Jak myśli policjant?

Jak myśli policjant?

Kiedy demonstrantom puszczają nerwy i nazywają policjantów zomowcami, to funkcjonariusze się irytują. Mają później mniej oporów przed stosowaniem przemocy

Osobną sprawą jest coraz wyraźniejszy brak profesjonalizmu polskiej policji, który również wpływa na wzrost brutalności w społeczeństwie.

Były komendant stołeczny policji, mł. insp. Wiktor Mikusiński, w latach 80. działacz niezależnych związków zawodowych milicjantów, zwraca uwagę na to, że policja zupełnie niepotrzebnie sama wywołuje stres i agresję. Jako przykład opisuje jedną z miesięcznic smoleńskich: „Na miesięcznicy działania policji były niepotrzebnie prowokujące. Sytuacja wyglądała tak: duży ruch na Krakowskim Przedmieściu, nagle na Trębackiej staje kordon. Chcesz wyjść z Krakowskiego w prawo do ogrodu Saskiego, a policjanci blokują bez słowa. Ludzie napierają z tyłu i nagle robi się jeszcze większa presja, bo ktoś mówi, że z placu Zamkowego, 300 m dalej, nie można wyjść. Tam też zamknęli wyjścia i zaczęli legitymować. Po co taka sytuacja? Moim zdaniem przełożeni ćwiczą policjantów w ten sposób. Patrzą, czy wykonują prawidłowo rozkazy. Po jakimś czasie część ludzi wypuszczają, mówią, którędy można wyjść. Kiedy ci z przodu wychodzą, policjanci znowu ustawiają kordon i rozdzielają ludzi, nie wiadomo po co.

Takie ćwiczenia na miesięcznicy są sto razy lepsze od ćwiczeń na placu manewrowym. Tam koledzy udają tłum. A tutaj mamy żywych obywateli w swojej naturalnej roli. Nic się nie dzieje, ludzie są spokojni, ale dowódcy pokazują policjantom, że jest zagrożenie i muszą działać. Funkcjonariusze mają bez przerwy czuć, że nie są gapiami, mają wypełniać zadania, realizować cel. Nawet głupi cel, tak jak w wojsku czy w milicji w PRL-u”.

Czy takie wywoływanie stresu pozostaje bez konsekwencji? Policja nie jest brutalna tak jak we Francji. Ale przedmiotem jej działania są nie tylko świadomi uczestnicy demonstracji, lecz także ludzie przypadkowi, turyści. Niektóre zachowania przełożonych sugerują, że wywoływanie wrogości wobec policji jest celowe. Kiedy demonstrantom puszczają nerwy i nazywają policjantów zomowcami, to funkcjonariusze się irytują. Atmosfera staje się coraz bardziej nerwowa i rekruci z oddziałów prewencji nabierają przekonania, że faktycznie mają do czynienia z agresywnym tłumem. Mają później mniej oporów przed stosowaniem przemocy.

Paradoks przedstawionej sytuacji jest szczególnie wyraźny, jeśli zauważymy, że policja nawet nie zbliża się do grup kibiców albo do agresywnych uczestników marszów o charakterze nacjonalistycznym. Przełożeni twierdzą, że nie chcą prowokować, żeby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Tymczasem przez różnych awanturników odbierane jest to jako przyzwolenie na bezprawne zachowania także w innych miejscach. Gdyby, zamiast „ćwiczyć” na spokojnych obywatelach, służby porządkowe potrafiły ograniczyć agresję rodzącą się na bazie nietolerancji i ksenofobii, niewątpliwie liczba ataków chuligańskich zaczęłaby szybko maleć.

Zdzisław Czarnecki, doświadczony policjant, były dyrektor Biura do spraw Organizacji Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej, prezes Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych Rzeczypospolitej Polskiej, uważa, że na relacje międzyludzkie, pogarszające się na skutek chamstwa w życiu publicznym, nakładają się błędy organizacyjne w policji i niewłaściwe priorytety wyznaczane służbom.

„Dlaczego policja coraz gorzej sobie radzi z przemocą? Dlaczego liczba przestępstw pomimo wieloletnich spadków ponownie rośnie od roku 2015, 2016? Podłoże może być wielorakie, ja upatrywałbym powodów w dwóch elementach. Pierwsza sprawa to ogólne przyzwolenie społeczne na zachowania agresywne. Przyczyną tego jest również polityka prowadzona przez władze. Jeżeli dzisiaj obserwujemy przyzwolenie na zachowanie agresywne, to widzą to również potencjalni sprawcy. Obserwujemy popieranie przez obecną władzę wszelkich sił narodowych, kibicowskich, które w swoich wystąpieniach przewidują brutalne reakcje. Karalność tych przestępstw jest w zasadzie znikoma. Dzisiaj policjant ma wątpliwości, czy podczas marszu legalne jest wykrzykiwanie haseł, które nawołują do nienawiści. Policjant jest praktyczny i myśli zero-jedynkowo. Widzi człowieka zachowującego się agresywnie i w ciągu kilkunastu sekund podejmuje decyzję: interweniuję lub nie. Widział, że na stadionie nie mógł interweniować, ponieważ jego przełożeni mówili: »Nie, nie, odpuśćmy, to są kibice, przyjaciele dobrych środowisk narodowych«. Taki policjant nie będzie interweniował zgodnie z procedurami, tylko będzie szukał wykrętów, żeby nie działać stanowczo”.

Czarnecki w ciągu ostatnich trzech lat sam organizował kilka manifestacji na terenie Warszawy, pod Sejmem i w innych miejscach. Do zabezpieczania tych manifestacji ściągano funkcjonariuszy prewencji z ościennych województw: podlaskiego, lubelskiego, kujawsko-pomorskiego, łódzkiego. Rozmawiał z tymi policjantami. Przerzucanie ich do Warszawy na działania, do których nie są przekonani, rodziło frustrację. Nie po to szli do policji.

„Takie są ich głosy. Poza tym policjanci na podstawowych stanowiskach, dzielnicowi czy drogówka, nie wiedzą już, jak mają się zachowywać. Kiedy słyszą, że pan minister spraw wewnętrznych jechał samochodem, jego kierowca przekroczył prędkość o 48 km i dostał tylko upomnienie, to są zdezorientowani. Nie wiedzą, jak mają się zachowywać w stosunku do normalnych obywateli. Wiem od policjantów, że jeżeli widzą małe przestępstwa, malutkie wykroczenia, to często odwracają głowę, żeby tego nie widzieć, nie notować, nie reagować. Bo nie wiedzą, kto może być sprawcą. A nuż jakiś człowiek »dobrej zmiany«? A te »małe sprawy« to agresja werbalna, przemoc w rodzinie, które przy braku reakcji ze strony policjantów mogą się zamienić w tragedię”.

Fragment książki Piotra Niemczyka Pogarda, Znak Literanova, Kraków 2019


Zdarzenie: 18 maja 2019 r., Busko-Zdrój

Patrol policji interweniował w sklepie spożywczym, gdzie mężczyzna wcześniej groził nożem jednej z klientek. Funkcjonariusze zastali sprawcę, który bawił się nożem przed sklepem. Kiedy próbowali go zatrzymać, zza sklepu wyszedł jego kolega. Wywiązała się szamotanina, w której drugi mężczyzna uderzył dwa razy nożem w plecy policjanta. Drugiego funkcjonariusza uderzył tym samym narzędziem w rękę. Sprawcą ataków okazał się 33-letni radny miasta, wybrany z listy popieranej przez polityków Prawa i Sprawiedliwości i zgłoszony do komisji wyborczej przez Komitet Wyborczy Porozumienie Gowina. Był trzeźwy.

Moja rozmowa ze Zdzisławem Czarneckim miała miejsce jeszcze przed wydarzeniami w Busku-Zdroju. Pewność siebie polityka obozu prawicy była tak duża, że uznał, iż może sobie pozwolić na zaatakowanie policjanta nożem. To zdarzenie, nawet jeżeli napastnik poniesie konsekwencje, (…) może budować przekonanie, że jeśli przedstawiciele elit politycznych mogą się tak zachowywać, to tym bardziej trzeba uważać, z kim się zadziera.

Od wielu lat badania kryminologiczne wskazują, że polityka, która zakłada, że przestępczość będzie maleć, jeżeli wyroki będą ostrzejsze, jest całkowicie niesłuszna. To nie długość kary decyduje o tym, że przestępca zastanawia się, czy popełnić czyn zakazany. Ważniejsza jest obawa, że kara będzie nieuchronna. Więcej sprawców przestępstw zakłada, że w ogóle nie zostaną złapani. Nie kalkulują, które z zakazanych działań grożą mniejszą karą. To poprawa skuteczności działania policji i prokuratury zwiększa bezpieczeństwo obywateli, a nie wysokość wyroków orzekanych przez sądy. A jak można twierdzić, że kara będzie nieuchronna, skoro setki ludzi przed kamerami łamią prawo i nie ponoszą żadnych tego konsekwencji? Wręcz przeciwnie – bywają nazywani patriotami, obrońcami tożsamości narodowej i tradycyjnych wartości.

Taki pomysł na wymiar sprawiedliwości powoduje, że więzienia są przepełnione, wyroki coraz wyższe, demoralizacja więźniów osiąga szczyty, a przestępstw jest coraz więcej. Czyli dzieje się właśnie to, co coraz lepiej widać w Polsce i w innych państwach europejskich.


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 46/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy