Państwowy folwark geologiczny

Państwowy folwark geologiczny

Prof. Mariusz Orion Jędrysek utrudnia działalność Państwowego Instytutu Geologicznego. Zagraża to bezpieczeństwu państwa

Prof. Mariusz Orion Jędrysek chce zamiast Państwowego Instytutu Geologicznego stworzyć Polską Agencję Geologiczną. Ma to być sposób na ukrycie zaniechań, nieudolności i błędów popełnionych w ciągu przeszło dwuipółletniego zarządzania polską polityką surowcową.

Kierownictwo Ministerstwa Środowiska od ponad dwóch i pół roku prowadzi działania utrudniające normalne funkcjonowanie Państwowego Instytutu Geologicznego. Zagraża to bezpieczeństwu państwa, bo PIG wykonuje m.in. tak ważne zadania jak badanie wielkości i jakości złóż kopalin w Polsce, przygotowywanie analiz pozwalających określić efektywność ekonomiczną i skutki ich wydobycia dla środowiska, sporządza też mapy geologiczne kraju i prognozy oddziaływania wód podziemnych, wydaje komunikaty o bieżącej sytuacji hydrogeologicznej.

Atak na instytut rozpoczął się zaraz po objęciu władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość w 2015 r. Kolejne posunięcia resortu środowiska dezawuowały dorobek PIG, ograniczały jego kompetencje, pozbawiały środków finansowych i generowały długi.

Placówka, której dzisiejsza pełna nazwa to Państwowy Instytut Geologiczny-Państwowy Instytut Badawczy, została powołana już w 1919 r. Jej działalność przyczyniła się do odkrycia najważniejszych surowców w Polsce – miedzi, srebra, siarki, węgla kamiennego i brunatnego, soli potasowych, rud tytanu, wanadu, cynku i ołowiu oraz wód podziemnych.

Niedawny przykład przydatności PIG – gdy w Polsce ruszył program budowy dróg i autostrad, z którymi chciano zdążyć na Euro 2012, instytut w krótkim czasie wykonał prace umożliwiające rozpoczęcie eksploatacji złóż surowców budowlanych. W rezultacie wydobycie kruszyw żwirowo-piaskowych, koniecznych do budowy dróg, wzrosło ze 141 mln ton w 2009 r. do 249 mln ton w 2011 r. Pod rządami PiS spadło do ok. 170 mln ton w roku ubiegłym.

Zaciąg dobrej zmiany

Najważniejszym urzędnikiem kierującym dziś polską geologią jest prof. Mariusz Orion Jędrysek, od listopada 2015 r. główny geolog kraju, sekretarz stanu i pierwszy zastępca ministra środowiska, sprawujący funkcję ministra wobec Państwowego Instytutu Geologicznego. Jest też pełnomocnikiem rządu ds. polityki surowcowej państwa oraz posłem PiS. Był już głównym geologiem kraju w latach 2005-2007.

Po objęciu stanowiska w 2015 r. prof. Jędrysek usunął poprzednie kierownictwo PIG i zaczął likwidować margines autonomii, jaki instytut miał, będąc placówką naukowo-badawczą. Dwukrotnie zmodyfikował statut PIG, uzależniając od siebie podejmowanie w instytucie ważnych decyzji. Wprowadził powoływanie w trybie pozakonkursowym wszystkich członków dyrekcji. Zmniejszył skład Rady Naukowej PIG z 30 do 15 osób, z czego jedynie pięć może być wybieranych w wyborach spośród pracowników instytutu. Pozostali są mianowani przez prof. Jędryska, który gruntownie zmienił skład Rady Naukowej (jak policzono, aż w 133%, czyli niektórych członków rady dwukrotnie). PIG stał się placówką ściśle podporządkowaną głównemu geologowi kraju i wykonującą jego polecenia.

Od chwili objęcia urzędu głównego geologa prof. Jędrysek aż czterokrotnie doprowadzał do zmiany dyrektorów PIG, za czym szła też wymiana innych członków kierownictwa. Zdaniem proszących o anonimowość naukowców zatrudnionych w instytucie, obecnie są to ludzie przypadkowi, bez wymaganego wykształcenia i odpowiednich kwalifikacji, ale z bliskiego otoczenia głównego geologa kraju (np. dwie osoby, które robiły u niego doktorat).

Ta prośba o anonimowość jest spowodowana obawą przed utratą pracy. Główny geolog kraju chce bowiem doprowadzić do utworzenia Polskiej Agencji Geologicznej, nowego urzędu, który już całkowicie formalnie będzie jego organem wykonawczym oraz pełniącym funkcje państwowej służby geologicznej – czym dotychczas zajmuje się Państwowy Instytut Geologiczny.

PAG ma powstać na mocy specjalnej ustawy, dzięki przejęciu majątku instytutu oraz znaczącej części jego kadry. Pozostali zostaną w instytucie, który teoretycznie miałby wtedy pełnić funkcje wyłącznie badawcze na usługi PAG, ale w związku z tym, że i PAG będzie mogła prowadzić badania geologiczne, jego rola byłaby ograniczana, aż do likwidacji. Pracownicy boją się więc, że zniknie ich miejsce pracy bądź zostaną jej wcześniej pozbawieni. Może na to wskazywać atmosfera zastraszania panująca ich zdaniem w instytucie. Zdarza się, że pracownicy krytyczni wobec koncepcji powołania PAG tracą stanowiska, wobec innych padają uwagi, że ich kompetencje są niewystarczające do pracy w instytucie. Kadra naukowa PIG jest stopniowo przerzucana z tzw. siatki naukowej na techniczną, co czasami oznacza straty finansowe (gdy ktoś z głównego specjalisty staje się tylko starszym specjalistą), a z reguły – utratę części urlopu, utrudniającą przygotowywanie publikacji naukowych. Na „siatce technicznej” dyspozycyjność jest ważniejsza niż publikacje i stopnie naukowe.

O tym, że obawy o pracę nie są bezpodstawne, świadczy choćby przykład dr. Sławomira Mazurka, który w marcu 2017 r. został dyrektorem PIG. Był on już trzecim kolejnym szefem instytutu z ekipy „dobrej zmiany”. Mimo to dyr. Mazurek, jak praktycznie całe środowisko polskich geologów, nie był zachwycony koncepcją powołania Polskiej Agencji Geologicznej forsowaną przez wiceministra Jędryska. Napisał zatem do niego: „Zakres zadań PAG opisany w projektach ustawy wskazuje, że Agencja ma de facto wykonywać wszelkie zadania Instytutu, w tym także zadania związane z prowadzeniem prac naukowych, rozwojowych i metodycznych i reprezentowaniem polskiej nauki. Tym samym Agencja stanowiłaby duplikat Państwowego Instytutu Geologicznego-Państwowego Instytutu Badawczego, a więc instytucji łączącej ze sobą działalność badawczo-rozwojową i działalność techniczną (…). Czym miałby się więc zajmować Instytut pozostały po przekształceniach?”.

Takich pytań nie zadaje się bezkarnie, toteż dr Sławomir Mazurek utracił dyrektorskie stanowisko. Nowym szefem PIG został dr Tomasz Nowacki, już nie geolog, lecz prawnik specjalizujący się w prawie energii jądrowej.

Instytut na równi pochyłej

Wiceminister Jędrysek twierdzi, że nie zamierza likwidować Państwowego Instytutu Geologicznego, i podkreśla, że po powstaniu PAG instytut będzie nadal działał jako jednostka naukowa. Na taki zamiar nie wskazują jednak liczne jego wypowiedzi, w których mocno krytykuje nadzorowany przez siebie od dwóch i pół roku instytut. „Państwowy Instytut Geologiczny? Żart. Tam nie ma niczego, na czym można się oprzeć, w istocie niczego”, stwierdził wiceminister na posiedzeniu komisji sejmowej w styczniu tego roku.

Kilkanaście dni temu, na konferencji dotyczącej ram instytucjonalnych polityki surowcowej, podkreślał, że w Państwowym Instytucie Geologicznym panuje „krytyczna sytuacja”. Do przedstawicieli pracowników naukowych mówił zaś: „Doprowadziliście wy, kadra naukowa instytutu, do totalnej zapaści tej jednostki od strony naukowej. Wstyd! (…) Fatalny poziom naukowy, dno naukowe!”.

Takie słowa raczej trudno uznać za konstruktywną krytykę – zwłaszcza że dotyczą dziedziny, którą wiceminister Jędrysek samowładnie zarządza od ponad dwóch i pół roku, mając rozliczne narzędzia, aby poprawić ewentualne, zauważone przez siebie, niedostatki jej funkcjonowania.

Wiceminister tłumaczy, że takie opinie są powodowane troską o los instytutu i chęcią poprawy jego sytuacji. Jednak w decyzjach, jakie podejmował od czasu objęcia władzy nad polską geologią, trudno zauważyć troskę o los PIG.

Wystarczy spojrzeć na wynik finansowy instytutu. Jeszcze w 2014 r. PIG, w dużej mierze dzięki swoim ekspertyzom i badaniom, osiągnął zysk wynoszący 0,969 mln zł. Na koniec 2015 r., pierwszego roku „dobrej zmiany”, była strata 3,030 mln zł. W 2016 r. strata spadła do 1,56 mln, by w ubiegłym osiągnąć potężną wielkość 5,44 mln zł. W rezultacie PIG, by funkcjonować, musi brać kosztowne kredyty.

Na tę zapaść finansową składają się błędy i zaniechania, których skutki spadają na instytut.

Jednym z ważnych zadań PIG, nałożonych przez prawo geologiczne, było stworzenie systemu informacji geologicznej Geoinfonet. Doszło do opóźnień, które stały się przedmiotem interpelacji poselskiej w lipcu 2017 r. Wiceminister odpowiedział, że to instytut (ściśle wszak przez niego nadzorowany) ponosi odpowiedzialność za zapewnienie środków na realizację tego zadania – czego jakoby nie zrobił.

Ze strony instytutu do marszałka Sejmu trafiło zaś pismo zarzucające wiceministrowi poświadczenie nieprawdy. Wyjaśniono bowiem, że to główny geolog kraju jest zobowiązany zapewnić środki na ustawowe zadania PIG. Tymczasem resort środowiska nie wpisał Geoinfonetu do planu prac na 2016 r. i nie zagwarantował pieniędzy. Jak wskazuje pismo, była to autonomiczna decyzja wiceministra, niekonsultowana z PIG. W rezultacie systemu nie ma, a PIG stracił setki tysięcy złotych.

Jeszcze większe straty, wynoszące 1,17 mln zł (dotacji i środków własnych), instytut poniósł w wyniku wstrzymania przez wiceministra w czerwcu 2016 r. prac nad budową centralnego magazynu rdzeni (czyli próbek uzyskanych z wierceń) w Leszczach koło Kłodawy. Magazyn miał w tym roku zostać oddany do użytku. Prace trwają od 2014 r., budowa uzyskała pozytywną opinię poprzedniego głównego geologa kraju, przeszła wszelkie konieczne akceptacje i uzgodnienia.

Obecny główny geolog kraju stwierdził jednak, że działka, na której powstaje magazyn, ma nieregularny kształt, co w przyszłości może utrudnić rozbudowę, poza tym jest na niej wąski pas terenu z zabudowaniami, niebędący własnością PIG. Zarzucił też, że instytut nie poprzedził inwestycji rzetelną analizą. W rezultacie oświadczył, że ma wątpliwości co do tej lokalizacji, więc sam przeprowadzi „rzetelną analizę” kosztów przedsięwzięcia. „Należałoby odpowiedzieć na pytanie, czy działka o takim kształcie i lokalizacji jest dobrą i optymalną bazą dla tej inwestycji?”, zauważył wiceminister. Od wstrzymania budowy minęły dwa lata, ale jakoś nie słychać, by odpowiedział na postawione przez siebie pytanie i uporał się z podniesionymi wątpliwościami. Słychać natomiast, że magazyn rdzeni zostanie przeniesiony pod Wrocław – i z pewnością to przypadek, że wiceminister Jędrysek jest akurat wrocławskim posłem PiS.

Największym, systemowym zagrożeniem dla finansów Państwowego Instytutu Geologicznego jest niewłaściwy nadzór sprawowany przez głównego geologa kraju nad rozliczeniami PIG z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Instytut funkcjonuje w dużej mierze dzięki dotacjom z NFOŚiGW, przekazywanym na podstawie umów między funduszem a instytutem, zawieranych na wykonanie zadań PIG. Niestety, od ponad dwóch lat rosną opóźnienia w podpisywaniu tych umów – a więc i w przesyłaniu środków z NFOŚiGW. Na wiele zadań rozpoczętych w 2015 r. umowy podpisano dopiero w końcu 2016 r., a nawet w roku ubiegłym – czasem już w ogóle po ich zakończeniu. W 2016 r. średni czas od złożenia projektu do podpisania umowy wynosił 363 dni, a maksymalny ponad 650 dni. W ubiegłym roku PIG nie miał podpisanych umów z NFOŚiGW na kwotę 17,8 mln zł.

Skoro nie ma umów, a więc i pieniędzy, PIG musi finansować swoje zadania pożyczonymi środkami, co oczywiście wpływa na jego stratę. Warto dodać, że są to zadania zaakceptowane przez wiceministra Jędryska, nadzorującego zarówno PIG, jak i NFOŚiGW. Z niewytłumaczalnych powodów nie umie on jednak poprawić terminowości zawierania tych umów.

Atlantycka przygoda

Wydatkiem zdecydowanie nieplanowanym przez PIG była opłata za rozpatrzenie wniosku o przyznanie Polsce 15-letniej koncesji poszukiwawczej na dnie środkowego Atlantyku (będzie można ją przedłużać na kolejne, pięcioletnie okresy). Chodzi o cztery podmorskie działki o łącznej powierzchni ok. 1000 km kw., położone na głębokości od 1800 do 2400 m. Opłatę wniesiono na telefoniczne polecenie wiceministra 25 stycznia ub.r. Płatności – pół miliona dolarów dla oenzetowskiej Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego (prof. Jędrysek do 2017 r. był przewodniczącym rady tej organizacji, a obecnie jest wiceprzewodniczącym) – należało dokonać nie później niż do południa tegoż dnia. Nie było żadnej umowy z NFOŚiGW na wydatkowanie tej kwoty, toteż instytut musiał ją wyłożyć z własnych środków.

Ponieważ strona polska nie wiedziała, gdzie dokładnie leżą te działki, wiceminister wcześniej uznał, że trzeba zweryfikować u rosyjskich specjalistów dane o ich położeniu. W związku z tym, również na jego polecenie, PIG za 29,5 tys. euro kupił współrzędne działek od Ogólnorosyjskiego Naukowo-Badawczego Instytutu Geologii i Zasobów Mineralnych Oceanu Światowego w Petersburgu.

Wydobycie surowców z dna morskiego jest skomplikowane, więc jeszcze żadne państwo nie rozpoczęło ich eksploatacji (Japonia raz przeprowadziła testy). Nasz kraj jest od kilkudziesięciu lat współwłaścicielem innej działki, na Pacyfiku, z którą oczywiście nic nie robi. Nie wiadomo też, czy na obszarze dna atlantyckiego, który Polska chce badać, będzie można kiedykolwiek coś wydobywać, gdyż Konwencja o różnorodności biologicznej uznała ten rejon za mający szczególne znaczenie ekologiczne i biologiczne.

Prof. Jędrysek uważa jednak, że Polska powinna dołączyć do sześciu państw świata (Chin, Francji, Indii, Korei Południowej, Niemiec i Rosji), które już mają prawo poszukiwań surowców na fragmentach dna Atlantyku, bo to warunek naszego przyszłego bezpieczeństwa surowcowego. Mogą tam być złoża srebra, złota, miedzi i platyny, a jakość rud z dna Atlantyku, jego zdaniem, wielokrotnie przewyższa te, które ma dziś KGHM. Natomiast technologicznie wydobycie z dna morza na głębokości 2 km może być prostsze niż z głębokości 1 km na lądzie. Według profesora badania mogłyby się zacząć wiosną tego roku (ale naturalnie się nie zaczęły).

Oczywiście te 500 tys. dol. i 29,5 tys. euro stanowi dopiero początek. Wstępny koszt naszych atlantyckich poszukiwań surowcowych to ok. 700 mln zł.

Oprócz sytuacji finansowej instytutu pogarsza się jego kondycja naukowa. Zdaniem części pracowników PIG są oni wręcz zniechęcani do podejmowania pracy naukowej, a wiceminister Jędrysek miał stosować, jak to określono, „technikę demobilizacji publikacyjnej”, twierdząc publicznie, że pracownicy państwowej służby geologicznej nie mają obowiązku publikowania. W grudniu 2016 r. ówczesny dyrektor elekt PIG wystąpił do głównego geologa kraju z wnioskiem o podjęcie niezwłocznych działań, zarówno w formie zachęt dla pracowników naukowych, jak i egzekwowania obowiązków, by zwiększyć liczbę publikacji w czasopismach naukowych. Odzewu nie było, a w 2017 r. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zaklasyfikowało PIG do kategorii B w ogólnopolskiej ocenie jednostek naukowych i uczelni.

Nie wolno nam mieć mało gazu

Ważnym punktem zapalnym w relacjach między Państwowym Instytutem Geologicznym a wiceministrem Jędryskiem jest kwestia zasobów gazu łupkowego. Prof. Jędrysek uważa, że to on odkrył gaz łupkowy w naszym kraju, i od lat twierdzi, że mamy potężne złoża tego surowca, wynoszące co najmniej 5,3 bln m sześc. Surowo oceniał politykę rządu PO-PSL, wskazując, że Polska powinna uzyskiwać znacznie większe wpływy finansowe z koncesji na tak bogate złoża łupków jak nasze.

Gdy więc PIG ogłosił w 2012 r. raport mówiący, że technicznie wydobywalne zasoby gazu łupkowego w Polsce mieszczą się najprawdopodobniej w przedziale zaledwie od 346 do 768 mld m sześc., profesor oświadczył, że opracowanie jest zupełnie irracjonalne i niezgodne z interesem państwa (bo w interesie państwa leży podawanie znacznie większych zasobów). Ale kilka miesięcy później wyniki swoich badań przedstawiła też Amerykańska Służba Geologiczna, która uznała, że w Polsce jest tylko 38 mld m sześc. gazu łupkowego wydobywalnego technicznie.

W 2016 r. PIG przygotował następny raport o zasobach gazu łupkowego, zapewne również rozwiewający łupkowe mrzonki. Prof. Jędrysek był już wtedy jednak wiceministrem środowiska i głównym geologiem kraju. Nie zatwierdził zatem tego raportu, utajnił go i zażądał informacji o jego autorach, pod kątem ich dorobku oraz predyspozycji do sporządzenia rzetelnego i obiektywnego dokumentu.

Ów raport przygotowała 15-osobowa grupa fachowców, zgodnie z wszelkimi regułami nauki, tak jak i raport z 2012 r. Nie przeszkodziło to wiceministrowi oświadczać, że jest bzdurny merytorycznie i wadliwy, ponieważ w PIG „nie ma pracowników wystarczająco wykwalifikowanych do sporządzenia wystarczającej jakości raportu nadającego się do publikacji”.

W odpowiedzi geolog prof. Tadeusz Peryt sporządził opinię, w której napisał m.in.: „Zarzuty Głównego Geologa Kraju dotyczące raportów PIG nie mają żadnych podstaw naukowych. Raporty te zostały przygotowane zgodnie z metodyką przedstawioną specjalistom i opublikowaną, w przeciwieństwie do danych na temat zasobów gazu łupkowego przedstawianych (przede wszystkim w mediach) przez GGK, które są nieścisłe, niejasne i oparte na chybionych informacjach”.

Ponad dwa i pół roku temu prof. Jędrysek, jako zastępca ministra środowiska i główny geolog kraju, zyskał sposobność naprawienia błędów poprzedników, poczynionych przy organizowaniu poszukiwań gazu łupkowego. Efekt jego rządów był błyskawiczny. Jeszcze w 2014 r. w Polsce było 15 czynnych odwiertów poszukiwawczych gazu łupkowego. Na koniec 2015 r. – tylko cztery. W kolejnych latach – już żadnego…

Naukowcy z Państwowego Instytutu Geologicznego mówią, że wiceminister podaje powszechnie nieprawdziwe informacje o zasobach surowcowych i ich wydobyciu. Ironizują, że w krótkim czasie obwieszczał, iż polska gospodarka rozkwitnie dzięki gazowi łupkowemu, energii geotermalnej, ukróceniu nielegalnej eksploatacji surowców, a ostatnio – dzięki zasobom metali ziem rzadkich na dnie oceanicznym. Ich zdaniem z bardzo licznych wypowiedzi GGK jednoznacznie wynika, że oczekuje on od PIG informacji nie obiektywnych, lecz pożądanych przez niego – potwierdzających jego „szacunki” zasobów gazu łupkowego czy wielkości nielegalnej eksploatacji kruszyw.

W tym ostatnim przypadku, zdaniem wiceministra, skala nielegalnego wydobycia kruszyw (piasków i żwirów) przekracza 30%. Zdaniem specjalistów – sięga najwyżej 7%. Ta różnica zdań nie ma bynajmniej charakteru akademickiego. Jeśli bowiem nielegalne wydobycie jest duże, to duże i silne muszą być także służby państwa walczące z tym procederem. A kierować nimi będzie oczywiście główny geolog kraju.

Dlatego właśnie projekt ustawy o służbie geologicznej powoływał do życia Straż Geologiczną – formację mundurową, wyposażoną w kompetencje policyjne oraz broń krótką i długą. Było to zgodne z ambicjami głównego geologa kraju, jak również z praktyką PiS, pozwalającą władzy na szerokie korzystanie z aparatu przymusu, by kontrolować ludzi i czynić ich sobie poddanymi.

W późniejszych odsłonach był to projekt ustawy już nie o służbie, lecz o Polskiej Agencji Geologicznej, a pomysł stworzenia Straży Geologicznej, mocno skrytykowany, zniknął z dokumentu. Nie zniknęły jednak inne kontrowersyjne zapisy.

Rada Legislacyjna przy premierze oceniła 29 stycznia br.: „Niejasny jest powód powierzenia Agencji zadań o charakterze badawczym. Skoro powołanie PAG uzasadnia się potrzebą zapewnienia jednolitości funkcji wykonywanych przez instytucje państwowe, a konieczność łączenia działalności naukowo-badawczej z wypełnianiem zadań służby geologicznej i hydrogeologicznej przez PIG jest właśnie przyczyną inicjatywy utworzenia nowej agencji wykonawczej, to tworząc taką agencję, nie powinno się chyba wyznaczać jej zadań natury badawczej. Uzasadnienie projektu nie zawiera motywów takiego, w gruncie rzeczy niekonsekwentnego, rozwiązania”.

Wygląda więc na to, że podstawowym motywem jest zamiar całkowitego wyeliminowania Państwowego Instytutu Geologicznego – i zastąpienia go PAG.

Będzie to droga operacja, bo zapisany w projekcie ustawy koszt funkcjonowania nowej agencji stopniowo rośnie – od 534 mln zł w roku przyszłym do 630 mln zł w roku 2027. Przez te dziewięć lat daje to 5,38 mld zł – a z pewnością będzie więcej, bo zapisane na papierze skutki finansowe ustaw są zwykle zaniżone.

Nie ma na to pieniędzy, więc projektodawcy wymyślili, że w utrzymywanie PAG włączą się gminy, przeznaczając na ten cel część opłat uzyskiwanych za prace górnicze na swoim terenie. Przykładowo Kleszczów, który w 2016 r. dostał z tego tytułu 18,6 mln zł, miałby oddać 15,8 mln zł, a Jerzmanowa z 11,8 mln zł dawałaby na PAG 9,4 mln zł rocznie.

Oznaczałoby to oczywiście ruinę budżetów gminnych, więc wywołało ostre protesty lokalnych samorządowców. Dla uspokojenia nastrojów do projektu dopisano, że gminy traciłyby najwyżej 10% opłat górniczych (co oznacza, że resztę dopłacą polscy podatnicy). Jest to jednak wciąż projekt, nie wiadomo zatem, jakim haraczem zostaną ostatecznie obciążone gminy.

Zachęta do interesów

Trudno znaleźć powód, dla którego nowa agencja miałaby zastąpić instytut. Prof. Krzysztof Jaworowski podkreśla, że PIG bardzo dobrze wykonywał zadania polskiej służby geologicznej i podejmował prace badawcze wspierające rząd, samorządy i społeczeństwo wiedzą opartą na rzetelnych, niezależnych badaniach.

Geolog dr Tomasz Nałęcz stwierdza: „PIG został umieszczony i działa w takim trybie jak wiele albo wszystkie geologiczne instytucje służebne na świecie. W rzeczywistości problemem jest niewydajny, źle pojęty »nadzór« nad tą instytucją sprowadzający się wyłącznie do funkcji kontrolnych. Sugerowanie, że PAG będzie gospodarzem złóż i po jej powołaniu nastąpi eldorado surowcowe, dowodzi niezrozumienia ani nauki, ani roli służby geologicznej w państwie”. Zarzuca też prof. Jędryskowi, że wskazywanie, iż PIG ma swoje rozproszone cele i w obecnym reżimie prawnym nie jest w stanie działać w interesie państwa, to zwyczajne kłamstwo na własny, celowy użytek rozbicia PIG.

Pomysł powołania Polskiej Agencji Geologicznej spotyka się z ogólną krytyką. Specjaliści podkreślają, że nigdzie na świecie służba geologiczna nie może tworzyć spółek prowadzących poszukiwania i eksploatację surowców ani kupować w nich udziałów czy udzielać pożyczek przedsiębiorcom (mogłaby to natomiast robić PAG). Powoduje to bowiem zagrożenia korupcyjne, zwłaszcza że dyrektor PAG ma być praktycznie nieusuwalny. Służba geologiczna powinna być niezależnym ekspertem, interes przedsiębiorstw może zaś wpływać na jej działania merytoryczne.

Sekretariat Zasobów Naturalnych Ochrony Środowiska i Leśnictwa NSZZ Solidarność także wskazuje niebezpieczeństwo korupcji i oświadcza: „Wyrażana od lat wrogość GGK wobec PIG jest spowodowana faktem, że istnienie tej prawie stuletniej instytucji stoi na przeszkodzie planom biznesowo-politycznym wyrażonym w projekcie ustawy o PAG”. Związek uważa plan powołania PAG za działalność antypaństwową i proponuje dymisję prof. Jędryska oraz zwolnienie go z funkcji pełnomocnika rządu ds. polityki surowcowej.

Można jednak być niemal pewnym, że do tego nie dojdzie. Projekt powołania niby państwowej, ale w istocie własnej agencji zajmującej się surowcami, obsadzenie jej swoimi ludźmi i możliwość prowadzenia dzięki temu różnych interesów stanowi zbyt potężną zachętę dla ekipy rządzącej.

Wydanie: 26/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy