Oczywista oczywistość

Oczywista oczywistość

Czasem bardzo trudno jest zrozumieć coś oczywistego. Co więcej, okazuje się, że czasem coś, co oczywiste dla jednej osoby, nie jest tak samo oczywiste dla kogoś drugiego. Gdy każdy ma swoją oczywistość sprzeczną z oczywistościami sąsiadów, konflikt gotowy. Tym gwałtowniejszy, im bardziej sąsiedzi są przekonani, że właśnie ich oczywistość jest oczywista – jak mawia klasyk. Bo jeśli oczywistość jest oczywista, a sąsiad jej nie uznaje, to znaczy, że albo błądzi i trzeba go na dobrą drogę sprowadzić, czyli przekonać do swojej oczywistości, albo okazuje wyraźnie złą wolę i wtedy trzeba go jako wroga unicestwić. A ponieważ błądzący najczęściej nie daje się przekonać do naszej oczywistości, ergo wykazuje złą wolę, trzeba go – patrz wyżej.

Polskie pojmowanie polityki to nawracanie siłą na swoje oczywistości, a jeśli ktoś nawrócić się nie daje, trzeba go zniszczyć. Nie da się (jeszcze) fizycznie, to przynajmniej moralnie. Najlepiej wykluczyć go z narodowej wspólnoty, zarzucić mu zdradę (najlepiej z historycznym odwołaniem do targowicy). A jeśli oczywista oczywistość ma jeszcze placet Kościoła, to tak jakby Pan Bóg był członkiem naszej partii. Kiedyś Dostojewski pisał: „Jeżeli Boga nie ma, to wszystko wolno”. Miał rację. Ale też gdy ktoś jest przekonany, że w polityce ma Boga po swojej stronie, to wszystko mu wolno. Dlatego wojny religijne zawsze (od średniowiecza po wiek XXI!) były najokrutniejsze – bo każda ze stron była przekonana, że Bóg jest po jej stronie, więc wszystko jej wolno. Wszystko wolno, bo Gott mit uns.

Nie chcę się wdawać w rozważania teologiczne, ale głos toruńskiej rozgłośni to naprawdę nie głos Pana Boga z niebios. Nawet głos biskupa, wypowiadającego się w sprawach politycznych (lub pirotechnicznych), głosem Boga nie jest. Tymczasem wielu Polaków tak, zdaje się, sądzi. Dlatego mamy to, co mamy. Polskę podzieloną na pół, wzajemnie się nienawidzącą i zwalczającą.

Wszyscy przekonani o tym, że mają oczywistą rację (jedynie słuszną), są niebezpieczni. Oni muszą doprowadzić do konfliktu. Społeczeństw konfliktowych, takich, w których część chce koniecznie nawrócić pozostałych na swoje oczywistości, i w polityce wewnętrznej, i w zagranicznej, jest w naszej części Europy, o słabych tradycjach demokracji, dużo. To naprawdę źle wróży.

W krajach o utrwalonej demokracji z góry zakłada się, że nikt nie jest posiadaczem prawdy absolutnej, że niczyja oczywistość nie jest jedyną i jedynie słuszną. Każdy ma prawo do swojej oczywistości, ale zarazem obowiązek szanowania innych oczywistości. To nie relatywizm moralny, lecz pragmatyzm i poszanowanie innych poglądów. To tolerancja, obecna w Polsce w XVI w. (później już było tylko gorzej!), i pluralizm. Nieodrodne elementy demokracji. Mają o. Rydzyk i Jarosław Kaczyński prawo do swoich poglądów i uważania czegoś za oczywiste, ale identyczne prawo mają inni. Nikt nie ma prawa narzucać pozostałym swojego poglądu, swoich wartości, uznania za oczywiste tego, co jemu akurat wydaje się oczywiste. Polityka to sztuka mądrego kompromisu, a nie postawienia na swoim za wszelką cenę. Tak politykę definiował zmarły niedawno Zbigniew Brzeziński. Zachodnia liberalna demokracja, od której teraz w Polsce tak gwałtownie odcina się PiS, wymaga społeczeństwa pluralistycznego, otwartego. Takiego, gdzie każdy ma prawo do swoich poglądów, ale polityka musi być wypadkową wszystkich tych pluralistycznych poglądów. Gdzie dominuje dyskusja, wyważanie racji, a nie pouczanie i dyktat tego, kto w ostatnich wyborach uzyskał parę procent głosów więcej niż pozostali.

To, co zabija demokrację wewnątrz państwa, rodzi też konflikty z sąsiadami. Próby zmuszania sąsiadów do przyjęcia naszych oczywistości w historii i polityce muszą się zakończyć konfliktem.

Błędne pojmowanie polityki – jako sztuki postawienia na swoim za wszelką cenę – rodzi konflikty wewnętrzne, dzieli Polskę. Z drugiej strony powoduje nasze osamotnienie na arenie międzynarodowej, konflikty z wszystkimi sąsiadami, z innymi członkami Unii Europejskiej i z nią samą.

To, co dla niektórych z nas – zwłaszcza w historii – wydaje się oczywiste, niekoniecznie jest takie dla Litwinów, Ukraińców czy Niemców. Skoro my mamy prawo żądać od nich uznania naszych oczywistości, oni mają identyczne prawo żądania tego od nas. Żądania, abyśmy uznali ich oczywistości. Jak z tego wyjść? Wyjść trudno. Łatwiej w to nie wchodzić. Najwyższy czas dać sobie spokój z polityką historyczną i zabrać się do polityki prawdziwej. Polityki, w której liczą się przede wszystkim pragmatyka, aktualne interesy i perspektywa przyszłości. A historią niech się zajmują historycy, a nie niedouczeni politycy, którzy wprawdzie dopiero w czasie obrad sejmowej komisji śledczej dowiadują się o istnieniu carycy Katarzyny, ale chętnie formułowaliby politykę historyczną wobec Rosji.

Ale idą święta. Może pozwolą nam na kilka dni oderwać się od polityki, coraz głupszej i coraz obrzydliwszej. Może przy wigilijnym stole rodziny choć na chwilę zapomną o dzielących je poglądach, ciocia pisówa przełamie się opłatkiem z wujkiem platformersem, a zięć narodowy katolik z teściem komuchem… Może proboszcz na pasterce w czasie kazania wspomni o miłości bliźniego i za sprawą Ducha Świętego pojmie, że uchodźca to jednak nasz bliźni. A pan prezydent w noworocznym orędziu powie wreszcie coś mądrego… Nie jest to jednak ani pewne, ani tym bardziej oczywiste. Tak czy owak, Wesołych Świąt!

Wydanie: 51/2017

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy