Ostatnie kroki do Europy

Ostatnie kroki do Europy

Polska delegacja irytuje UE, bo „chce za dużo”. A w Polsce rolnicy skarżą się, że tracą

Nie bądźcie księgowymi, wzywają ostatnio przywódców Unii Europejskiej polscy politycy, z premierem Leszkiem Millerem na czele. Nasza perswazja ma przekonać Brukselę i kraje Piętnastki, że rozszerzenie UE jest na tyle ważnym procesem, iż nie warto zakręcać przed państwami kandydackimi kurka z unijną pomocą. Wiemy, że macie finansowe kłopoty, podkreśla w kontaktach z Europą Zachodnią Warszawa, ale rozmawiamy przecież nie wyłącznie o słupkach i pozycjach w pieniężnych bilansach, lecz o czymś znacznie większym i poważniejszym – o rozpoczęciu budowy naprawdę zjednoczonej Europy, bez czego nasz kontynent na pewno przegra w zapowiadanej na pierwszą dekadę XXI w. wielkiej konfrontacji gospodarczej i politycznej z Ameryką i najbogatszymi krajami Azji.
Taka argumentacja ma niczym przysłowiowy kij dwa końce. Kłopot w tym, skarżą się liczni dyplomaci w Brukseli, że nie tylko tzw. eurokraci i przywódcy Piętnastki, ale także liczni liderzy po stronie pukającej do Unii Europy Środkowej nie rozumieją, jak się wydaje, o jak wielką stawkę toczy się gra. „Jeśli my patrzymy na rozszerzenie okiem rachmistrza, to wy spoglądacie na ten proces dokładnie tak samo, a nawet gorzej – bo z pozycji liczykrupy, skoncentrowanego jedynie na kwestii rolnictwa”, można było ostatnio – nieoficjalnie – usłyszeć od jednego z tzw. eurokratów.
Rzeczywiście, źdźbło prawdy w takim zarzucie jest. Większość polskiej opinii publicznej, jeżeli wie cokolwiek o naszych negocjacjach z UE, to tylko tyle, że „Bruksela chce

skrzywdzić polskie rolnictwo”.

Lobby rolnicze w naszym kraju i zwłaszcza PSL krzyczący głośno przy każdej okazji o podstępnych planach Unii wobec polskiego chłopa, skutecznie zagłuszyły jakąkolwiek poważną debatę o korzyściach i kosztach, jakie będziemy ponosić po wstąpieniu do UE.
Dobrym przykładem takiej sytuacji może być także obecny finał negocjacji akcesyjnych – od poniedziałku 2 grudnia zostanie nam jeszcze dziewięć dni na ostatni szlif warunków naszego wejścia do Unii. Ubiegłotygodniowe propozycje (przewodniczącej obecnie UE) Danii, wychodzące daleko naprzeciw polskim postulatom, m.in. w sferze rolnictwa, główni polscy negocjatorzy ocenili co prawda jako „właściwy krok naprzód”, ale już np. lider PSL, wicepremier Jarosław Kalinowski jedynie jako „maleńki kroczek”. Przywódcy związku kółek rolniczych mówili już wprost: przedłożone przez rząd Danii nowe propozycje są nie do zaakceptowania. „Nie zgadzamy się na nierówne traktowanie polskiego rolnictwa”, ogłosił Władysław Serafin. Pojawiły się pogróżki, że odwleczemy negocjacje poza szczyt Unii w Kopenhadze, wyznaczony na 12-13 grudnia, a nawet zaczekamy ze zgodą na członkostwo,

„aż Unia skruszeje”.

Zdezorientowana opinia publiczna w Polsce powoli już przestaje z tego cokolwiek rozumieć. Powracają podejrzenia, że Europa chce nas oszukać albo zniszczyć. Polska postawa budzi po unijnej stronie coraz częściej zdziwienie pomieszane z irytacją. Premier Danii, Anders Fogh Rasmussen, który przeforsował – wbrew ostrym oporom w krajach Piętnastki – nowe propozycje dla państw kandydackich, ostrzegł w wywiadzie dla dziennika „Jyllands-Posten”, że te kraje, które nie skończą negocjacji akcesyjnych na grudniowym szczycie Unii, będą musiały poczekać na przyjęcie do Unii do 2007 r. (o ile w ogóle dojdzie wówczas do tzw. drugiego rozszerzenia, o Bułgarię i Rumunię). Prasa europejska podała też, że (wbrew zarzutom PSL, że jesteśmy w negocjacjach „zbyt miękcy”) delegacje Polski i Malty wręcz zirytowały głównego negocjatora Unii, duńskiego ambasadora Poula Sytte Christoffersena, gdy w miniony wtorek w odpowiedzi na jego „hojną” ofertę ponowiły „długą listę nierealistycznych żądań”. W Brukseli mówi się przy tej okazji, że „znacznie lepiej” zachowują się inne kraje kandydackie, łącznie z „zajmującymi dość twarde, ale jednak bardziej elastyczne stanowisko” Węgrami, nie mówiąc o Słowenii, Czechach czy krajach bałtyckich.
Aby przekonać Polaków, że naprawdę nikt nie robi im krzywdy, unijni dyplomaci zwracali z kolei uwagę, że korzyści finansowe Polski netto (po odliczeniu składki) będą szybko rosły po naszym wejściu do UE. Sięgną one, według najnowszych duńskich wyliczeń, 1489 mln euro w 2004 roku (uwzględniając jednorazową rekompensatę budżetową 443 mln), 2242 mln w 2005 r. i 2710 mln w 2006 r. Razem da to 6441 mln euro, z czego 2301 mln stanowią zaległe wypłaty pomocy przedczłonkowskiej (z funduszy PHARE, ISPA i SAPARD). Na dodatek – to zgodna ocena w krajach Piętnastki, a całkowicie sprzeczna z tezami polskiego lobby rolników – najnowsza oferta

faworyzuje biedniejszych

kandydatów – czyli państwa bałtyckie i Polskę – kosztem bogatszych, takich jak Czechy czy Słowenia.
Jakie zostały nam zatem prawdziwe (i racjonalne) szanse na „wydarcie” dodatkowych koncesji od UE? Tylko niektórzy dyplomaci Unii przyznawali „prywatnie”, że jest jeszcze niewielkie pole manewru w kwotach (limitach) produkcji rolnej. Być może też na samym końcu, na szczycie w Kopenhadze, kandydaci mogliby wywalczyć trochę gotówki na rekompensaty budżetowe na lata 2005 i 2006. „Dajemy wam i tak 1,3 mld euro więcej niż ustalono to wcześniej”, przekonywała Dania.
Polacy kontrowali to odpowiedzią, że to i tak o 1,2 mld euro mniej niż spodziewaliśmy się kiedyś. W powodzi emocji i przerzucaniu się argumentami jak zwykle w myśleniu zbyt wielu schodziła gdzieś na drugi plan sama istota naszego wejścia do UE – chęć wtopienia się ostatecznie w bogaty świat i uzyskania szansy nadgonienia wielowiekowych cywilizacyjnych zapóźnień.


(sondaż Demoskopu)

październik 2002 r. / listopad 2002 r.
poparcie dla członkostwa Polski w UE 66% / 63%
sprzeciw wobec członkostwa 23% / 24%
brak zdania 11% / 13%

 

Wydanie: 48/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy