Opluwanie człowieka honoru

Opluwanie człowieka honoru

Dyszycie żądzą odwetu. W tym, co wyprawiacie z Generałem, nietrudno dojrzeć przyczyny zemsty – pozbawił was smaku zwycięstwa

Polska polityka wewnętrzna budzi coraz większe obrzydzenie. Bardzo wyraźnie widać to na przykładzie usilnych prób fałszywej mitologizacji ostatniego ćwierćwiecza historii Polski przez prawicę.
Przyjmuję za fakt oczywisty, rzucający się w oczy każdemu inteligentnemu człowiekowi, że proces przeciwko gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu („sądzony jest jak gangster” – „Gazeta Wyborcza”) odświeżył nie tyle zapomniane, co słabnące ostre podziały społeczne sprzed wielu lat. To nie jest podział podobny do tego, jaki wywołała we Francji sprawa kpt. Dreyfusa, ale przyczyny obu dramatycznych pęknięć spokoju społecznego wyrastają z tego samego pnia. Z tego, co jest złą twarzą rodzaju ludzkiego, czyli z nienawiści. To jej chcę poświęcić uwagę, ale wpierw muszę uporządkować teren, po którym będę się poruszał.
Zanim zacznę zastanawiać się nad

skłonnością polskiej prawicy do podłości,

wyjaśnię, dlaczego dopiero teraz zabieram głos, chociaż w latach 80. byłem jednym z najbliższych cywilnych współpracowników gen. Jaruzelskiego. Powód jest prosty, choć może niektórzy chcieliby moje milczenie zrozumieć jako unik. Nie, jedynym powodem jest moja przewlekła choroba. W kilku tomach moich „Dzienników politycznych”, w moich wywiadach dla prasy zachodniej – m.in. dla Oriany Fallaci – postać Generała była stale obecna.
Gdy stało się już oczywiste, że katowicka prokuratura przygotowuje akt oskarżenia, oczekiwałem wezwania przed jej oblicze, bo przecież kto jak kto, ale człowiek, który przez dziesięć lat przebywał niemal pod jednym dachem z oskarżonym (?), może wiele o nim powiedzieć. Wezwania nie było i szybko zrozumiałem, że szykuje się proces pokazowy. Dobrze pamiętam takie procesy z lat 50., wysnułem zatem logiczny wniosek, że wiedza na temat motywów, które skłoniły nas do wprowadzenia stanu wojennego, w ogóle nie jest oskarżycielom potrzebna. Zapał „miecza karzącego”, katowickiego oddziału IPN, skłania mnie do wyprowadzenia takiej analogii: w latach 80. właśnie w tym śląskim mieście uwiło sobie gniazdko Katowickie Forum Partyjne, zajadle zwalczające linię polityczną Jaruzelskiego, którą ja też reprezentowałem. Dla Wołczewa, szefa tego Forum,

byliśmy kontrrewolucyjną zarazą.

Ćwierć wieku później sen Wołczewa zaczyna nabierać realnych kształtów. PZPR, wiodąca partia w PRL, w latach 80. nie była monolitem. I nie mogła nim być, ponieważ powstanie wolnych związków zawodowych w systemie autorytarnym wstrząsnęło ładem ustrojowym. Nie jest też przypadkiem, że pierwsza „Solidarność” była początkowo nieśmiała w swych działaniach, jej przywódcy bowiem też nie bardzo wiedzieli, jak zabrać się do rzeczy, ale szybko nauczyli się organizowania strajków, demonstracji i innych form protestu. Dzisiaj wpływowa część z nich z zapałem zabrała się do budowania mitów, niewiele mających wspólnego z faktami.
Karczując zarosły chwastami kłamstw i przeinaczeń ugór, oświadczam, że odrzucam, i każdy uczciwy historyk postąpi tak samo, wbijaną do głów obecnemu pokoleniu młodych Polaków „prawdę” o okrutnych, ograniczonych, złych, wręcz głupich „komunistach” rządzących Polską, naprzeciw których stały milionowe hufce szlachetnych członków „Solidarności” (dziś urośli już do zdeklarowanych antykomunistów, co warte jest śmiechu).
Usuńmy jeszcze jeden ciężki kamień: zła wola, „krótka pamięć” i mściwa postawa działaczy „S” i historyków-prokuratorów IPN oraz służalcza wobec nich rola zastępów na ogół dobrze opłacanych skrybów. Byle szczyl dziennikarski bez skrupułów opluwa, wdeptuje w ziemię, wykpiwa człowieka, który walczył o jedyną Polskę, jaka po II wojnie światowej w ogóle mogła powstać. Dla nich „wieszanie psów” i dowolne opluwanie gen. Jaruzelskiego to działanie politycznie poprawne, oczekiwane, a być może także szczebel w karierze. Tego kamienia nie da się jednak usunąć. Budowniczowie nowych mitów, co widać na przykładzie kultu powstania warszawskiego, nigdy nie spoczną. Niestety, nie da się dobudować do jego muzeum kolejnego pawilonu, o historii powstania „Solidarności”. Tej okazji i przyjemności „komuniści” prawicę pozbawili. Ile razy słyszę o bohaterskich powstańcach i ani słowa o prawie 200 tys. zmarłych z głodu, z ran, rozstrzelanych przez niemieckich faszystów, to krew mnie zalewa. Kto wie, czy wykrzywiona grymasem nienawiści twarz polskiej prawicy, którą oglądamy w czasie procesu, nie „podniosła głowy” właśnie dlatego, że prowadziliśmy politykę, która zarówno radykałom w „S”, jak i w PZPR nie pozwoliła sięgnąć po walkę wręcz z władzą. Do tej według mnie kluczowej tezy powrócę nieco później.
Dramat w kopalni Wujek był bez wątpienia wstrząsem, który na zawsze pozostanie w pamięci narodowej, choć byłoby z pożytkiem dla prawdy historycznej, gdyby cała prawda o nim stała się częścią lekcji wychowania młodych Polaków. Kilka lat temu odwiedził mnie były wojewoda śląski, Marek Kempski, który w trakcie rozmowy o niedawnych latach powiedział, że nie rozumie, dlaczego generałowie Jaruzelski i Kiszczak nie wykorzystują tego, że

„myśmy piętnaście kopalń przygotowali do oporu”.

Nie wiem, dlaczego o tym wówczas nie mówili, ale domyślam się, że to, co stało się w Wujku, było zbyt wielkim psychicznym obciążeniem (nie mówiąc już o politycznym), by toczyć spór o to, czy było 10, czy 15 kopalń gotowych do czynnego oporu. Zresztą to przecież my, władza, wprowadziliśmy stan wojenny, a nie górnicy. Dodam tylko, że był i jest jeden sprawiedliwy – Karol Modzelewski. On właśnie publicznie powiedział, że czuje się współwinny za to, co stało się w Wujku, „ponieważ myśmy ich do tego zachęcali”.
Odwalmy następny kamień o wielkim ciężarze gatunkowym. Do napisania nowej wersji powojennej historii Polski wzięły się reakcyjne odłamy polskiej prawicy, którym przewodzą prokuratorzy, pracownicy IPN, państwowej instytucji utrzymywanej z pieniędzy podatników. Akceptuje ten stan rzeczy Platforma Obywatelska, podobno formacja polskich liberałów. Wolne żarty! Jacy to liberałowie? Są również zainfekowani jadem antykomunizmu, tyle że rzadko tym jadem plują. Szczerze mówiąc, wolę jaskiniowych antykomunistów niż udających liberalnych dżentelmenów.
Wróćmy do naszego ugoru. W sprawie, o której poniżej, zaprawione cynizmem kłamstwo goni kłamstwo. Pierwsze to zaplanowane i uporczywe lansowanie tezy, że zarówno w latach wojny, jak tuż po niej „siły patriotyczne w Polsce walczyły o niepodległość kraju przeciwko sowieckim okupantom i ich sługusom”, czyli takim ludziom jak ja. Z pola widzenia znika wojna domowa wraz ze swoimi okrutnymi prawami. Znikają rewolucyjne reformy społeczne lat 1945-1947, a także zamglone brzegi Odry i Nysy. Nie rozwijam tego tematu, ponieważ zawiódłby mnie do bezowocnych sporów z piszącymi na nowo historię Polski. Chcę jedynie wszystkim chłoptasiom, dobrze odżywionym i służącym wiernie reakcji społecznej, powiedzieć, że w 1945 r. i później nie walczyłem o niepodległość kraju, ponieważ byłem jednym z setek tysięcy młodych Polaków, którzy uzyskali szansę na zdobycie wykształcenia. Trzeba było żyć przez pięć lat pod okupacją hitlerowską, żeby zrozumieć, dlaczego moje pokolenie przyjęło rok 1945 jako wyzwolenie, a nie jako nową okupację (a was ścigały cienie szlacheckich powstańców styczniowych, zabijanych przez Kozaków). Nie walczyli o niepodległość wychodzący z czworaków fornale, rzadko który – otumaniony przez reakcję – szedł do lasu i tam ginął bądź stawał się bandytą.
Gdyby zajrzeć do życiorysów ludzi pokroju Zaremby, Michalskiego, Semki i tysięcy innych, to rychło okazałoby się, że rewolucja społeczna, jaka ogarnęła po wojnie Polskę, otworzyła drogę do awansu rodzicom tych orłów pióra, wiodących żywot przeżuwaczy zakłamanych banałów. Będzie ich zawsze moc, bo zawód dziennikarski sprzedajny jest, oczywiście poza wyjątkami, ale tych trzeba już ze świecą szukać. Na marginesie, Monika Olejnik ostrogi dziennikarskie zdobywała w Programie III Polskiego Radia w czasie stanu wojennego.
To jeszcze nie wszystkie kamienie, które trzeba usunąć, aby w najbliższych dziesięcioleciach Polska wyszła na prostą. Każdy, kto uważnie śledzi proces przeciwko „gangsterskiemu gangowi”, zapewne ze zdumieniem odnotowuje, że w komentarzach, wychodzących spod pióra naszych orłów dziennikarskich, z zaskakującą łagodnością szczuje się przeciwko nam jako „sługusom Moskwy”, „zdrajcom świętej polskiej sprawy” albo – jak rozszyfrował skrót PZPR Leszek Moczulski – „płatnym zdrajcom, pachołkom Rosji”. A przecież w latach, które minęły od 1989 r., prawie nie było dnia, by mojej formacji ideowej nie przedstawiano jako zdechłych psów. Łykaliśmy w dużym stopniu bezzasadne obelgi, ponieważ od dyktatu Moskwy nad Polską upłynęło kilka dziesięcioleci. Chyba się nie mylę, stwierdzając, że wypreparowanie „gangsterskiej szajki” z kontekstu ZSRR ma na celu pokazanie Polakom, iż działała ona samodzielnie i jej celem było tylko utrzymanie władzy. Być może położenie nacisku na narodowy charakter „zbrodniczej grupy” zmierzało do mocnego

ugruntowania w świadomości Polaków,

że przez wszystkie lata byli pensjonariuszami peerelowskiego więzienia, którego strażnikami był Bierut, Gomułka, Jaruzelski i co pomniejsze „bolszewickie karły”.
Przedstawienie „gangsterów”, z Wojciechem Jaruzelskim na czele, współgra z tezą, powtarzaną przez niektórych radzieckich marszałków i generałów, a także przez niektórych polityków, że nikt nie zamierzał wkraczać „z bratnią pomocą”. To ciekawe, że polska reakcja z reguły nie wierzy „Sowietom”, ale w tym przypadku wierzy im święcie. To znana i od lat podtrzymywana ich argumentacja. Nieprawdziwa, ponieważ w maju 1981 r. Leonid Breżniew zapewniał Honeckera i Husaka, że mogą spać spokojnie, bo „towarzysz Wiktor Kulikow opracował odpowiednie plany kilku wariantów, które będą realizowane w sytuacji zagrożenia”. Gdybyście panowie, prześladowcy Wojciecha Jaruzelskiego, usłyszeli pouczenia Breżniewa, to ciekawe, jak byście zareagowali. Spokojem? Moje pokolenie, po krótkim zaćmieniu umysłów stalinizmem i faszyzmem, wzięło na swoje barki trud wydobywania kraju z cywilizacyjnego zacofania. W odróżnieniu od ONYCH, czyli cynicznych panów demokratów, których nie martwi ani ubożenie milionów rodaków, ani wzrost nikczemności i zastraszający upadek dobrych obyczajów (spójrzcie na wasz Sejm, na język tam używany, chamski i żałosny), zaprzątnięci są bowiem tworzeniem nowych mitów, zgodnie z zawołaniem faktycznego guru IPN, Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział: „nikt za nas historii Polski nie napisze”.
Wracam do mojego pokolenia. Gdy słucham, jak surowo oceniają nas i plują na nas, na nasz dorobek, na nasze życie ci, którzy mienią się gierojami, pusty śmiech mnie ogarnia. Mam za sobą już prawie 82 lata życia. To dużo, znacznie mi bliżej do końca niż do jakiegokolwiek początku. Moje pokolenie przeżyło straszliwą wojnę, lata głodu i chłodu, ja ogromną traumę po gwałtownie przerwanym życiu mego 47-letniego ojca, który zginął od kul komanda SS. A potem były następne lata: brnięcie w gruzach Starego Miasta, czołgi na ulicach Berlina Wschodniego, samosądy w Budapeszcie, upadek praskiej wiosny. Czy to mało, jak na losy i doświadczenie jednego pokolenia? Co wy, którzy z zadowolonymi gębami radośnie plujecie na sybiraka i polskiego żołnierza, który wyzwalał (dosłownie) Polskę z kierunku wschodniego, daliście ojczyźnie? Wolność i niepodległość? Przejrzyjcie na oczy i spróbujcie postawić się w ówczesnej sytuacji. Odpowiedzcie sobie na pytanie, czy rzeczywiście uważacie pokolenie Jaruzelskiego, moje, a także Kwaśniewskiego za durniów żyjących w szklanej kuli, odizolowanych od realnego życia i sytuacji międzynarodowej? To

nas przyjmowali czołowi politycy świata,

prowadząc z nami poważny dialog o wspólnej odpowiedzialności za pokój w Europie i bezpieczeństwo naszego kontynentu. A co się tyczy rządzenia Polską przez prawicę, to doradzam skromność. Jaruzelskiego nie trzeba pouczać, co to jest patriotyzm. Jego hartowała syberyjska tajga, a nie uniwersyteckie aule. A już kwestionowanie tego, że działał w imię elementarnych interesów Polski, uważam za szczyt bezczelności.
Polska prawica pracowicie wspina się na szczyty głupoty. Przez 40 lat cała Europa pogrążała się w zimnej wojnie, gdy strach przed wykorzystaniem przez ZSRR w polityce międzynarodowej (bo przecież był potęgą atomową) różnych nacisków paraliżował rządy krajów i ich przywódców, tylko Polacy – jak teraz czytam – śmiało demonstrowali swoje przywiązanie do niezależności, duchowo i politycznie kochali szarpać niedźwiedzia za ogon. Prawicowa opozycja, w której szeregach z zawrotną szybkością rosną dziś antykomuniści (zapewne wielu z nich nawet nie miało w rękach „Manifestu komunistycznego”), bełkocze o wprowadzaniu przez PZPR „komunizmu”. Gdzie? W Polsce, kraju katolickim, gdzie nawet 80% członków partii uważało się za wierzących? Polski „komunizm” odznaczał się także cechą szczególną: utrzymaniem prywatnego gospodarstwa rolnego, z zapisaniem tej własności w konstytucji PRL. Przypomnę, że 82% ziemi ornej znajdowało się w rękach rolników indywidualnych. I na dodatek „komunistyczne” państwo odbudowało kościoły, a „ostatni komunistyczny premier”, czyli ja, w maju 1989 r. wniósł do Sejmu trzy ważne projekty do dziś obowiązujących ustaw, zwiększających przywileje Kościoła rzymskokatolickiego. W takim kraju jacyś jaskiniowi antykomuniści bełkoczą o „komunizmie”, realizowanym przez PZPR w polityce społecznej, wychowaniu etc. Od liberałów ze środowiska „Gazety Wyborczej” poczynając, na czarnej reakcji kończąc, robią z nas komunistycznych twardzieli, wrogów Polski. Nie chcą przyjąć do wiadomości (bo tak im pasuje do ich seansów nienawiści), że

system socjalistyczny ewoluował

i nie można wrzucać do jednego worka czasów wojny domowej, stalinizmu, odwilży, „małej stabilizacji” itd. Oni wszyscy nie mogą nam wybaczyć bezspornego faktu, że miliony obywateli PRL wcale nie uważały, że żyją w ciężkim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Nic zatem dziwnego, że fałszerze najnowszej historii Polski zdobyli się na haniebny proces przeciwko gen. Jaruzelskiemu. Jest to desperacka próba ostatecznego zniszczenia zbiorowej pamięci narodu. Nasze protesty przeciwko kolejnemu fałszowaniu faktów kwitują szyderczym uśmiechem dziennikarskich młokosów i, pożal się Boże, posłów i senatorów, mieniących się politykami. Żałosne to grono.
Na zakończenie dwie ważne sprawy. Pierwsza dotyczy stanu wojennego. Zarzuca się Jaruzelskiemu, że negocjował z „Solidarnością”, a po cichu od miesięcy przygotowywał się do wprowadzenia stanu wojennego. Nie byłem członkiem Komitetu Obrony Kraju ani nie uczestniczyłem w jego pracach, ale było dla mnie zrozumiałe, że władza, która nie ma w konstytucji zapisanego stanu wyjątkowego, musi zabezpieczyć się przed wydarzeniami, które mogą sprowadzić nieszczęście na naród i państwo. Niektóre skryby ośmielają się nawet zarzucać Generałowi, że prosił Moskwę o pomoc militarną. Ja zaś, z częstotliwości rozmów z radzieckimi jesienią 1981 r., wyniosłem narastający strach przed interwencją. We wrześniu owego roku stałem na balkonie gabinetu Generała i usłyszałem od niego złowieszcze słowa: „Gdy wejdą, to ty, oficer rezerwy, i ja, w służbie czynnej, wiemy, co ze sobą zrobić”. Karmili nas strachem, ponieważ znali pogarszającą się sytuację gospodarczą. Partyjni urzędnicy snuli różne plany. Doradca Breżniewa dzielił się uwagami na temat tego, kiedy wkroczą. Przewidywał trzy, za przeproszeniem, „wejścia”. Na czołowym miejscu stawiał konieczność wkroczenia w przypadku, gdyby władzę w Polsce przejęli socjaldemokraci: Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak i ja. Jesienią tego roku ambasador ZSRR w Bonn dzielił się swoimi refleksjami na temat Polski (M.F. Rakowski, „Dzienniki polityczne”, Tom 8, s. 42). Nie były to rozmyślania napawające optymizmem. Nie tylko ja żyłem w obawie o losy kraju. Strach o Polskę dominował wśród milionów ludzi. Późną jesienią byłem już przekonany, że wprowadzenie stanu wojennego będzie konieczne, choć do ostatniej chwili wydawało mi się, że jeszcze można go uniknąć. Były to już pobożne życzenia intelektualisty. 12 grudnia 1981 r. o godzinie 12.30 złożyłem w sekretariacie premiera list, który oddawał mój nastrój: „Rozwój sytuacji politycznej i gospodarczej w Polsce w ostatnich kilkunastu dniach wszedł w nową, krytyczną i bardzo niebezpieczną fazę. Praktycznie rzecz biorąc, istnieją następujące wyjścia z sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Pierwsze, to kontynuacja obecnej linii, czyli

milczące przyzwolenie

na stopniowe (i skuteczne) osłabianie władzy. Kontynuowanie obecnej linii musi w efekcie prędzej czy później przynieść kompletny rozkład władzy, manifestacje uliczne, samosądy, terroryzm itd. Kontynuowanie tej linii może doprowadzić do krwawych zdarzeń na ulicach miast, a w efekcie do interwencji zewnętrznej. Drugie wyjście polega na poddaniu się, na podniesieniu rąk. Jest to wyjście (wprawdzie teoretyczne), które spowodowałoby natychmiastową interwencję. Trzecie polega na przejęciu inicjatywy przez Grupę Ocalenia Narodowego. Istotą tej inicjatywy jest przejęcie pełnej władzy przez Ludowe Wojsko Polskie. Obiektywnie oceniając istniejącą sytuację, należy stwierdzić, że jest to jedyne wyjście, jakie nam jeszcze pozostało.
Bierzesz (bierzemy) na siebie straszliwe brzemię odpowiedzialności za los 36 milionów żywych ludzi.
Rozważ to dobrze. To nie jest jedna z tych trudnych, lecz w końcu tuzinkowych decyzji, jakie codziennie podejmujemy. To jest wybór na śmierć i życie. Czy masz (mamy) zupełną pewność, że warto ryzykować wszystko, dosłownie wszystko? Czy przy swojej wrażliwości (także mojej) na napaści i ataki, masz w sobie dość siły, aby znieść tę kampanię plucia, nienawiści i pogardy, jaka na Ciebie (na nas) może spaść? Czy nie lepiej – póki nie jest za późno – podać się do dymisji? Może jest to wyjście? Nie chcę Cię odwodzić od tej dramatycznej decyzji – mam na myśli operację ťZŤ – bo może historia przypisała Ci ten sam polski wybór, jakiego w swoim czasie musiał dokonać Wielopolski i Piłsudski, ale chodzi mi jedynie o to, żebyś pamiętał, że masz już swą młodość daleko za sobą (podobnie jak ja), że jesteś przede wszystkim człowiekiem, który ma tylko jedno życie, a dopiero później jesteś żołnierzem i politykiem. Nawet przy najsprawniejszym przeprowadzeniu Operacji, możesz stać się na wiele lat przedmiotem oszalałej, polskiej nienawiści, a nie można wykluczyć zamachu terrorystycznego” („Dzienniki polityczne”, Tom 8, s. 133).
W następnych latach kilka razy zaglądałem do tego listu i po mojej głowie błąkało się pytanie: czy nie powinniśmy wówczas podać się do dymisji, przekazać władzy „dobrym towarzyszom”, którzy zrobiliby w kraju porządek, szybko i skutecznie? Nas, być może, by nie rozstrzelali, ale z całą pewnością zostalibyśmy uznani za kontrrewolucjonistów, oportunistów i, co oczywiste, za zdrajców socjalizmu. Niechby tą decyzją dopełnił się nasz straceńczy los. Gdy pod brzemieniem ataków prawicy, jak się okazało chwilowych sojuszników przy Okrągłym Stole, bezradny wobec mnożących się zarzutów o zdradę, wracałem do cytowanego listu, dochodziłem do wniosku, że nie mieliśmy innego wyjścia i tak trzeba było postąpić.
Prawicowi specjaliści od potępiania wyimaginowanego „komunizmu” w Polsce, po 1989 r. doprowadzili do niesłychanego obniżenia wszelkich standardów życia publicznego, do cynicznego, amoralnego wprowadzania na salony polityczne pozbawionych instynktu państwowego karierowiczów spod ciemnej gwiazdy, a także do sponiewierania języka polskiego. Prekursorem tych mechanizmów, a dzisiaj normy, był pegeerowiec Andrzej Lepper. Jego dzieło rozwinął twórczo premier Jarosław Kaczyński. Spróbujcie, drodzy państwo, wziąć do ręki papier i notować na nim wszystkie wulgaryzmy używane przez polityków, a także przykłady ich wzajemnego

obrzucania się obelgami.

Właśnie w świetle schamienia języka publicznego przypatrzmy się słownictwu, jakim wiodące w Polsce partie określają Wojciecha Jaruzelskiego. Zbiera się na torsje.
Wróćmy do prawicowego oglądu ówczesnej rzeczywistości. Parafrazując Jarosława Kaczyńskiego: tam stało ZOMO, a tu my, bohaterowie bez skazy, aniołowie, których hufcom przewodzili archaniołowie. To jest wasz, panowie prawicowcy, obraz Polski przełomu lat 80. Czy narzucenie milionom Polaków takiego podziału wam się uda? A połowa dorosłych Polaków akceptująca z westchnieniem ulgi wprowadzenie stanu wojennego to – za przeproszeniem – pies? Jest to co najmniej wątpliwe. Wy, panowie wyznawcy prawicowego spojrzenia na świat i, co oczywiste, na Polskę, zaprzeczacie, że kierujecie się zemstą. Czyżby? Czy upadlanie Jaruzelskiego jest wymierzaniem sprawiedliwości? Gdyby istniała kara śmierci, to prawdziwy obrońca prawa, dr praw Janusz Kochanowski, posłałby Jaruzelskiego – i zapewne nie tylko jego – na szubienicę. To byłaby ciekawa interpretacja tego pojęcia. Nie wierzę wam, nawet gdybyście przysięgali na wszystkie wasze świętości, w tym na Boga, honor i ojczyznę. Nie sądzę, bym się mylił, uważając, że dyszycie żądzą odwetu. W tym, co wyprawiacie z Generałem, nietrudno dojrzeć przyczyny zemsty – pozbawił was smaku zwycięstwa. W przełomie, jaki dokonał się w 1989 r., nie padł ani jeden strzał, nie powstała ani jedna barykada. Oddaliśmy wam władzę bez protestu. Jacy zatem z was zwycięzcy? Co więcej, gdyby nie pojawił się Michaił Gorbaczow i nowa generacja Rosjan, którymi pogardzacie, to być może nadal żylibyście pod jarzmem „komunizmu”. I dlatego musicie ukarać Jaruzelskiego, by lud zapomniał, że Generał ochronił Polaków przed dramatem narodowym, nie pierwszym w naszej historii. Trzeba go Polakom zohydzić, zrobić z niego gangstera. To się wam nie uda, ale uparcie i zaciekle próbujecie. Generał pozbawił was wieńca laurowego, który – waszym zdaniem – należy się wam jak psu kość. Otóż nie dokonaliście czynów bohaterskich. Mieliście do czynienia z naiwnymi przywódcami, którzy poważnie brali przyjęte przez obie strony zobowiązania i ustalenia przy Okrągłym Stole. Wierzyliśmy wam i za tę naiwność płaci teraz Jaruzelski, jako symbol minionego socjalistycznego ustroju. Nie jest ostatnim, który za nią płaci.
W myśl znanej stalinowskiej zasady, że w miarę upływu czasu walka klasowa zaostrza się, został zidentyfikowany kolejny „wróg klasowy”, który już dziś z furią jest atakowany (a po nim wszak przyjdą następni): to środowisko „Gazety Wyborczej”, Adam Michnik i jego zespół, który omal nie pękł z dumy, gdy „pogrzebał komunizm”. Oni, mimo że uznali, że „komunistów” należy wytrzebić z polskiego krajobrazu jak kuropatwy, od początku byli uważani przez prawicę za mydłków, a mówiąc brutalnie, za agentów komunistycznych. To dziwne, że tacy mądrzy ludzie jak Michnik, Balcerowicz, Wielowieyski

nie przewidzieli,

że polska reakcja nie spocznie, dopóki nie pozbawi wpływów „parszywych liberałów”. Ktoś zapyta, jakie są źródła głupoty polskiej prawicy? Można powiedzieć, że wielorakie, że odwieczne i mimo że nie brakuje w niej ludzi inteligentnych, to w rozumieniu świata są tępi jak sławna w latach 70. żyletka Rawa Lux – z wyglądu robiła dobre wrażenie, ale używanie jej groziło poharataniem twarzy.
Nie kocham liberałów, skupionych w redakcji „GW” i wokół niej. Przyznaję się nawet do pewnej ułomności. Otóż, doceniając ich działalność polityczną, kulturową itp., jednocześnie nie jestem wolny od pewnej złośliwej satysfakcji. Byliśmy przez środowisko „GW” sekowani. Szefowie gazety decydowali, kogo z lewicy można uznać za godnego uwagi, a nawet za pieszczocha. Ja do tej grupy nie należałem, ponieważ koledzy Adama Michnika i jego podwładni tworzyli twardą antykomunistyczną jaczejkę. Taka jest ironia Historii, Matki naszej. Teraz my, „komuniści”, bronimy ich roli przy Okrągłym Stole.
PS Zbyt wiele miejsca zajęłaby polemika z poglądami marszałka Senatu, Bogdana Borusewicza, bo jego tekst w „Gazecie Wyborczej” ocieka żółcią i nienawiścią, bo traktuje on Jaruzelskiego jak kłamcę, niedojrzałego polityka. Jeśli jednak pisze, że PRL była dyktaturą i przypisuje ją Jaruzelskiemu, to jest to kolejna manipulacja historią. Jeśli chce zobaczyć prawdziwą dyktaturę, niech pojedzie do Chile. Tam, na jednym cmentarzu, na wielkiej tablicy widnieje 3 tys. nazwisk ofiar Pinocheta. A to jeszcze nie wszyscy. Borusewicz pisze, że to, co różni dyktaturę Jaruzelskiego od Pinocheta, to jedynie liczba ofiar. Czyżby? To może niech pojedzie do Nikaragui i przyjrzy się gorejącym wulkanom, do których Somoza wrzucał swoich wrogów. Żyje pan, panie marszałku, w świecie iluzji. Zresztą nie tylko pan.

 

Wydanie: 43/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy