Pierwsza bitwa o Europę

Pierwsza bitwa o Europę

Wynik wyborów w Holandii może określić kierunek kluczowych głosowań tego roku

Rok 2017 od dawna zapowiadano jako ten, który na lata może ukształtować geopolityczny porządek wśród najważniejszych graczy europejskich. Kluczowe wybory – we Francji i w Niemczech – po klęsce Davida Camerona w głosowaniu brexitowym i szturmie Donalda Trumpa na Biały Dom zyskały dodatkowy kontekst i znaczenie. Te pierwsze – gdyż zwycięstwo bratającej się z Kremlem, antyeuropejskiej Marine Le Pen staje się coraz bardziej realne. Te drugie – ponieważ ich stawką jest teraz rola i kształt przywództwa w liberalnym świecie euroatlantyckim. A raczej tym, co z owego świata zostało.

Zanim jednak Francuzi i Niemcy pójdą do urn, pierwsza odsłona ogólnoeuropejskiej bitwy między siłami starego porządku i gniewnymi populistami rozegra się w Holandii.

Parcie Wildersa

Jeszcze niedawno wydawało się, że w wyznaczonych na 15 marca wyborach triumfować będzie Partia Wolności (PVV), ugrupowanie o wyraźnym zabarwieniu antyimigranckim, posługujące się ksenofobiczną retoryką. Na jego czele stoi Geert Wilders, jeden z bardziej rozpoznawalnych w Europie „polityków protestu”. Parlamentarzysta z wieloletnim stażem, założył PVV w 2006 r. jako kolejny etap po swojej jednoosobowej formacji politycznej, Groep Wilders, w holenderskim parlamencie. O Partii Wolności pierwszy raz głośno zrobiło się w 2010 r., kiedy Wilders wprowadził do parlamentu 24 deputowanych, co uczyniło ją trzecią co do wielkości siłą polityczną w kraju. Ponieważ zwycięzcy, centroprawicowej partii VVD premiera Marka Ruttego, nie udało się uzyskać większości pozwalającej na stabilne samodzielne rządzenie, poparcie polityków partii Wildersa stało się kluczowe przy formowaniu nowego gabinetu. PVV poparła mniejszościowy rząd Ruttego, nie domagając się w zamian żadnej teki ministerialnej. Zrobiła to jednak warunkowo, za obietnicę spełnienia przynajmniej części jej postulatów, przede wszystkim dotyczących zaostrzenia prawa imigracyjnego i nałożenia dużo większych obowiązków asymilacyjnych na obcokrajowców przybywających do Holandii.

Chwiejny sojusz nie przetrwał jednak długo. Wilders wycofał poparcie już dwa lata później, wysuwając na czoło postulatów żądanie opuszczenia przez Holandię Unii Europejskiej, która jego zdaniem była źródłem kłopotów finansowych, administracyjnych i imigracyjnych. Rutte, doświadczony na arenie krajowej i międzynarodowej euroentuzjasta, nie mógł zaakceptować sojuszu z jawnie antyunijną formacją. Drogi obu partii się rozeszły.

PVV to starcie wcale nie zaszkodziło. Już dwa lata później w wyborach do Parlamentu Europejskiego zdobyła cztery z 26 przysługujących Holandii mandatów.

Zerwać z Unią

Lejtmotywem działalności politycznej Wildersa jest imigracja, a dokładnie jej radykalne ograniczenie. Pod względem programowym populizm w jego wydaniu bardzo przypomina wypowiedzi Marine Le Pen. Wilders również czerpie z ideologii radykalnej prawicy, łącząc to z parasocjalistycznymi hasłami gospodarczymi i poparciem dla liberalizacji norm społecznych. Tak samo jak szefowa francuskiego Frontu Narodowego otwarcie popiera związki jednopłciowe i prawa mniejszości seksualnych, których ochronę wypisuje na sztandarach. Głównie z tego względu, że zdaniem PVV zagrożeniem dla gejów i lesbijek w Holandii są przede wszystkim środowiska muzułmańskie.

W polityce zagranicznej Partia Wolności chce zerwania wszelkich związków z Unią Europejską, choć już NATO jest dla Wildersa instytucją niezbędną, gwarantem bezpieczeństwa kraju. Lider PVV nie zgadza się jednak na obecność Turcji w strukturach Sojuszu i od lat nawołuje do wyrzucenia Ankary jako potencjalnego muzułmańskiego zapalnika mogącego rozsadzić NATO od środka.

W kwestiach społecznych i światopoglądowych manifest PVV jest prawdziwą mozaiką. Ochrona homoseksualistów, definiowanych przez Wildersa jako „kluczowy element holenderskiej tożsamości narodowej”, miesza się z postulatami antyekologicznymi, zakazem noszenia symboli religijnych w miejscach publicznych, nałożeniem ograniczeń na handel i dystrybucję marihuany czy znaczącym poszerzeniem kompetencji policji, zwłaszcza w zakresie użycia środków przymusu bezpośredniego.

Wilders jest przeciwnikiem nie tylko instytucji unijnych. W jego kampanii obrywa się też administracji krajowej, nazywanej przez niego niewydajną i wiecznie skorumpowaną. Dlatego jednym z postulatów, które przyniosły mu największy wzrost poparcia, była konsekwentnie lansowana od lat koncepcja rozwiązania Senatu i wprowadzenia w Holandii systemu jednoizbowego.

Wprawdzie w ostatnich tygodniach VVD zaczęła odrabiać w sondażach stratę do ugrupowania Wildersa, prześcigając je wreszcie w badaniu ośrodka Peilingwijzer, którego wyniki opublikowano 1 marca, jednak wolnościowcy wciąż mają szansę na końcowy triumf. Z sondażu wynika, że gdyby wybory przeprowadzono w zeszłym tygodniu, wygrałby je Rutte z 16,3% poparcia, podczas gdy PVV mogłaby dostać 15,7% głosów. Co prawda, w przeliczeniu na deputowanych uzyskałyby tyle samo – 22 według najbardziej aktualnych kalkulacji, jednak biorąc pod uwagę zdolności koalicyjne, bliżej utworzenia rządu byłby z pewnością Rutte. W 150-miejscowej Izbie Reprezentantów do stworzenia koalicji potrzeba bowiem 76 głosów. Dla Wildersa ta liczba może się okazać nieosiągalna, gdyż wszystkie główne partie już zadeklarowały, że bez względu na końcowy wynik nie wejdą do rządu z Partią Wolności. Dlatego miejscami buńczuczne wypowiedzi Ruttego nie mogą za bardzo dziwić – podczas jednego z ostatnich wystąpień kampanijnych powiedział na uniwersytecie Twente, że zwycięstwo obozu liberalnego to wynik nie tyle taki, na jaki ma nadzieję, ale przede wszystkim taki, jakiego realistycznie się spodziewa.

Pożegnanie ze spokojem

Jednak nawet jeśli centroprawicowa VVD ponownie stanie się wiodącą siłą w rządzie, a Wilders pozostanie w opozycji, nie będzie to oznaczało spokoju. Przeciwnie – Holendrzy będą musieli na dłużej zapomnieć o stabilności politycznej, co wynika z kilku zachodzących równolegle w tym kraju procesów.

Przede wszystkim od kilkudziesięciu lat systematycznie maleje znaczenie tradycyjnych, dużych, zideologizowanych partii. Podczas gdy w 1989 r., jak podaje dziennik „Financial Times”, trzy największe ugrupowania zdobywały 89% miejsc w Izbie Reprezentantów, dziś będą miały ok. 42% miejsc (uwzględniając w tym deputowanych PVV, uznawanych mimo wszystko za głos protestu). Konsekwencją tego rozdrobnienia jest konieczność budowania wieloczłonowych koalicji. Żeby zablokować Wildersa, VVD będzie musiała zawiązać sojusz z czterema, a według niektórych analityków nawet z pięcioma innymi ugrupowaniami. Trudno się spodziewać, że będzie to koalicja stabilna, która skutecznie odeprze ataki takich krytyków jak właśnie Wilders.

Ciągła niepewność co do trwania rządu i wewnętrzne spory powodują z kolei apatię działaczy i wyborców – w Holandii systematycznie spada liczba zarejestrowanych członków partii. Jeszcze dekadę temu Partia Pracy (PvdA) miała ponad 60 tys. członków, dziś jej szeregi stopniały o niemal jedną trzecią. Doskonale widać to w sondażach – z rekordowych 30% poparcia w 1998 r. holenderscy laburzyści spadli teraz do poziomu 6-7%. Sympatie ich elektoratu nie tylko rozłożyły się na mniejsze partie. Sporo głosów, zwłaszcza wykluczonych ekonomicznie wyborców z klasy robotniczej, którzy za swoją słabą sytuację finansową winią Brukselę i imigrantów, przejął Wilders. Wielu tradycyjnych wyborców lewicy w tym roku nie zamierza w ogóle pójść na wybory. Splot wszystkich tych czynników sprawia, że nawet ostateczne zwycięstwo VVD i premiera Ruttego może być zaledwie uwerturą do kolejnego populistycznego koncertu Wildersa.

Wybory w Holandii są ważne dla całego kontynentu, również dlatego, że kraj ten nie jest wolny od takich problemów dzisiejszej polityki, jak radykalizacja nastrojów społecznych i fałszywe wiadomości. Niedawno „Washington Post” doniósł, że w zeszłorocznym referendum w sprawie umowy stowarzyszeniowej Unia-Ukraina wiodącymi ekspertami medialnymi byli sponsorowani przez Kreml „specjaliści” szerzący dezinformację. Głosowanie 15 marca pokaże, czy liberałowie na zachodzie Europy mają jeszcze siłę obronić się przed populistami. Porażka w tej bitwie może bowiem znacząco ułatwić tym drugim skuteczną szarżę na Berlin i Paryż.

Wydanie: 10/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy