Pamiętacie? Pamiętamy!

Pamiętacie? Pamiętamy!

Minęło już pięć tygodni od katastrofy pod Smoleńskiem, a to pytanie dręczy niejednego przyzwoitego człowieka. Jak się zachować wobec namolnych zabiegów idealizujących nieżyjącego prezydenta Kaczyńskiego? Czy w obliczu jego tragicznej śmierci milczeć i dać sobie narzucić kreowany przez grono najbliższych współpracowników niezwykle ckliwy i pompatyczny obraz tego polityka i jego nadzwyczajnych zasług? Mimo że jest to kreacja sztuczna i niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością? Czy też w imię elementarnej prawdy i szacunku dla faktów wdawać się w otwarte polemiki z autorami tej nowej hagiograficznej biografii? Czy polemizując, narażać się na zarzuty o brak szacunku dla żałoby, zarzuty wypowiadane zresztą przez tych, którzy już 10 kwietnia zaczęli, wbrew faktom, budować Lechowi Kaczyńskiemu pomnik wybitnego męża stanu?
Nikt nie odbiera środowiskom związanym z PiS prawa do takich ocen i stawiania na pomnikach swoich liderów. Tyle zresztą tych pomników poniszczyli, że mają do wypełnienia wiele pustych cokołów. Jaka bowiem partia, tacy liderzy i takie pomniki. Problem pojawia się wtedy, gdy pisowskie oceny i standardy próbuje się narzucić tej części społeczeństwa, która uważa, że Lech Kaczyński był nieudanym prezydentem. Że jako polityk ma duży udział w zmarnowaniu przez Polskę paru lat, które mogły być lepiej wykorzystane na rozwój i szybszą modernizację kraju. Że jako prezydent stolicy tak zapuścił miasto, wstrzymując wielkie inwestycje, że teraz trzeba to wszystko nadrabiać, ku utrapieniu mieszkańców. Nie wszyscy przecież zachorowali na amnezję i zapomnieli, jak to raptem dwa miesiące temu Lech Kaczyński we wszystkich badaniach ankietowych uważany był za polityka, który nie ma realnych szans na reelekcję. Za polityka niewybieralnego. Z litości pominę tu nazwiska prawicowych polityków i publicystów, którzy takie oceny rzucili na papier. I tych, którzy publicznie szukali polityka mającego większe szanse na wybór niż pomnikowy dziś Lech Kaczyński. A dziś ci sami ludzie tak sprytnie manipulują rusztowaniami przy budowie byłemu prezydentowi pomnika, żeby nikt ich nie skojarzył z tamtymi chwilami zwątpienia i kapitulanctwa. Choć coś mi się wydaje, że kto jak kto, ale prezes Jarosław musi to przecież pamiętać. I nie jest mu miło patrzeć na twarze ludzi, którzy tuż przed katastrofą wypominali braciom wielki negatywny elektorat i najniższy wśród polityków poziom społecznego zaufania, radząc im przejście na emeryturę polityczną. Musi przecież pamiętać, kto go wysyłał do Sulejówka i kto tworzył komitet powitalny Zbigniewowi Ziobrze. Trzeba wielkiej wiary, by uwierzyć w nowe życie i wielką przemianę moralną takich ludzi.
A o wiarę ludziom spoza kręgu zwolenników IV RP też trudno, zwłaszcza po tym, co wyczyniają i co mówią po katastrofie pod Smoleńskiem polscy biskupi. Jak słucham ich słów, to widzę, że to, co wpływa na wstrzemięźliwość jednych, w niczym nie krępuje tych, którzy trumny traktują jak każdy inny rekwizyt, którego można użyć w polityce i w kościele. Rekwizyt tym się tylko różniący od innych, że bardziej skuteczny. I w walce o realną władzę, i w walce o dusze.

Wydanie: 20/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy