waluty rozliczeniowej Europy. Obligacje, którymi posługiwali się florentyńczycy, były pożyczkami udzielanymi przez mieszkańców stolicy Toskanii… samym sobie. Na odpowiedni procent. Rewolucyjne rozwiązanie polegało na tym, że ich posiadacze mogli je sprzedać. Innymi słowy, zapewniono im płynność.
Florencja potrzebowała pieniędzy, by toczyć wojny. W tym celu zatrudniała najemników z całej Europy. Ci zaś walczyli dla tego, kto płacił więcej. Na szczęście miasto w terminie wywiązywało się z zaciągniętych zobowiązań, o co dbali sami obywatele, będący nabywcami owych walorów. Wynalazek włoskich mieszczan nie przyjął się jednak w monarchiach europejskich. Pewnie dlatego, że ci, którzy stali się właścicielami tych walorów, natychmiast domagali się kontroli nad państwowymi wydatkami, co było nie do przyjęcia dla ówczesnych monarchów.
Postęp dokonał się w Holandii, która w XVII w. toczyła wojnę o wyzwolenie się spod panowania Hiszpanii. Holenderscy kupcy mogli finansować wojnę dzięki giełdzie w Amsterdamie. Miasto stało się wówczas kolejną stolicą finansową Europy. Stąd był już tylko krok do Wielkiej Brytanii, w której to obligacje stały się jednym z filarów przyszłego imperium. A to za sprawą holenderskiego księcia Wilhelma III Orańskiego, który w 1689 r. został królem. Przywiózł on do Londynu pomysły, w jaki sposób finansować rosnące potrzeby państwa. W roku 1694 założono istniejący do dziś Bank of England, którego zadaniem było gromadzenie środków na planowaną wojnę z Francją.
Zwrócono się do londyńczyków z prośbą o pożyczkę 1.200.000 funtów. Rząd zagwarantował, że udziałowcy otrzymają ośmioprocentowe odsetki. W ciągu dwóch tygodni zebrano potrzebną kwotę i utworzono spółkę o nazwie The Governor and Company of the Bank of England. Był to pierwszy bank centralny w Europie. Dzięki obligacjom emitowanym przez rząd brytyjski w XVIII i XIX w. możliwy był rozkwit Imperium Brytyjskiego. Wysoka płynność owych papierów wartościowych gwarantowała, że nie zabraknie środków na prowadzenie kolejnych wojen.

Państwo to najsolidniejszy wierzyciel

W XIX w. reputacja brytyjskich obligacji rządowych była niepodważalna. Papiery te gwarantowały solidny zysk i cechowała je wysoka płynność. Mimo że dług publiczny Wielkiej Brytanii rósł, nie było ryzyka krachu, gdyż finanse kraju dodatkowo wspierał funt, będący ówczesną walutą rozliczeniową świata.
W ten sposób ukształtował się nowoczesny system obligacji rządowych. Opiera się on na założeniu, że państwo to najsolidniejszy wierzyciel, który zawsze w terminie będzie regulował swoje zobowiązania. Wysokość oprocentowania obligacji rządowych uzależniona jest od oceny ryzyka, czyli zdolności państwa do terminowego regulowania zobowiązań. Stany Zjednoczone, Japonia czy Niemcy to kraje, których obligacje oprocentowane są najniżej. Mimo że w przypadku USA dług publiczny szacowany jest dziś na 62% PKB.
Kraje takie jak Polska czy Węgry muszą liczyć się z wyższym oprocentowaniem, w ocenie inwestorów bowiem ryzyko finansowe jest większe. W ostatnich miesiącach Grecja, Irlandia i Portugalia musiały skorzystać ze specjalnych pakietów pomocowych, by utrzymać resztki reputacji. W ocenie inwestorów ryzyko, że nie będą one w stanie obsłużyć swego zadłużenia, było zbyt duże, co przełożyło się na rekordową jak na Europę Zachodnią wysokość oprocentowania. Nie wiemy, co stanie się z Hiszpanią, której obligacje uważane są za ryzykowne. Polska na szczęście nie ma takich problemów. Choć dług publiczny (51% PKB) przedstawiany jest często jako bardzo wysoki, w porównaniu z Włochami (118%), Wielką Brytanią (77%), Belgią (99%) czy Japonią (226%) mamy całkiem przyzwoite wskaźniki.

Uwaga na śmieci

Obligacje, obok akcji, są dziś najpopularniejszym papierem wartościowym, który emitowany jest nie tylko przez państwa. Sięgają po nie władze samorządowe i prywatne spółki. Jak obliczyła agencja Fitch Ratings, tylko w 2010 r. wartość obligacji wyemitowanych przez polskie samorządy i prywatne spółki wyniosła 67,2 mld zł. Z tym, że ocena ich wiarygodności była na ogół niższa niż obligacji rządowych, a co za tym idzie, oprocentowanie było wyższe.
W przypadku bezpiecznych obligacji ich oprocentowanie oscyluje na ogół wokół 6%, te zaś, które uważa się za wyjątkowo ryzykowne, mogą liczyć na nabywców, pod warunkiem że ich emitenci zgodzą się płacić 26–30%. W żargonie maklerów nazywa się je junk bonds – obligacjami śmieciowymi. W latach 80. XX w. wielką karierę na obligacjach śmieciowych zrobił Michael Milken, bankier zatrudniony w banku inwestycyjnym Drexel Burnham Lambert. Uważano go za geniusza do czasu, gdy w marcu 1989 r. sąd federalny postawił mu 98 zarzutów, w tym korupcji i oszustw na rynku papierów wartościowych. W wyniku ugody skazany został na dwa lata więzienia, 200 mln dol. grzywny i 400 mln dol. zadośćuczynienia.
W prasie zachodniej i literaturze obligacje nazywane bywają „Mr Bond”, ponieważ uważane są za potężny instrument, tak jak James Bond za wszechmocnego agenta z licencją na zabijanie.

Wydanie: 17-18/2011

Kategorie: ABC BANKOWOŚCI, czesc I
Tagi: NBP

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy