Ostatnia cesarzowa Brazylii

Ostatnia cesarzowa Brazylii

Dilma Rousseff ma wszelkie powody, by czuć się prezydentem niechcianym

Po jednej z najbardziej nieprzewidywalnych kampanii wyborczych ostatnich dziesięcioleci Dilma Rousseff zdołała przekonać Brazylijczyków, by powierzyli jej losy kraju na kolejne cztery lata. Będzie to już czwarta z rzędu kadencja dla Partii Pracujących (PT) – i wiele wskazuje na to, że ostatnia.
Urzędującej pani prezydent, 67-letniej ekonomistce z Belo Horizonte, córce brazylijskiej nauczycielki i bułgarskiego inżyniera przybyłego do Brazylii w latach 30., udało się rzutem na taśmę zapewnić sobie reelekcję. Drugą turę wyborów wygrała z zaledwie trzyprocentową przewagą nad Aéciem Nevesem popieranym przez przedsiębiorców i ma wszelkie powody, by czuć się prezydentem niechcianym.
Tegoroczne wybory spowodowały bowiem, że światło dzienne ujrzała nowa Brazylia, o której w ostatnich latach mówiło się niewiele – głęboko podzielona, z rosnącymi nierównościami społecznymi, antagonizmem między biednym środkiem kraju a rozwijającym się północnym wybrzeżem. Przede wszystkim jednak kampania była ostatecznym dowodem na to, że przestała działać propaganda rządzącej od 12 lat Partii Pracujących, reklamująca Brazylię jako wschodzącą potęgę gospodarczą, która lada moment będzie zdolna rywalizować jak równy z równym z Chinami, USA i Europą.
Gospodarka Brazylii zwalnia i coraz bardziej uzależnia się od eksportu surowców, zwłaszcza ropy naftowej. Największy od 2002 r. deficyt budżetowy, rosnące bezrobocie i kontrowersje związane z dwiema wielkimi imprezami sportowymi – mundialem oraz letnimi igrzyskami w Rio w 2016 r. – mocno nadwyrężyły cierpliwość społeczeństwa. Brazylijczycy szli do wyborów niesieni chęcią wymiany elit i gruntownej reformy sceny politycznej, a Dilma o włos nie stała się ich pierwszą ofiarą.

Sen o ekologii

Kilka tygodni przed pierwszą turą nic nie zwiastowało kolejnego sukcesu przedstawicielki PT. W sondażach nieoczekiwanie wysunęła się na czoło Marina Silva, reprezentująca Partię Zielonych. Kusiła wyborców wizją antykorporacyjnego, czystego kraju, gdzie międzynarodowe koncerny nie mogą – jak mówiła w wywiadzie dla „The Rio Times” – panoszyć się bezkarnie i wywozić niczym konkwistadorzy dóbr narodowych Brazylii. Była minister środowiska, którą zachodnie media zdążyły przedwcześnie ochrzcić pierwszą „zieloną panią prezydent”, wypunktowywała wszystkie bolączki brazylijskiego społeczeństwa: nadmierne wykorzystywanie zasobów naturalnych, monopolistyczną pozycję rządzącej PT oraz bardzo otwartą, balansującą na granicy służalczości politykę wobec zagranicznych inwestorów.
Sen o ekologicznej Brazylii się nie urzeczywistnił, a Silva, podobnie jak cztery lata wcześniej, zajęła w wyborach dopiero trzecie miejsce, zdobywając 21,3% głosów i nie kwalifikując się do drugiej tury. Ale dzięki jej kandydaturze na stałe zagościły w debacie publicznej kwestie dotychczas drugorzędne, jak chociażby demarkacja terytoriów historycznie należących do rdzennych plemion brazylijskiego interioru oraz walka o prawo do własności ziemi mieszkańców obszarów wiejskich (Brazylia ma z tym ogromny problem – tytuły własności często były bezprawnie odbierane, co zaowocowało jedną z największych na świecie koncentracji nieuprawianej ziemi w rękach korporacji).
Porażka Silvy, a raczej jej gorszy od zapowiadanego wynik, nie rozwiązała jednak problemów urzędującej pani prezydent. Przeciwnie, uczyniła drugą turę jeszcze mniej przewidywalną, a sztabowców PT zmusiła do ogromnych wysiłków w walce o niemal każdy głos. W pierwszej turze Dilma wprawdzie wygrała, ale 41,48% głosów nie stanowiło komfortowej przewagi wobec 33,5% jej największego konkurenta Aécia Nevesa, popieranego przez przedsiębiorców, inteligencję i partie centrolewicowe.

Wszystkie atuty Nevesa

Ten były przewodniczący Izby Deputowanych, ale przede wszystkim były gubernator stanu Minas Gerais, gdzie protesty przeciw mundialowi były najsilniejsze i gdzie lokalny przemysł najmocniej konkuruje z napływem zagranicznych inwestorów, poważnie zagrażał Dilmie, gdyż ideologicznie jest mu znacznie bliżej do postępowych wyborców Silvy. W dodatku od początku adresował program do tych, którzy rządami PT rozczarowali się najbardziej: pracodawców, właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw oraz klasy średniej, skuszonej przez Dilmę obietnicami korzyści, jakie przyniesie błyskawiczny wzrost gospodarczy i idące za nim zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych pracowników. Neves zapowiadał większą niezależność banku centralnego, walkę z rosnącą inflacją oraz bardziej stanowczą postawę wobec zagranicznych inwestorów, często sprowadzających do Brazylii własnych inżynierów, a ostatnio nawet pracowników fizycznych. Dotyczy to zwłaszcza Chin, które od czasów drugiej kadencji Luli stały się jednym z najważniejszych partnerów handlowych Brazylii.
Poza doświadczeniem politycznym i chwytliwymi postulatami Neves miał jeszcze jeden atut, który martwił sztabowców Dilmy. Jest on wnukiem Tancreda Nevesa, pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta kraju po ustąpieniu w 1985 r. junty wojskowej pod przewodnictwem gen. João Figueireda. Dziadek Aécia Nevesa był jednak postacią tyleż symboliczną, co tragiczną. Zasłużony działacz opozycji, architekt kampanii społecznej namawiającej dyktaturę do wprowadzenia bezpośrednich wyborów głowy państwa, nigdy nie doczekał demokratycznej Brazylii. Zmarł, zanim zdążył objąć urząd. Od tej pory klan Nevesów jest dla niektórych członków brazylijskiej elity odpowiednikiem rodziny Kennedych. Aécio zręcznie grał tym mitem w kampanii, w czym pomagały mu największe ośrodki medialne, na czele z koncernem O Globo. Również tutaj znaczącą rolę odegrały więzy rodzinne. Właściciel koncernu, Roberto Marinho, był jednym z najbardziej zaufanych ludzi w otoczeniu Tancreda Nevesa i w dużej mierze dzięki zaangażowaniu jego stacji telewizyjnych i radiowych kampania Diretas Ja! (Bezpośrednie wybory teraz!) zyskała należyty rozgłos. Stare układy pomogły i teraz – jak pisze angielski tygodnik „The Economist”, w decydującej fazie pierwszej tury o porażce Silvy zadecydowała jej ograniczona prezentacja w mediach, zdominowanych przez Dilmę i Aécia, których budżety kampanijne były znacznie większe.

Trudy drugiej kadencji

Neves wykazał się politycznym sprytem najwyższej klasy i intuicją, zaraz po ogłoszeniu wyników pierwszej tury komplementując byłą minister środowiska i obiecując realizację jej postulatów wyborczych (w tym wspominaną kontrowersyjną reformę tytułów własności ziemskiej). Ale wystarczyło to jedynie do zdobycia 48% w drugiej turze. Dilma znów przetrwała – tym razem uratowali ją najzagorzalsi zwolennicy, zwłaszcza z północnego wschodu kraju, tradycyjnego bastionu PT (w samym stanie Bahia ponad 70% wyborców poparło urzędującą prezydent). Druga kadencja nie będzie jednak dla niej tak łatwa jak pierwsza, gdy po ośmiu latach rządów Luli obejmowała prezydenturę na fali wzrostu gospodarczego i rosnącego znaczenia zarówno w regionie, jak i w społeczności międzynarodowej. Dziś Dilma musi się zmierzyć z problemami, które rządowi Luli pozostawały obce przez większość kadencji. Gospodarkę dosięgła recesja, bank centralny – coraz bardziej zależny od decyzji rządu – nie jest w stanie poradzić sobie z coraz wyższą inflacją. W dodatku niedawno świat finansów zadał kolejny cios – agencja Moody’s obniżyła rating kredytowy Brazylii do przeciętnego BAA2, z perspektywą negatywną. To zmniejszyło wiarygodność kraju u zagranicznych inwestorów, których obecność wciąż jest jednym z filarów strategii rozwoju gospodarczego PT – od początku rządów tego ugrupowania w 2002 r. Brazylia podpisała aż 82 umowy o dwustronnej współpracy inwestycyjnej z innymi krajami.
Wyzwania tak naprawdę czekają w każdej dziedzinie. Konieczna jest reforma systemu politycznego, gdyż w rozproszonym Kongresie, składającym się z 28 partii, sprawne rządzenie jest niemal niemożliwe. Rousseff będzie też musiała się zmierzyć z problemem własności ziemi, zwłaszcza w obliczu konfliktu z dotychczasowym sojusznikiem, Movimento Sim Terra, największym na świecie ruchem bezrolnych farmerów.
Jak komentuje antropolog kultury Roberto DaMatta, Brazylia była już w swojej historii monarchią oraz arystokracją niewolącą naród. Ustrój republikański najszybciej narodził się na peryferiach, podczas gdy w Rio de Janeiro, São Paulo i innych miastach monarchia trzymała się mocno. Najbliższe cztery lata pokażą, czy ta reguła obowiązuje do dziś i czy monarchia Partii Pracujących zdoła posadzić na tronie kolejnego prezydenta.

Wydanie: 46/2014

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy