Okrągły Stół – co chcemy świętować?

Okrągły Stół – co chcemy świętować?

Tak jak Władysław Gomułka uchronił nas w 1956 r. przed wariantem węgierskim, tak gen. Jaruzelski przed rozwiązaniem chińskim albo jeszcze gorszym

Jak słyszę i czytam, szykują się rocznicowe obchody „obalenia komunizmu”, zapowiada się „świętowanie zwycięstwa” nad systemem totalitarnym. „Komuniści myśleli, że nas wykolegują, a to my ich załatwiliśmy”, replikował w telewizyjnej pyskówce pewien poseł atakowany za „dogadanie się z czerwonymi” przy Okrągłym Stole. Mimo woli powiedział, co sądzi o historycznym kompromisie i partnerach porozumienia. Nie tylko on tak myśli.
Pytam więc, co będziemy świętować? Jeśli „zwycięstwo” tylko jednej ze stron konfliktu, jak w wersji samozwańczych pogromców „komuny”, znaczy, że tych drugich trzeba obsadzić w roli pobitych. Na tę okoliczność powstają legendy o rozmiarach klęski PZPR, fałszuje się obraz przeciwnika politycznego, mnoży i demonizuje domniemanych wrogów, kłamliwie oskarżając o rzekome zbrodnie.
Najpierw była mściwość, właściwa cenzorom zmowa milczenia na temat roli gen. Jaruzelskiego w doprowadzeniu do porozumienia narodowego. Dla ilustracji przypomnę telewizyjne obrazki: Wałęsa podpisujący porozumienia gdańskie, z pamiętnym długopisem, ale bez wicepremiera Jagielskiego, jakby sam ze sobą się układał; Zofia Kuratowska otrzymuje order nie wiadomo od kogo, po wymiksowanym prezydencie Jaruzelskim została tylko jakaś „niewidzialna ręka rynku”. Potem już poleciało, 20 lat trwa rozprawianie się „zwycięzców” z pokonanymi władzami PRL.
Jeśli wszystkich z PZPR traktuje się jak „płatnych zdrajców, pachołków Rosji”, to prędzej czy później kończy się jak Leszek Moczulski i KPN. Wałęsa przez lata opowiadał, jak sam jeden genialnie wykiwał komuchów; kto by przypuszczał, że gnębić go będą sami swoi. A Niesiołowski, legenda opozycji, fanatyczny wojownik z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, też się doczekał poniewierki i oskarżeń. I tak, po kolei, wszystkie ikony oporu niszczono, nie uszanowano żadnej świętości, nawet abp. Życińskiego – tego niemiłosiernego egzorcystę „szatanów komunistycznych” też pognębiono. Kto jeszcze ostał się z weteranów „zwycięstwa”? Poseł Czuma? Niedługo i do niego się dobiorą. Wcale to nie cieszy, chociaż chciałoby się powiedzieć: „dobrze wam tak, sami to sobie nakręciliście”.
Unia Wolności do końca swoich dni tłumaczyła się z kompromisu, nie mogła się zdecydować, co ma znaczyć „gruba kreska” Mazowieckiego, aż sama została wykreślona z polityki. Z zażenowaniem spoglądaliśmy na poniewieranie wielce zasłużonych ludzi „Solidarności”; ze zdumieniem słuchaliśmy o zasługach Kaczyńskich i młodzieży z PiS w walce o niepodległość. Z uśmiechem politowania patrzyłem na posła Suskiego z PiS, który w TVP opowiadał ni stąd, ni zowąd, jak spiskował w wojsku w trakcie służby zasadniczej. Czegoś takiego nie odnotowano, a tenże poseł, zanim trafił do polityki, podobno handlował starociami na warszawskim Kole i nabawił się bazarowej mentalności.
Jak to zwykle po zwycięstwie bywa, rośnie liczba weteranów oraz poszkodowanych, pretendujących do zaszczytów i orderów za zasługi „w walce”, zwłaszcza gdy sami sobie płacą. Opowiadający o swoich wyolbrzymionych dokonaniach, kreując się na jedynych bohaterów, ubliżają nie tylko rywalom politycznym, bywa, że poniewierają swoich, osoby z własnego obozu, licytują się, kto ma

tytuł do chwały

i większe zasługi – partnerzy dialogu czy nieobecni fanatycy – pomawiają uczestników tego nadzwyczajnego wydarzenia o jakieś niecne intencje. Degradują tym samym rangę porozumienia przy Okrągłym Stole.
Namnożyło się sukcesorów propagandy frontowej z okresu stanu wojennego. Po stronie PZPR wówczas byli też tacy, którzy uważali się za zwycięzców nad internowanymi, triumfalnie wyłazili zza pleców wojskowych, chociaż do załóg fabrycznych pójść się bali, wyręczali się oficerami. Odwet brali nawet na swoich, tych członkach partii, którzy nie wystąpili z „Solidarności” lub współdziałali z nią w konfliktach z lokalnymi bonzami. Na wojnie, jak to na wojnie, zwycięża bez walki ten, kto lepiej potrafi porazić i obezwładnić przeciwnika kłamstwem, oszustwem i prowokacją. Mam na myśli propagandę samouwielbienia, nienawiści, oskarżeń metodą insynuacji i „opluskwiania” przeciwników, rzekomo winnych wszelakich niepowodzeń.
W tym czasie obracałem się wśród ludzi, którzy szukali wyjścia z sytuacji bez wyjścia, z nieszczęścia stanu wojennego, w jakim MY, Polacy, się znaleźliśmy. Nieszczęścia wspólnego, chociaż nieporównanie większego dla internowanych i więzionych. Kiedyś, w utrzymującej się jeszcze atmosferze stanu wojennego, wytykałem dziennikarzom: „Jak za dawnych lat 50. ťdaje się odpórŤ. Po staremu rozdziela epitety i argumenty ad personam, a więc od rzeczy, żeby ťzałatwićŤ odmieńca, dokopać, utytłać w błocie” („Prasa Polska”, 1984 r., nr 6, s. 32). Dzisiejsi naśladowcy są niestety jeszcze bardziej nieprzejednani. Mają nawet za złe tym, którzy usiedli do rozmów, miast pójść na barykady.
Kompromis jest zwycięstwem wszystkich układających się stron, zwycięstwem za cenę wzajemnych ustępstw partnerów, bo kompromis musi mieć swoją cenę, jak powiada Adam Michnik czytelnikom „Polityki” (20-27.12.2008 r.) nt. Okrągłego Stołu. Ma rację, mówiąc, że mimo wszystko „dla Polaków to był interes stulecia, a może tysiąclecia”. Dla Polaków – a więc dla nas wszystkich. I kto to mówi?! Na początku lat 90., po wygranych przez „S” wyborach, czołowi jej publicyści, w tym także Michnik, głosili, że „stoczyli zwycięską walkę z komunistycznym totalitaryzmem, którego istota, a zwłaszcza praktyka z lat 80. nie różniła się wiele od stalinizmu lat 40. i 50.”. Mógł tak myśleć ktoś, kto niedawno wyszedł z więzienia i w poczuciu krzywdy chciałby się zemścić. A poza tym nowa władza, tłumacząc się z pierwszych niepowodzeń, szukała usprawiedliwienia, wskazując na praprzyczyny.
Dziś jednak tak trywialnie o latach 80., po stanie wojennym, pisać już nie wypada. Nie było „zwycięstwa w walce”, tylko kompromisowe rozwiązanie sporu o reformę ustroju politycznego. Totalitaryzm skończył się w 1956 r., wraz ze stalinizmem, inaczej „raz zdobytej władzy by nie oddano”. A co miała wspólnego „praktyka z lat 80.” z totalitaryzmem, zilustruję epizodem z udziałem Andrzeja Zybertowicza, który jako świeżo upieczony magister, w trakcie tzw. warsztatów opinioznawczych w CBOS, które były forpocztą Okrągłego Stołu, wykrzykiwał pod adresem władz PRL coś takiego, co kwalifikowało się wówczas do postawienia go w stan oskarżenia i z mocy odpowiedniego paragrafu powinien był trafić za kratki, a przynajmniej do psychiatry i tam pozostać. Pozwalał sobie w obecności „reżimowego” pułkownika i nikt mu krzywdy nie zrobił. Dziś prof. Zybertowicz nadal pomawia i wygraża „komunie”.
Mylą się przekonani, że całe społeczeństwo było przeciwko socjalizmowi i że „rządzącym jako uzasadnienie ich władzy pozostała

jedynie goła siła

i mandat ościennego mocarstwa”. Poważny historyk czy publicysta powinien ważyć, co opowiada teraz, 20 lat po Okrągłym Stole. Odmawianie przeciwnikom politycznym należnego szacunku za zasługi w doprowadzeniu do demokratycznego rozwiązania sporów ustrojowych, odwagi kompromisu, źle świadczy, jest małoduszne, żeby nie powiedzieć, że jest prymitywnym cwaniactwem politycznym, nie służy kształtowaniu kultury politycznej i cywilizowanych obyczajów. A tym samym obraża sporą część naszego społeczeństwa, która myśli inaczej niż „zwycięzcy”.
Radość zwycięstwa jest nęcąca bardziej niż świętowanie porozumień z rywalami politycznymi. Uważający się za zwycięzców nie muszą się tłumaczyć, mogą mieć za nic wczorajszych partnerów. Wypada jednak przypomnieć skorym do fetowania „klęski komunistów”, przypisywania wyłącznie sobie reformatorskich dokonań, że w PZPR było wielu ludzi zasłużonych w dochodzeniu do transformacji ustrojowej, krytycznych wobec systemu politycznego, dążących do zmiany. Partyjni byli także w „S”, nawet w wyborach 4 czerwca 1989 r. przeciwko własnej partii głosowali członkowie PZPR (da się to udowodnić, a poparcie dla kandydatów Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” było także manifestacją niechęci wobec dawnego porządku).
Skoro mowa o 4 czerwca 1989 r., „zwycięstwie i klęsce”. Czym się chwalić, jeśli w takich (!) wyborach prawie połowa uprawnionych nie głosowała (45,6%); senatorowie „S” wygrali (w całkowicie demokratycznej procedurze), mając poparcie ledwie 35% elektoratu. Czas bez wrogich emocji przyznać, że nie sposób lekceważyć wyborców, którzy wtedy, mimo wszystko, poparli kandydatów koalicji PZPR-owskiej do Senatu (ok. 17% głosujących). Poparcie listy krajowej, na której wystawiono 35 najważniejszych osobistości obozu rządzącego, wahało się od 32% (krakowskie) do 62% (leszczyńskie); średnio w całym kraju na listę krajową oddano 48% ważnych głosów, niestety wymagane minimum ustalono na 50% ważnych głosów w skali kraju1). Przy innej ordynacji wygrane przez „S” wybory nie byłyby aż tak dotkliwe dla rządzących. Nic dziwnego, że przegrani niebawem ponownie wrócili do władzy, w sposób w pełni demokratyczny.
Przy rocznicowych, świątecznych okazjach, gwoli uczciwości, jeszcze o jednym powinno się przypominać z szacunkiem – o człowieku, bez którego nie byłoby porozumienia: gdyby nie gen. Jaruzelski, w bratobójczej walce

przegrani byliby wszyscy,

co za różnica, którzy polegliby najpierw. Przyznajmy wreszcie, że tak jak Władysław Gomułka uchronił nas w 1956 r. przed wariantem węgierskim, tak Wojciech Jaruzelski przed rozwiązaniem chińskim albo jeszcze gorszym. Rocznica Okrągłego Stołu nie może być okazją do dokopania przeciwnikom politycznym, powinna być czasem refleksji nie tylko nad tym, co Polakom się wówczas w 1989 r. szczęśliwie przydarzyło, ale i nad stanem polskiej demokracji, okazją do manifestowania szacunku dla samych siebie i legitymizacji dla inaczej myślących.
To powinno być święto narodowe, Święto Demokracji w Polsce: dialogu, kompromisu i porozumienia.

Autor jest profesorem, był organizatorem i pierwszym dyrektorem Centrum Badań Opinii Społecznej

1) Wystarczy powiedzieć, że nawet ci członkowie kierownictwa PZPR, którzy otrzymali najmniejsze poparcie, dziś mieliby powód do zadowolenia: Kazimierz Barcikowski 38,8%, Józef Czyrek 40%, Stanisław Kania 40,3% i Stanisław Ciosek 42%.

 

Wydanie: 6/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy