Pech stalowego rekina

Pech stalowego rekina

Atomowy okręt podwodny Stanów Zjednoczonych roztrzaskał dziób o podwodną górę

O mały włos nie doszło do tragedii. Rozpędzony okręt podwodny Stanów Zjednoczonych nagle uderzył z impetem w podwodną przeszkodę.
Dziób USS „San Francisco” został rozerwany. Kolizja miała miejsce na głębokości około 180 m, toteż wdzierająca się pod ogromnym ciśnieniem woda zalała cztery zbiorniki balastowe i przedział sonarów. Jeden marynarz został śmiertelnie ranny, kilkudziesięciu doznało obrażeń. Z najwyższym trudem udało się dokonać alarmowego wynurzenia. Na szczęście kadłub wewnętrzny, wykonany z bardzo odpornej na rozciąganie stali grubości 7,62 cm, wytrzymał. Gdyby pękł w głębinie, ciśnienie

zmiażdżyłoby okręt jak skorupę jaja.

USS „San Francisco” należy do bardzo udanej klasy „Los Angeles”. To uderzeniowe atomowe okręty podwodne, uzbrojone w torpedy i pionowe wyrzutnie pocisków rakietowych, z których mogą wystrzeliwać na cele lądowe także słynne rakiety typu Tomahawk. Jednostki te mają 109,73 m długości i prawie 7 tys. ton wyporności. W niedzielę 9 stycznia „San Francisco” szedł w zanurzeniu z prędkością 30 węzłów (jeden węzeł, mila morska, czyli 1852 m, na godzinę). Opuścił swą bazę na należącej do Stanów Zjednoczonych wyspie Guam, zmierzał do australijskiego portu Brisbane. Mniej więcej około godz. 12 jakieś 560 km na południe od Guam okręt nagle uderzył w podwodną górę. Ściął jej wierzchołek, prędkość uszkodzonej maszyny natychmiast spadła do czterech węzłów. Siła uderzenia była tak wielka, że wszystkich członków załogi rzuciło do przodu. 24-letni motorzysta, mat John Allen Ashley z Akron w Ohio, który właśnie skończył wachtę, przeleciał siedem metrów i uderzył głową w stalową pompę. Umierał. Obok, z połamanymi rękami i nogami, leżeli jego koledzy. Dowódca, komandor Kevin Mooney, natychmiast wydał rozkaz alarmowego wynurzenia. Na szczęście udało się wdmuchać sprężone powietrze także do zalanych zbiorników dziobowych. Okręt powoli dosiągł powierzchni. Siedział głęboko w wodzie, ale płynął o własnych siłach i dotarł się do bazy na Guam. Pierwsze komunikaty Floty Pacyfiku wydawały się bagatelizować przebieg wydarzeń. O tym, że sytuacja była dramatyczna, świadczą jednak maile wysłane przez kontradmirała Paula F. Sullivana, dowódcy amerykańskiej floty podwodnej na Oceanie Spokojnym. Te internetowe listy krążyły w środowisku podwodniaków. Jeden z nich udostępnił je dziennikarzowi „New York Timesa”. Według oficjalnych komunikatów, 23 marynarzy zostało rannych. Z maili kontradmirała wynika jednak, że tych 23 doznało poważnych obrażeń, uniemożliwiających pełnienie wacht. Ogółem w wyniku kolizji poszkodowanych zostało 60 członków 137-osobowej załogi „San Francisco”. Na pokładzie okrętu

trwała dramatyczna walka o uratowanie życia

konającego mata Ashleya. Towarzysze usiłowali wynieść go na noszach przez luki i włazy. Wokół krążyły już helikoptery gotowe do ewakuacji rannych. Ale mimo kilkugodzinnych wysiłków nie udało się przecisnąć noszy przez labirynt ciasnych przejść. Młody marynarz, który niedawno zaciągnął się do US Navy na następne pięć lat, zmarł na pokładzie okrętu.
Dowództwo Floty Pacyfiku zapowiedziało szczegółowe dochodzenie mające wyjaśnić przyczyny kolizji. Według nieoficjalnych informacji, „San Francisco” zderzył się z podwodnym wzniesieniem, którego nie zaznaczono na mapie. Doświadczeni oficerowie wątpią jednak w taką wersję. Atomowe okręty podwodne operują zazwyczaj w regionach dokładnie zbadanych i opisanych na mapach. Wydaje się, że nawet jeśli komandor Mooney zostanie uwolniony od wszelkiej winy, i tak będzie przeniesiony do pracy za biurkiem.
Przy tak gwałtownym czołowym zderzeniu właściwie tylko cud sprawił, że nie doszło do katastrofy. Kolizja na Pacyfiku przypomina, że atomowe okręty podwodne, mimo swej solidnej budowy i supernowoczesnej techniki, mogą zostać zniszczone lub uszkodzone w wyniku nieszczęśliwych wypadków lub awarii. Najbardziej znany jest dramat rosyjskiego okrętu podwodnego „Kursk”, który rozerwany przez eksplozję własnych torped poszedł w sierpniu 2000 r. na dno Morza Barentsa wraz z całą załogą. Ale także zachodnie jednostki mają kłopoty. W 2000 r. brytyjski „Tireless” przez wiele tygodni stał w Gibraltarze, po tym jak w instalacji chłodzenia reaktora wykryto pęknięcie. Wycofano wtedy ze służby wszystkich 12 brytyjskich okrętów podwodnych w celu poddania ich przeglądom. W maju 2003 r. ten sam „Tireless” podczas wynurzania uderzył (zapewne w górę lodową) i uszkodził zbiornik balastowy. W 2001 r. amerykański „Greeneville” podczas szybkiego wynurzenia rozerwał dno japońskiego trawlera. Japoński statek utonął wraz z dziewięcioma rybakami. Kolejna niebezpieczna kolizja z udziałem atomowego okrętu podwodnego jest tylko kwestią czasu.

 

Wydanie: 3/2005

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy