Odszedł latarnik świata

Odszedł latarnik świata

Ryszard Kapuściński: Przede wszystkim czuję się tłumaczem. Tyle że nie z języka na język, tylko z kultury na kulturę

„Miałem sen. Trzymam w ręku zegarek. Nagle z jego tarczy znikają cyfry, znikają wskazówki. Tarcza wydłuża się, robi się biała. Z wnętrza zegarka wysypują mi się na dłoń kółka, sprężynki, blaszki. Stoję bezradny, w zupełnej pustce”, napisał Ryszard Kapuściński w tomie II „Lapidarium”.
Co pomyślał wtedy po przebudzeniu? Już się nie dowiemy.
Ale lektura książek tego najwybitniejszego reportera XX i XXI w. pozwoli przez długie lata duchowo obcować z ich autorem.
W 2002 r. usiłowałam podążać za myślą Ryszarda Kapuścińskiego, od nowa wczytując się w jego wszystkie książki, ściągnięte z półki. Powstał z tego artykuł w „Przeglądzie”, na który pisarz, siedzący właśnie nad „Podróżami z Herodotem”, zareagował życzliwym liścikiem i pochwałą, że analiza jest wnikliwa. Chciałabym dziś przypomnieć ten tekst, bo ma on poniekąd pieczątkę nieżyjącego już twórcy. To cenna rekomendacja zwłaszcza w tych dniach, gdy wszędzie pełno tekstów o Ryszardzie Kapuścińskim. I tyle osób przypisuje sobie zaszczyt bycia jego przyjacielem. Płyną, płyną słowa…
A to przecież Ryszard Kapuściński napisał w „Lapidarium”: „Słowa staniały. Rozmnożyły się, ale straciły na wartości. Są wszędzie. Jest ich za dużo. Mrowią się, kłębią, dręczą jak chmary natarczywych much. Ogłuszają. Tęsknimy więc za ciszą. Za milczeniem”.

Ze światem na ty

Nie mógł wymyślić pierwszego zdania do „Cesarza”. Udręczony położył się na podłodze w swej pracowni na strychu warszawskiego domu i z tej żabiej perspektywy przypomniał mu się Lulu z Etiopii, który lał, gdzie popadnie. Od likwidowania mokrych plam na butach najjaśniejszego był ścierkowy. Razem z innymi dworzanami opowiadał Ryszardowi Kapuścińskiemu o swej służbie.
Reporter podniósł się z podłogi, usiadł przy biurku. Znalazł wreszcie początek książki, która przyniosła mu międzynarodową sławę: „To był piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łożu cesarskim”.
„Heban” zaczyna się od światła na lotnisku i zapachu wyczuwalnego już na schodach samolotu lądującego w tropiku: „Jest to zapach rozgrzanego ciała i suszących się ryb, psującego się mięsa i pieczonej kasawy, świeżych kwiatów i kisnących wodorostów, słowem wszystkiego, co przyjemne i drażniące, co przyciąga i odpycha, wabi lub budzi odrazę”. Tak mistrz reportażu wchodzi w temat.

Pół kartki dziennie

– Ja strasznie dużo pracuję nad tekstem – zwierza się studentom dziennikarstwa – żeby napisać jedno własne zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych. Nim zabrałem się do „Hebanu”, miałem w domu 260 poważnych pozycji o Afryce.
Pisze codziennie. Ręcznie, bo wydaje mu się mało prawdopodobne, żeby porządną prozę można było stworzyć na komputerze. – Jeśli uda mi się jednego dnia zapełnić stronę – mówi – uważam, że to był dobry dzień.
Najczęściej zapisuje ćwierć albo połowę kartki. Nim usiądzie przy biurku, wyłącza telefon, bo przeszkadza. Codziennie dostaje co najmniej kilkanaście propozycji, żeby przyjechać na spotkanie, np. do Tokio, Strasburga albo do Bydgoszczy. Do tego setki listownych próśb o rekomendację, napisanie wstępu, zrecenzowanie czegoś. – Wstaję o 6 rano – żali się – i nie wiem, za co się brać. Jestem niewolnikiem swojej sytuacji.
W terenie nigdy nie posługuje się magnetofonem. Rzadko robi notatki, stara się zapamiętywać fakty. – Kiedy siadam do pisania, najpierw odtwarzam w pamięci kilka lub kilkanaście scen, a potem wszystko wraca do mnie falą; wtedy biorę kartkę, ołówek i zaczynam wynotowywać poszczególne zapamiętane obrazy, następnie bardziej szczegółowo je obmyślam, aż w końcu zaczynam pisać.
Właśnie obrazami. W reportażu z Luandy, stolicy Angoli, którą opuszczają Portugalczycy, słychać dźwięk młotków. To koloniści zbijają skrzynie na swój majątek. „Budowa drewnianego miasta skrzyń trwa całymi dniami od świtu do zmierzchu. (…) Nawet dzieci budują skrzynie, na lalki. Stopniowo z nocy na noc miasto kamienne traciło swą wartość na rzecz miasta drewnianego. (…) Potem to drewniane miasto odpłynęło. Odjechali kupcy, strażacy, śmieciarze. Przy życiu trzymały się jeszcze psy. Wreszcie i one wywędrowały. (…) Po wyjściu gromady psów miasto zapadło w ostateczną drętwotę. Postanowiłem wyjechać na front”.

Bez komentarza

Mistrz plastycznego symbolu. W „Imperium” spostrzega, że ogromną częścią metalurgicznej produkcji ZSRR jest drut kolczasty. Albo opisuje prowincjonalną knajpę z bufetową, która siedzi bezczynnie i patrzy w okno. Z ulicy wchodzi Rosjanin – zakurzony, wiatr wyciągnął mu na wierzch koszulę, na głowie ciepła uszanka zapięta pod brodą. „Dajcie dwieście gram, mówi do bufetowej. Ona wstaje i nalewa mu szklankę. On to wypija, wydaje z siebie takie ahhhhhhh! Teraz będzie lepiej, mówi i wychodzi z tym ogniem w środku. (…) Bufetowa przez chwilę odprowadza go wzrokiem, nasz człowiek, odzywa się, taki wszystko wytrzyma”.
Obraz albo celne zdanie. Odpowiedź staruszki z Jakucka na pytanie reportera, jak się żyje: „Kak żywiom?… Dyszym”.
– Reporter – tłumaczy Kapuściński – tak naprawdę może coś zwojować, kiedy jest anonimowy. Jest kimś z tłumu.
Gdy zbierał materiały do „Imperium”, książki o rozpadzie Związku Radzieckiego, przejechał jakieś 60 tys. km. W małych miasteczkach siedział miesiącami. Tylko w Moskwie zatrzymał się przelotnie. Nie interesował go wywiad z Gorbaczowem. Z Workuty, gdzie strajkowali górnicy, przywiózł taki powidok: „W gęstej i porywistej zadymce coraz to majaczyły jakieś cienie ludzkie, jakieś zamazane sylwetki, skulone, zgięte w pół postacie. Mijaliśmy ludzi, którzy miesiącami nie widzą światła dziennego. (…) Kopalnia Komsomolskaja – oblodzone ściany, oblodzone konstrukcje, nikłe światełka, pod nogami czarna, mokra maź. Kobiety rozdzielające wózki, przestawiające jakieś dźwignie, belki, podpory. – Chcesz z nimi porozmawiać? – pyta Gienadij Nikołajewicz. Ale o czym rozmawiać? Takie zimno, taki mrok, taki smutek. I one zajęte, ociężałe, zmęczone”.

Komu bije dzwon

W wieku 12 lat nie przeczytał jeszcze żadnej książki. Do „Sztandaru Młodych” przyjął się na gońca. Sprawiał wrażenie bystrego, więc go wydelegowali na studia – historię. Jego pierwszy duży reportaż miał tytuł „To też jest prawda o Nowej Hucie”. Po opublikowaniu zawieszono warszawskiego cenzora, następnie wydział prasy KC powołał komisję, która potwierdziła spostrzeżenia młodziutkiego dziennikarza. Całe kierownictwo huty przypłaciło to utratą posad.
W 1956 r. wysłano go do Delhi. Na lotnisku w Rzymie kupił „Komu bije dzwon” po angielsku. Z tej książki uczył się obcego języka. Zasmakował w opisywaniu świata. – Żadna redakcja – opowiadał potem młodym dziennikarzom – nie była w stanie sfinansować moich kosztownych, długich wypraw. Dlatego zacząłem pracować w PAP-ie. To straszna harówka, zwłaszcza jeśli jest się przedstawicielem agencji np. na całą Afrykę. I jeśli chce się być wszędzie tam, gdzie coś się dzieje.
Był świadkiem 27 rewolucji. Cztery razy został formalnie skazany na śmierć. Do dworzan Hajle Sellasjego ukrytych po detronizacji cesarza w zaułkach miasta chodził nocą, zmieniając samochody i przebrania. Pisze, że bał się, bo mógł zginąć w każdej chwili. W Addis Abebie sztylet, trucizna i szubienica były na porządku dziennym.
Często był pierwszym dziennikarzem, który dotarł na koniec świata przed innymi reporterami. W Angoli na froncie czekał, kiedy go spalą, bo UPGA dużo ludzi paliła żywcem. „Szef tej operacji – opisuje – zdzielił mnie piąchą w twarz, w ustach poczułem ciepłą słodycz. Potem oblał mnie benzolem. (…) Przystawili mi nóż do serca. (…) Szef operacji upycha forsę w kieszeni i ryczy do mnie, schlany piwem: Power UPGA must get power. We want power. Miał twarz zalaną potem, żyły na skroni, oczy nabiegłe krwią i szaleństwem. (…) Zaczął się śmiać, wszyscy zaczęli się śmiać, ten śmiech mnie uratował. Kazali mi jechać”.
Kiedyś, podążając szlakiem oddziału Che Guevary, został skazany na śmierć. Lecz żołnierz, który miał go zastrzelić, był tak pijany, że nie mógł sobie poradzić z rewolwerem.
W Afryce chorował na gruźlicę, malarię. Mieszkał w nigeryjskiej dzielnicy slamsów, leczył się w szpitalu dla czarnych. Dostawał zastrzyki tą samą, jedyną strzykawką dla wszystkich.

Co zrobić z ludźmi?

Hanna Krall, a także prof. Jan Miodek twierdzą, że mądrość Kapuścińskiego, jego stosunek do świata, wzięły się z rodzinnego Pińska. On sam wyznaje w „Lapidariach”, że jego potrzeba podróżowania wzięła się stąd, że z Pińska można było łódką dotrzeć do wszystkich oceanów, opłynąć cały świat.
Opuścił to kresowe miasteczko, gdzie Polacy stanowili ledwie kilka procent mieszkańców, mając sześć lat; wyposażony w pożyteczną wiedzę, czym jest strach, bieda i głód. Dlatego, gdy przywędrował do głodnych, był u siebie w domu.
Jako obywatel świata czuje współodpowiedzialność za świat biedy. Pisze w „Chrystusie z karabinem na ramieniu”: „Kiedy zobaczyłem cmentarzyska sprzętu na Bliskim Wschodzie, pomyślałem: Boże, jakaż to niesamowita forsa! Kilometry, kilometry sfery frontowej zawalone najdroższym sprzętem na świecie, na każdym kilometrze kwadratowym leżą miliony dolarów. (…) Ludzkość będzie płacić za Bliski Wschód (…) płacić głodem na Saharze, w Indiach inflacją i drożyzną, ponieważ pieniądz jest tylko jeden”.
Sporządza groteskową statystykę: 167 panów ma roczne dochody takie jak w sumie połowa ludzkości. Z 6 mld osób na ziemi aż dwie trzecie żyje w biedzie. Nie ma mechanizmów niwelujących te różnice. Wręcz przeciwnie – przepaść między bogatymi a biednymi stale rośnie. Po 40 latach częstych powrotów do Afryki nabiera przekonania, że należy zrezygnować z prób konstruowania wielkich programów pomocy dla krajów głodu. Nikt na świecie nie jest w stanie wyżywić tak ogromnych mas ludności. Jeśli te kraje same sobie nie pomogą, zginą.
W „Lapidarium” stawia najważniejsze jego zdaniem pytanie XXI w. – co zrobić z ludźmi? Nie, jak ich wyżywić, ale co z nimi zrobić. Przede wszystkim, jak ich zatrudnić. Kiedy podróżuje po Afryce, Azji czy Ameryce Łacińskiej, widzi miliony, dziesiątki milionów ludzi bezczynnych. Albo takich, którzy coś robią, ale ta ich praca jest dreptaniem w miejscu, niczym nie owocuje, nie poprawia ich życia. Nie sprawdził się globalizm jako projekt odgórnego urządzenia świata: my wam dostarczymy, my was podłączymy, my wam zbudujemy. Bezosobowe „my” w niemożliwym do zidentyfikowania świecie.
Jego horyzontalny ogląd przejmuje smutkiem: „Na całym świecie, w każdej godzinie, na milionach ekranów widzimy nieskończoną liczbę ludzi, którzy coś do nas mówią, o czymś przekonują, robią gesty i miny, zapalają się, uśmiechają, pokazują palcami, a my nie wiemy, o co chodzi, czego od nas chcą, do czego wzywają (…). A przecież to nasi pobratymcy, cząstka tego samego rodzaju, te same kości, ta sama krew, też poruszają ustami, też słychać głos, a nie możemy porozumieć się ani na jotę. W jakim języku będzie się toczyć uniwersalny dialog ludzkości?”.

Czy dobrze spałeś?

Na uniwersytecie w Katowicach z okazji przyznania mu doktoratu honoris causa powiedział, że przede wszystkim czuje się tłumaczem. Tyle że nie z języka na język, tylko z kultury na kulturę. – Nie jesteśmy sami na świecie – dowodzi – należymy do wielkiej rodziny człowieczej, która jest coraz liczniejsza, a także wielokulturowa, wielojęzyczna, wielowarstwowa. Właśnie rodzina człowiecza. Nie ma kultur wyższych ani niższych.
Dlatego nie można z europejskich wyżyn podsumować Afryki. „To osobna planeta – pisze w „Hebanie” – różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody, mówimy Afryka. W rzeczywistości poza nazwą geograficzną taki kontynent nie istnieje. Trzeba wystrzegać się pospiesznego wyciągania wniosków”. Np. „niepodległość” to słowo kameleon, ma tysiące odmian.
Albo pojęcie czasu. – My, ucywilizowani biali – mówi z przekąsem Kapuściński – jesteśmy niewolnikami czasu; oni, czarni, jego panami. Dla mieszkańców Afryki czas nie istnieje poza ludzkim działaniem, bez sensu jest na przykład pytanie: Kiedy będzie zebranie? Wtedy, kiedy zbiorą się ludzie.
Śmierć. W Afryce, czytam w „Hebanie”, człowiek nigdy nie umiera do końca, zmienia się tylko jego forma istnienia. Tak twierdzą tubylcy. Dlatego często zmarłego chowają pod podłogą lepianki, żeby pozostał w domu. A wieczorem, gdy minie skwar, rozmawiają z duchami przodków w cieniu jedynego w okolicy drzewa. Afrykanin nie umiałby żyć sam. „To jest kultura słowa mówionego – postrzega reporter – trzeba wszystko obgadać, podjąć decyzje, jeśli klan jest duży i połowa jest za, a połowa przeciw, to dyskutuje się tak długo, dopóki któraś strona drugiej nie przekona”.
„Heban”, ostatnia reporterska książka Kapuścińskiego (bo „Herodot” to już raczej esej o sobie samym z szerokim historycznym tłem), jest lekturą o umierającym kontynencie. Samotny biały reporter siedzi nocą przed murzyńską lepianką i sumuje gorzkie refleksje: tu krytyka traktowana jest jako osobista obraza, rozmyślna próba poniżenia człowieka, nawet jako forma znęcania się. Jeśli powiedzieć im, że miasto jest brudne, to tak, jakbyś powiedział, że oni sami są brudni. Zamiast ducha autokrytyki noszą w sobie pełno kompleksów, zawiści, dąsów, zadrażnień i manii. To powoduje, że kulturowo, strukturalnie nie są zdolni do postępu. Ale co jest warta na tej spalonej ziemi cywilizacyjna oferta Europy? Jej pejzaż (pisarz nakreślił go w „Lapidarium”) to mury obronne, zamki, twierdze, strażnice, bunkry, wojskowe szlabany, granice. Limes – wszędzie wznoszone, umacniane, strzeżone, przecinające kontynent już od prawieków. Nic takiego nie ma w pejzażu Afryki. To przestrzeń otwarta, bezbronna. Czarna noc, czarne myśli.
Ale poranek w Abdallah Wallo zobaczy radosny. Bo wszyscy wszystkich odwiedzają i pytają, czy dobrze spali. A potem idą daleko po wodę i na tym może im minąć dzień.

Rozkład imperium

Tylko raz, u schyłku lat 80., zaangażował się w politykę bezpośrednio. Działo się to w Polsce, w Komitecie Obywatelskim przygotowującym się do rozmów Okrągłego Stołu.
Tak naprawdę polityka interesuje go głównie jako proces upadku systemu samowładztwa czy rozkład imperium. Pokazał to m.in. w „Cesarzu”, opowieści o upadku władzy Hajle Sellasjego w Etiopii.
Swego Najjaśniejszego Pana wspominają dworzanie. Poduszkowy (od umoszczenia poduszek na tronie), ścierkowy (od paskudzącego Lulu) i np. ten, który otwierał przed cesarzem drzwi. Z ich szeptu wyłania się mechanizm władzy absolutnej.
Cesarz rozpoczyna dzień od słuchania donosów. Czas między 9 a 10 rano spędza w Sali Audiencji, rozdzielając nominacje. „Na tym polegała najgłębsza mądrość naszego pana, że nikt nie znał dnia swojego przeznaczenia”.
Hajle Sellasje, jak każda wielkość – szydzą dawniejsi zausznicy – lubił otaczać się miernotami. Zera będą tym wierniejsze, im bardziej opłacalna okaże się służba. Im więcej nakradną, bardziej się skorumpują. Cesarz z uśmiechem obserwuje rywalizację między miernotami. Dzieli i rządzi. Trzyma dwór w nieustannej niepewności. Wywyższa ludzi słabych, bo tylko tacy będą wdzięczni. Poniża uczciwych. Dwór nie jest bezwolny. Skoro cesarz może wynieść, nominować, to trzeba być zauważonym. Więc łokcie do przodu, aby dojść do cesarskiego ucha, wpaść w cesarskie oko. Jest jeszcze jedna siła napędowa: strach, że nie zostanie się dostrzeżonym. „Czy ktoś inny nie doniesie przede mną, czy inni nie zawiązali przeciw mnie spisku? I wreszcie strach największy z największych – czy w godzinie nominacji nie zostanę strącony”.
Pieniądze. „Czy pan wie – pyta reportera jeden z zauszników władcy – co to znaczy pieniądz w kraju biednym? To wspaniały, gęsty, obsypany wiecznym kwiatem żywopłot, którym odgradza się pan od wszystkiego. Przez ten żywopłot nie widzi pan pełzającej biedy, nie czuje smrodu nędzy. Cesarz potrzebuje ludzi, którzy mają dużo do stracenia”.
W 1982 r. Kapuściński publikuje kolejne studium tyranii, tym razem w wydaniu Rezy Pahlawiego. Wielkie żarcie i wielka modlitwa. Wielkie rozpasanie na dworze i jeszcze większe fanatyczne modły pewnego mnicha szyickiego o nazwisku Chomeini. Dziwnie bliskie Polakom dzieje taśmy magnetofonowej z orędziem duchowego przywódcy przekazywanej pod groźbą śmierci innym rewolucjonistom. I, wkrótce, smutek rewolucji. Gdy coś powinno się stać, a nie staje. Bo „po tej manifestacji szach poczuł się lepiej. (…) Dotąd grał kartami znaczonymi. Teraz postanowił zagrać kartami, które są czyste. Żeby zyskać sympatię ludzi, usunął kilku oficerów, którzy dowodzili oddziałami strzelającymi do mieszkańców Tebrizu. Wśród generałów rozległ się pomruk niezadowolenia. Żeby uspokoić generałów, rozkazał strzelać do mieszkańców Isfahanu. Lud odpowiedział wybuchem gniewu. Chciał uspokoić lud, więc usunął szefa Savaku. (…) Żeby udobruchać Savak, pozwolił im aresztować, kogo chcą. I tak zakolami, zakosami, klucząc i zygzakując, krok po kroku zbliżał się do przepaści”.
Bo na ulicy znów pojawia się zbuntowany tłum. Tylko że szach jest niecierpliwy. A w polityce, zauważa Kapuściński, trzeba umieć czekać. Więc czas na film o rewolucji, zrobiony drżącą ręką operatora, urwany pod koniec, gdy jego finał dopowie ulica.
W 1982 r. niektórzy krytycy sugerowali, że „Szachinszach” nie jest książką o rewolucji islamskiej, lecz o Polsce końca lat 70. Pojawiły się różne spekulacje o roli wojska i tajnej policji, wyprzedaży kraju i o tym, jak upokorzony naród wychodzi na ulice. Ale na pytanie kolegów z branży: „Rysiu, o kim ty właściwie piszesz, czy na pewno o Pahlawim?”, pisarz tylko się uśmiechał.

Kolaż na podglądzie

Wiedział, że choć cały świat obwieszony jest kamerami, nie oznacza to rzetelności informacji. W „Chrystusie z karabinem na ramieniu” pisze: „Byłoby ciekawe, gdyby ktoś zbadał, w jakim stopniu światowe systemy masowego przekazu pracują w służbie informacji, a w jakim systemie w służbie ciszy i milczenia. Czego jest więcej – tego, co się mówi, czy tego, czego się nie mówi”. On wiedział. Jeżeli w Gwatemali nastawia lokalną radiostację i słyszy tylko piosenki reklamujące piwo, ma pewność, że ta radiostacja pracuje w służbie ciszy. Razem z kolejnymi dyktatorami tego kraju, ich protektorami z Miami i Bostonu, lokalną armią i policją. – Wiemy o świecie – tłumaczył studentom dziennikarstwa – tyle, ile chcą wiedzieć wielkie sieci telewizji świata. One nie uprawiają cenzury, ale manipulację. Odejście od prawdy nie jest fałszem wprost, jest przyjęciem fałszu za prawdę. Wiadomość, która idzie w CNN, przechodzi co najmniej przez 60 rąk, nim ukaże się na ekranie. W dziennikarstwie prawie zanika osobista odpowiedzialność za to, co się robi.
On czuje się odpowiedzialny za każde słowo, ale z biegiem lat zmienia konwencję pisania. Książki o Iranie czy Etiopii były jak powieść. „Imperium” nie konstruował już z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem akcji, gdyż – tłumaczył – rzeczywistość zaatakowała go z kilku frontów, okazała się nie do ogarnięcia w jednym fresku. „Obraz współczesnego świata – zauważa w „Lapidarium” – ma naturę kolażu. W setkach telewizyjnych kanałów płyną rzeki obrazów i słów, różne racjonalne elementy składają się na irracjonalną całość. Wszystko osuwa się spod nóg, zmieniają się symbole, przestawiają znaki, punkty orientacyjne nie mają już miejsc stałych. Kolaż jest to być może jedyna forma opisania i przedstawienia współczesnego świata w całej jego zaskakującej, gwałtownej i piętrzącej się różnorodności”.

Bramy do raju

W jego pracowni, opowiadają przyjaciele, na środku stoi długa drewniana rynna pełna teczek z wycinkami, notatkami. Każda ma tytuł. Są też teczki z osobiście wykonanymi zdjęciami. Egzotyczne fotografie mieszkańców Trzeciego Świata, a także… furtek z warszawskich ogródków działkowych. Te ostatnie zazwyczaj pokraczne – z desek, metalowych spodów łóżek, z kawałków blach, drutu. Ale utrwalone na celuloidowej taśmie, tak jakby zawierały w sobie obietnicę bramy do raju.
Ale przede wszystkim są tam książki, niektóre bardzo dziwne. Na przykład 21 publikacji o teorii fragmentu.
Kapuściński nie mógł żyć bez czytania. W „Hebanie” opisuje, jak poszedł na uniwersytet w Addis Abebie. „Zajrzałem do uczelnianej księgarni. Jest to jedyna księgarnia w tym kraju. Puste półki. Nie ma nic, ani żadnych książek, ani żadnych czasopism – nic. Tak wygląda sytuacja w większości państw Afryki. (…) W Etiopii mieszka ponad 50 mln ludzi, za kilka lat – będzie ich ponad 60 mln, za kilkanaście ponad 80 itd., itd. Może wówczas? Ktoś. Choćby jedną”.

PS
Już po napisaniu tego artykułu pojawiły się w księgarni „Podróże z Herodotem”. Dla wielu czytelników, wielbicieli twórczości Kapuścińskiego lektura książki była zaskoczeniem. Bo nie dostali do ręki reportażu. Stało się to, co autor wcześniej zapowiadał na wieczorach autorskich z okazji wydania „Imperium”. Zwierzył się wówczas, że chciałby stworzyć syntetyczny obraz świata. Ale to trudne, bo w Polsce nie ma takich tekstów. Nasza literatura ma romantyczną tradycję i ciąży w stronę opowiadania, story. Brakuje eseju i reportażu eseistycznego, w którym obserwacja reporterska byłaby pretekstem do szerszej, intelektualnej refleksji.
I oto doczekaliśmy takiego eseju, „Podróży z Herodotem”. Razem z Kapuścińskim trzymającym pod pachą „Dzieje” wielkiego Greka przemierzamy drogę do Rzymu, Indii, Chin, Egiptu. Dzięki podczytywaniu w wolnych chwilach „Herodota” możemy być równocześnie mieszkańcami starożytności, to znów, wsłuchując się w zwierzenia autora, Warszawy lat 60., którą usiłuje podbić młody, nieznający obcych języków dziennikarz Ryszard Kapuściński.
I zaczynamy wręcz fizycznie odczuwać, co to znaczy dla reportera zza żelaznej kurtyny podróżować po świecie bez przygotowania, zanurzać się w obcej rzeczywistości językowej i kulturowej. Mieć przy sobie jednego tylko sprzymierzeńca mówiącego jego językiem – polskie wydanie Herodota. I odkrywać z nim obcych ludzi i obce kultury.
Wierzę, że kiedyś tymi samymi szlakami podąży reporter n-tego wieku. W telefonie komórkowym będzie miał przełożone na jego język podręczne wydanie „Podróży z Herodotem” pewnego pisarza o nazwisku Kapuściński.
Tylko nie wiem, czy ten przyszły odkrywca świata będzie znał wiersz słynnego Polaka. Pytał w nim: „Dlaczego / świat / przeleciał obok mnie / tak szybko / nie dał się zatrzymać / zbliżyć / przejść na ty / pognał / znikający punkt / w ogniu i dymie”.
I znajdował odpowiedź: „Liść / oderwany od gałęzi / drży dygoce / dopiero gdy dotknie ziemi / uspokaja się”.

Ryszard Kapuściński – reporter, pisarz, podróżnik, historyk, urodzony 4 marca 1932 r., zmarł 23 stycznia 2007 r. Wydał wiele znaczących tomów reportaży, m.in. „Busz po polsku”, „Gdyby cała Afryka”, „Chrystus z karabinem na ramieniu”, „Wojna futbolowa”, „Jeszcze jeden dzień życia”.
Światową sławę przyniosły mu takie pozycje jak „Cesarz”, „Szachinszach”, „Heban”, „Imperium”, „Podróże z Herodotem”. Wielokrotnie nagradzany w kraju i za granicą, m.in. nagrodą im. Goethego za wybitny wkład w kulturę europejską. W plebiscycie miesięcznika „Press” uznano go za największego polskiego dziennikarza XX w. Doktor honoris causa Uniwersytetów Śląskiego i Wrocławskiego.

Siedem nauk Kapuścińskiego
1. Reporter musi mieć wewnętrzną potrzebę pisania, inaczej nie istnieje.
2. Wszystko, o czym pisze, musi najpierw zobaczyć.
3. Niezależnie od tego, czy zajmuje się drobnym wydarzeniem na Mazurach, czy rewolucją
w Iranie, szuka wartości uniwersalnych. Jeśli ich nie znajduje, porzuca temat.
4. Reporter musi być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Mieć zdolność empatii, utożsamiania się z ludźmi, o których pisze.
5. Trzeba uśmiechać się do drugiego człowieka. Mur kruszeje, powstaje jakiś rodzaj wspólnoty i dalej idzie łatwiej.
6. Nie naciskać na rozmówcę. Człowiek sam powie, jeśli zechce.
7. Dbać o własne zdrowie. W przypadku reportera musi być końskie

 

Wydanie: 5/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy