Ostra partia

Ostra partia

W projekcie ustawy hazardowej nie jest ważne, co w nim zapisano, lecz czego w nim nie ma

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, pisał Antoine de Saint-Exupéry. Myśl autora „Nocnego lotu” i „Małego Księcia” dobrze ilustruje to, co robi premier Donald Tusk w związku z „aferą hazardową”.
Prawnicy wiedzą, że pisane na kolanie ustawy muszą być obarczone błędami. Resort finansów nad projektem nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych trudził się od początku 2008 r. Z miernym skutkiem. Nowy projekt powstał w ciągu kilku tygodni i zdaniem autorów jest perfekcyjny. Premier zażyczył sobie, by wybrańcy narodu przyjęli go bez poprawek. Ich wątpliwości ma zdusić szantaż, o którym po spotkaniu w Sejmie z Tuskiem wspomniał lider SLD, Grzegorz Napieralski. Szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Schetyna, ostrzegł go, że jeśli posłowie lewicy w trakcie prac nad ustawą będą zgłaszali poprawki, zostaną oskarżeni o sprzyjanie lobbystom reprezentującym jednorękich bandytów. W tych okolicznościach trzeba postawić pytanie: dlaczego Platformie tak się śpieszy?

Ustawa bije w komisję

Socjolog Rafał Chwedoruk w jednym z programów telewizyjnych słusznie zauważył, że premier stając na czele krucjaty antyhazardowej i doprowadzając do błyskawicznego przyjęcia nowego prawa, znacząco osłabi zarzuty opozycji, że ma coś wspólnego z politykami zamieszanymi w aferę.
Uważam, że Tuskowi chodzi o coś więcej. Szybkie przyjęcie przez Sejm ustawy o grach hazardowych zmarginalizuje prace i końcowe ustalenia komisji śledczej.
5 listopada br. jeden z najbliższych współpracowników premiera Rafał Grupiński w wywiadzie dla dziennika „Polska The Times” oświadczył: „Niczego nie dowiemy się z komisji”, a „dla opinii publicznej nie wyniknie ani gram nowej wiedzy poza tą, którą o politykach posiada od 20 lat”.
Innymi słowy, gdyby założyć, że jakimś cudem komisja śledcza odkryła, że pan Grupiński przytulił bokiem trochę grosza w zamian za korzystne dla określonych oferentów zapisy w ustawie o grach hazardowych, nie będzie to miało znaczenia. Nowe prawo wejdzie w życie i nie da się go uchylić z tego powodu.
W pojęciu liderów Platformy Obywatelskiej „afera hazardowa” i komisja śledcza to jedynie przykry incydent na drodze premiera do prezydentury. Wyzwanie dla speców od public relations, którzy już coś wymyślą, by opinia publiczna uznała rzecz za skryty atak szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego na rząd, przeprowadzony na zlecenie Prawa i Sprawiedliwości.
I tak opozycja, która jeszcze kilka tygodni temu ostrzyła sobie zęby na Donalda, wspierając dziś bezkrytycznie jego inicjatywę ustawodawczą, wystawia mu świadectwo moralności in blanco!
Nie troszcząc się przy tym o procedury. Nie wiemy przecież, co się stało z nowelizacją ustawy o grach i zakładach wzajemnych, nad którą resort finansów trudził się od kilkunastu miesięcy. Czy istnieje dokument oficjalnie zamykający prace nad nią?
Bo dziś mamy do czynienia z całkowicie nową, powstałą na wyrażone w trakcie konferencji prasowej życzenie premiera „ustawą o grach hazardowych”. Tworzono ją według odmiennych założeń, właściwie bez konsultacji społecznych, w tajemnicy przed posłami Platformy. Tym bardziej liderzy opozycji winni dociekać, co rząd ukrywa, dopychając nowe prawo kolanem. Winni przyglądać się każdej kropce i każdemu przecinkowi. Badać intencje i zamiary. Moim zdaniem, nie jest ważne, co zapisano w projekcie ustawy, lecz czego w nim nie ma.

Wolna ręka dla zarządu

W styczniu 2001 r., gdy ważyły się losy wartego grubo ponad miliard dolarów przetargu na obsługę sieci lottomatów Totalizatora Sportowego, a o wpływy w spółce zaciekle rywalizowali ministrowie Jarosław Bauc (finansów) i Andrzej Chronowski (skarbu), ten pierwszy złożył ciekawą propozycję – zwrócił się do rywala z wnioskiem o zmianę statutu Totalizatora. Chciał, by każdy zakup majątku o wartości 50 tys. euro musiał zatwierdzić właściciel firmy, czyli minister skarbu. Wówczas część odpowiedzialności za wybór operatora systemu lottomatów spadłaby na niego.
W ustawie o grach i zakładach wzajemnych znajdujemy art. 4 pkt 4, który stanowi m.in., że w odniesieniu do spółek wykonujących monopol państwa – w tym przypadku Totalizatora – „rozporządzanie prawem lub zaciąganie zobowiązań do świadczenia o wartości przekraczającej równowartość 50.000 euro i podjęcie uchwały o podziale zysku albo pokryciu straty wymagają zgody ministra właściwego do spraw finansów publicznych” – czytaj: ministra finansów.
Zapis ten wprowadzono, by uniknąć powtórki sytuacji, która miała miejsce w latach 90., gdy władze spółki odważnie wchodziły w interesy niekoniecznie związane z hazardowym monopolem.
Tajemnice owych biznesów stały się następnie przedmiotem dociekań Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Pikantne szczegóły znalazłem w odpowiedziach na zapytania poselskie prokuratora krajowego Karola Napierskiego i zastępcy prokuratora generalnego Jerzego Engelkinga z lat 2003-2006 (sygnatury zapytań: nr 2022 i 2067 z roku 2003 oraz 1136 z roku 2006) „dotyczące nadużyć w spółce skarbu państwa Totalizator Sportowy”.
Rząd Donalda Tuska nie widzi ryzyka i chce dać wolną rękę w wydawaniu pieniędzy obecnemu i przyszłym zarządom Totalizatora. W ogłoszonym 6 listopada br. projekcie ustawy brak zapisu obligującego władze spółki do zabiegania o zgodę ministra finansów na wydatki powyżej 50 tys. euro. li ludzie już rozsiewają w sejmowych kuluarach plotki, że dopiero teraz w budynku przy Targowej 25 w Warszawie „lody będą kręcone”. A Platforma bierze się do przepompowywania kasy na przyszłoroczne kampanie wyborcze.
By dać odpór potwarcom, opozycja winna zapytać premiera, kto stał za pomysłem wycofania z projektu ustawy ograniczenia zapisanego dziś w art. 4 pkt 4. Czy ma to związek z projektami inwestycyjnymi obecnego zarządu Totalizatora Sportowego? Czy oznacza, że nie będzie potrzebna zgoda ministra finansów przy wyborze – w drodze wartego ponad miliard dolarów przetargu – przyszłego operatora sieci lottomatów lub terminali wideoloterii?
Zawarta w 2001 r. umowa ze spółką GTech wygasa za dwa lata. Jaki wpływ na wysokość dywidendy każdego roku odprowadzanej do budżetu przez Totalizator będzie miało zdjęcie owego ogranicznika? Celowo wspominam o tym, bo w pośpiechu legislacyjnym, wymaganym dziś przez premiera Tuska, mogłyby posłom umknąć owe jakże pięknie rokujące wątki.

Loterie promocyjne posła Halickiego

30 czerwca 2008 r. poseł Platformy Obywatelskiej Andrzej Halicki interpelował do ministra finansów „w sprawie nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych” (Interpelacja nr 4045), a konkretnie w sprawie loterii fantowych i promocyjnych.
Dowodził m.in., że loterii promocyjnych „nie należy uznawać za formę hazardu, jako że klient stający się uczestnikiem loterii poprzez nabycie produktu lub usługi nie uprawia hazardu, a zatem kwalifikacja takiej loterii w świetle obecnie obowiązujących przepisów prawa jest niewłaściwa”.
I pytał: „Czy zdaniem pana ministra loterie charytatywne oraz loterie promocyjne (traktowane jako forma reklamy przedsiębiorców) nie powinny zostać WYŁĄCZONE [podkreślenie autora] z „ustawy hazardowej””?
Odpowiedzi udzielił mu wiceminister Jacek Kapica. Co prawda uznał, że „objęcie loterii promocyjnej przepisami ustawy o grach i zakładach wzajemnych podyktowane jest koniecznością nadzorowania i kontrolowania takich przedsięwzięć, które wypełniają ustawowe znamiona gry losowej”, lecz uspokoił posła, że „prowadzenie działalności w zakresie loterii promocyjnych nie podlega opodatkowaniu podatkiem od gier”.
Dlatego nie byłem zaskoczony, gdy w rozdziale 5 (ograniczenia w urządzaniu gier hazardowych) projektu nowej ustawy znalazłem art. 27 pkt 2 stanowiący, iż „W grach losowych, Z WYJĄTKIEM LOTERII FANTOWYCH I LOTERII PROMOCYJNYCH, mogą uczestniczyć wyłącznie osoby, które ukończyły 18 lat”.
Mówiąc po ludzku, loterii fantowych w Polsce prawie nikt nie urządza, a w loteriach promocyjnych, których w 2007 r. zorganizowano ponad 400, mogą brać udział dzieci od piątego roku życia. Klasyczną taką loterią była „Zdrap i Wygraj” zorganizowana w zeszłym roku przez hipermarkety Real czy „Wakacyjne nagrody z kartą Visa” urządzana przez Visa Europe Services Inc.
Najlepsze kryło się w rozdziale 8 – Podatek od gier. Otóż w art. 74, w którym opisano surowe stawki podatku od gier, sięgające nawet 50%, nie ma słowa na temat „loterii promocyjnych”, które zostały zwolnione z tego podatku!
Możemy być pewni, że w najbliższych latach loterie te rozkwitną bujnie nad Wisłą. Łatwo możemy wyobrazić sobie spółkę „Miś”, która zamówi w Chinach 300 tys. pudełek zapałek z nadrukiem „Loteria promocyjna! Główna wygrana 2 miliony złotych. Ślij SMS o treści ťZapałkiŤ ze swoim imieniem, nazwiskiem i datą urodzenia, pod numer 7373. Koszt SMS 4,20 zł plus VAT”. Premier Tusk zadbał, by ta forma hazardu miała się w Polsce lepiej.
Jednak trudno stawiać posłowi Halickiemu zarzut, że skutecznie lobbował w interesie wielkich koncernów, wydawnictw gazetowych czy międzynarodowych sieci handlowych. Przeciwnie! Uczciwie wykonywał swój mandat poselski. Nie skradał się chyłkiem na stacje benzynowe.
Ale też temat loterii promocyjnych nie był mu obcy. Andrzej Halicki, nim został posłem, był dyrektorem generalnym spółki GGK Public Relations, będącej częścią grupy komunikacyjnej Lowe Group Poland.
Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, spółki z tej grupy obsługiwały loterie promocyjne i audiotekstowe, takie jak „Milion za SMS”, czy promocję konsumencką margaryny Delma Extra dla koncernu Unilever Polska. W 2004 r. GGK Public Relations otrzymała nagrodę Złoty Spinacz Związku Firm Public Relations za kampanię „7% VAT w budownictwie” w kategorii Lobbing i Public Affairs, skutecznie lobbując w sprawie utrzymania niskiej stawki tego podatku. Nie mnie rozstrzygać, czy w przypadku posła Halickiego mamy do czynienia z konfliktem interesów, czy czymś poważniejszym. Niech zajmie się nim komisja śledcza.

Kasyna i SMS

W uzasadnieniu do projektu ustawy o grach hazardowych ustawodawca napisał: „Z danych GUS za rok 2008 wynika, że maksymalna liczba kasyn na terenie kraju nie powinna przekroczyć łącznie 53, w tym aktualnie funkcjonuje już 26 kasyn”.
Jeśli wierzyć danym zawartym w „Informacji o realizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych w 2007 roku”, przesłanej do Sejmu przez ministra finansów 14 listopada 2008 r.: „Wskaźnik rentowności [kasyn – uwaga autora] obniżył się o 1 punkt procentowy w stosunku do roku poprzedniego i osiągnął wartość 1,6%. Liczba nierentownych ośrodków gier utrzymała się na poziomie 11 ośrodków”. Czyli blisko połowa kasyn w Polsce przynosiła straty!
Promując w ustawie o grach hazardowych interesy ich właścicieli, rząd wspiera najcięższe formy hazardu i liczy, że „osiągną one [kasyna – uwaga autora] wysoką dynamikę rozwoju”! Tłumaczy, że „w zamian za 282 funkcjonujące salony gier na automatach potencjalnie 27 kasyn może być otwieranych w najbliższych latach”.
Czy tak się stanie? Śmiem wątpić. Skończy się jak ze stoczniami. Na świecie kasyna powstają zazwyczaj w luksusowych hotelach. Pytanie, kto zainwestuje w rozwój tego segmentu rynku, nie mając gwarancji, że za dwa, trzy lata jakaś formacja polityczna nie weźmie się do walki z ruletką i black jackiem. Jarosław Kaczyński kilka razy publicznie oświadczył, że jest za całkowitym zakazem hazardu.
W świetle nowej ustawy ciekawie rysują się perspektywy coraz bujniej rozwijających się loterii audiotekstowych (popularne loterie SMS-owe). Nadal będzie wolno reklamować je bez ograniczeń, choć ich organizatorom przyjdzie płacić podatek od gier – 25% obliczane od przychodu.
Proponowane przez Tuska rozwiązania wprowadzają co prawda ograniczenia wiekowe (ukończone 18 lat) dla ich uczestników – dziś w loteriach SMS-owych mogą brać udział dzieciaki, które ukończyły 13. rok życia – lecz nie wiadomo, w jaki sposób celnicy będą nadzorowali przestrzeganie tych zapisów.
A jeśli dla organizatorów tych loterii warunki okażą się zbyt trudne, wolno im będzie sięgnąć po rozwiązania testowane w tym roku przez Telewizję Polską – „Wakacyjny Konkurs Jedynki” czy „Odbierz auto od TVP”.
Tu nikt nie zawraca sobie głowy takimi drobiazgami jak akceptacja regulaminu przez ministra finansów. Gdy w sierpniu br. zapytałem ówczesnego p.o. rzecznika prasowego TVP, Daniela Jabłońskiego, o zgodę resortu na organizację jednego z konkursów, odpowiedział na piśmie, że „Wakacyjny Konkurs Jedynki – jak nazwa sugeruje – nie jest loterią, więc nie wymaga zgody MF”.
Organizator konkursu „Odbierz auto od TVP”, poznańska spółka One-2-One, też nie wspomina w regulaminie, że „posiada on akceptację Ministra Finansów”. Słusznie! Rostowski z Kapicą mogą im…
Kłopoty za to może mieć TVN. Jak ostatnio doniósł „Puls Biznesu”, Anna Cendrowska, zastępca dyrektora Departamentu Służby Celnej Ministerstwa Finansów, uznała, że konkursy „Nocne granie”, „Granie na śniadanie” i „Salon gry” organizowane przez TVN są grami losowymi w rozumieniu ustawy o grach i zakładach wzajemnych.
Gazeta cytuje rzecznika prasowego stacji Karola Smoląga, który dowodzi, że programy te oparte są na formatach z krajów Unii Europejskiej i nie wymagają zezwolenia. Wszystko wyjaśni postępowanie karne skarbowe. Stacji grozi ponad 4 mln zł kary. Inni nadawcy nie powinni się cieszyć, bo sami organizują podobne konkursy.
Przykład ten świetnie oddaje istotę tego, co dzieje się w związku z ustawą o grach hazardowych. Premier, który gromko nawołuje do likwidacji hazardu, nie ma problemów z udzielaniem wywiadów stacji telewizyjnej zarabiającej na konkursach, będących zdaniem jego urzędników, łamaniem prawa!
I tak po dwóch latach rządzenia z obietnic premiera (będziemy „drugą Irlandią”, w 2012 r. wejdziemy do strefy euro, spadnie bezrobocie) niewiele zostało. Za to „afera hazardowa”, która wstrząsnęła jego gabinetem, dzięki gnuśności opozycji może dać kampanii prezydenckiej Tuska dodatkowy impuls.

Wydanie: 46/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy