Tworzy się nowy ład, tylko nie widać jaki

Tworzy się nowy ład, tylko nie widać jaki

Amerykanie daliby wszystko, żeby Rosja była w sojuszu z Zachodem. Ale w tej chwili intencje Moskwy są inne


Prof. dr hab. Bogdan Góralczyk – politolog i sinolog, były ambasador w państwach Azji, wykładowca w Centrum Europejskim UW i jego były dyrektor. Autor tryptyku o Chinach: „Chiński feniks. Paradoksy wschodzącego mocarstwa”, „Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje”, „Nowy Długi Marsz. Chiny ery Xi Jinpinga” oraz wywiadu rzeki „Świat Narodów Zagubionych”.


O co chodzi w tym narastającym napięciu na linii Rosja-Stany Zjednoczone? To gra o Ukrainę?
– To jest gra o Rosję. Pamięta pan, Władimir Putin w 2007 r. na konferencji ds. bezpieczeństwa w Monachium ogłosił zebranym, że największą tragedią XX w. był rozpad ZSRR. Czyli nie Holokaust, nie II wojna światowa czy inne nieszczęścia. W tym sensie nie ma dla niego ważniejszego celu i misji politycznej aniżeli odbudowa wpływów byłego ZSRR. Moim zdaniem on może się pogodzić ze stratą państw nadbałtyckich, ale nigdy Wielkorus, i to jeszcze wychodzący z resortów siłowych, nie pogodzi się ze stratą Ukrainy.

Bo to i kolebka, i „drugie płuco”…
– Spójrzmy na historię cywilizacji rosyjskiej, wiary prawosławnej. One się rozpoczynają od podziału na Ruś kijowską i Ruś włodzimierską. W Kijowie to wszystko się zaczęło. Te elementy dla Rosjan są więcej niż ważne. W tym sensie Putin, tak to czytam, chciałby znów osadzić swojego namiestnika w Kijowie, takiego jakim był Janukowycz, bo wtedy miałby zabezpieczone swoje interesy. Resztę celów ma zapisaną w swoim ultimatum – żeby ani Stany Zjednoczone, ani Unia Europejska nie weszły na terytorium Ukrainy. A teraz bada ducha monachijskiego po stronie Zachodu. Ile Zachód odpuści pod presją oręża, który został zgromadzony.

Koniec końca historii

Są dwa Zachody, jednym są Stany Zjednoczone, drugim Europa.
– Żeby dwa… Problem jest w tym, że Zachód miał przed 30 laty z kawałkiem swój największy triumf w dziejach. Miał jednobiegunową chwilę, mówiono nawet o końcu historii. Związek Radziecki padł, były tylko liberalna demokracja i wolny rynek spod znaku konsensusu waszyngtońskiego. Ten wolny rynek miał wszystko regulować, przynieść dobrobyt, wyeliminować nasze bolączki.

To było marzenie.
– Konsensus waszyngtoński załamał się w roku 2008. A to załamanie pociągnęło za sobą co najmniej trzy skutki. Pierwszy, że USA od 2008 r. przestały być jedynym supermocarstwem w dwóch wymiarach, ekonomicznym i handlowym. W innych – geostrategicznym, militarnym, naukowym czy soft power – absolutnie pozostały. Ale gospodarczo i handlowo Ameryka nie mogła już po 2008 r. samodzielnie podyktować warunków. Ani Pekinowi, ani Moskwie, ani Londynowi, Berlinowi czy Brukseli. Drugą zmianą, którą przyniósł rok 2008, było to, że narodziła się nowa kategoria państw. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki państwa takie jak Indie, Chiny, Indonezja, najludniejsze państwa świata, które były Trzecim Światem, teraz stały się emerging markets – wschodzącymi rynkami. Co więcej – te wschodzące rynki w latach 2009-2019, do pandemii, dały ponad 80% światowego wzrostu. Tam przesunęła się dynamika światowej gospodarki, handlu itd.

Trzecia zmiana dotyczy pewnie samych Chin.
– Chcę powiedzieć o pewnym procesie. Chiny w XXI w. wchodziły jako szósta gospodarka świata, jeszcze za Włochami. W pierwszej dekadzie tego stulecia, po wejściu do Światowej Organizacji Handlu, rokrocznie notowały dwucyfrowy wzrost. W efekcie w 2010 r. wyprzedziły Japonię i stały się drugą gospodarką świata. I dlatego dziś mamy przesunięcie ośrodka siły z Atlantyku na Pacyfik. Już po roku 2008, za czasów Obamy, ogłoszono zwrot w kierunku Azji, ale okazał się on werbalny, bo nadal trwała „wojna z terrorem”. A teraz, gdy w czerwcu ub.r. Biden przyjechał z pierwszą wizytą do Europy, to rozmawiał głównie o Chinach. Mamy więc trzy nakładające się procesy, które nie brzmią dla nas dobrze, bo razem to oznacza koniec europocentryzmu.

Świat to widzi?
– Do czasu pandemii regularnie jeździłem do Chin, do Indii, do krajów Azji Południowo-Wschodniej. Gdy podczas wykładów mówiłem, że jest kryzys światowy, słuchacze się śmieli. Jaki kryzys? To u was jest kryzys, nie u nas! I statystyki to potwierdzały.

U nich był wzrost, tymczasem reszta świata popadła w turbulencje.
– Jeszcze przed pandemią, od marca 2018 r., między Stanami Zjednoczonymi a Chinami była wojna handlowa i celna. 15 stycznia 2020 r. trochę została zahamowana, ale trwa. Mam statystyki za ubiegły rok handlu chińsko-amerykańskiego. Mamy w nich znów 319 mld dol. ujemnego salda amerykańskiego. Dokładnie tyle, ile w roku 2019. Największe ujemne saldo było w roku 2018, wynosiło 420 mld dol. Wtedy Trump się wściekł. Natomiast niezależnie od wojny handlowej USA-Chiny w czasie pandemii doszły nam wojny – ideologiczna i medialna. Była przecież próba przynajmniej dyplomatycznego storpedowania zimowych igrzysk olimpijskich. I jest jeszcze trzecia wojna, najważniejsza, bo będzie definiowała przyszłość – technologiczna. Stąd 5G, stąd Huawei, stąd rywalizacja w kosmosie. Widzimy więc dwa duże procesy. Jeden to przesunięcie ośrodka siły z Atlantyku na Pacyfik. Stany Zjednoczone spotkały największego w swojej historii przeciwnika, muszą więc wykonać zwrot. A teraz przyszła Ukraina i Rosja i zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo pojawiła się nowa dynamika.

Co uzgodnili Putin i Xi Jinping?

Na czym ta dynamika polega?
– Jeżeli Putin dogadał się z Xi Jinpingiem, jeśliby skorelowali swoje uderzenia – Xi na Tajwanie i Morzu Południowochińskim, a Putin na Ukrainie – to Ameryka będzie miała niebywały pasztet.

A dogadał się? Jak ocenia pan ich rozmowy w Pekinie?
– Tego oczywiście nie wiemy. Wiemy natomiast, że Chiny zmieniły swoje dotychczasowe neutralne stanowisko obserwatora i w kontekście Ukrainy opowiedziały się za Rosją i jej racjami. Poniekąd mamy więc sojusz chińsko-rosyjski wymierzony w Zachód i jego interesy. Z amerykańskiego punktu widzenia to jeszcze większy problem i wyzwanie niż dotychczas.

Rosjanie wciąż mówią, że w dzisiejszym świecie mamy rozgrywkę w trójkącie USA-Chiny-Rosja.
– Amerykanie w Chinach prowadzili przez cztery dekady politykę zaangażowania. Od Nixona i Kissingera przez dwie dekady oś Waszyngton-Pekin była wymierzona w Moskwę. Udało się! Związek Radziecki się rozpadł. Wydawałoby się, że to koniec zbliżenia amerykańsko-chińskiego. A tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Administracja Clintona, która przyszła z wielkimi hasłami obrony praw człowieka i wolności, jeśli chodzi o Chiny, szybko chwyciła przynętę zarzuconą przez Deng Xiaopinga.

Jaką?
– Deng otworzył ponadmiliardowy chiński rynek. Ameryce zaparło dech – taki rynek, na dodatek chłonny i nienasycony! Ile można zarobić! Dlatego administracja Clintona dorobiła sobie nową ideologię – że im więcej Ameryka w Chinach zainwestuje, tym bardziej one się zliberalizują. No to teraz widzimy, jak się zliberalizowały i jakie piękne gospodarcze sukcesy Ameryka w stosunkach z Chinami osiągnęła. W efekcie Trump zmienił tę politykę. Na przełomie 2017 i 2018 r. przyjął nową strategię militarną i bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Chiny i Rosję zdefiniowano w niej jako największe wyzwanie wobec USA. A pod koniec 2021 r. we wszystkich stanowiskach USA były już tylko Chiny.

Rosja przestała się liczyć?
– Sprawa Ukrainy zmienia dynamikę.

A może jest tak, że Amerykanie tworzą łańcuszek wokół Chin, od Japonii, poprzez Azję, a bez Rosji go nie zamkną. Putin to wie i licytuje wysoko.
– Putin jest w dobrej sytuacji. Wie, że jest bardzo ciekawym potencjalnym partnerem i dla Zachodu, i jeszcze bardziej dla Chin. Przy czym uważam, że dopóki są Putin i siłowiki, bo to oni rządzą Rosją od roku 2000, dopóty będą w sojuszu z Chinami, bo należy jak najbardziej podważyć pozycję dotychczasowego hegemona. I trzeba to zrobić wspólnie. Natomiast w kręgach analitycznych Rosji już otwarcie się mówi i stawia słuszne pytanie: jak długo Federacja Rosyjska ma być zapleczem surowcowym dla szybciej rozwijających się Chin? Przecież wielkość gospodarki Związku Radzieckiego, u jego schyłku, była porównywalna z gospodarką Chin. A teraz jest ośmiokrotnie mniejsza. Nawet uwzględniając, że Rosja to nie ZSRR, jest to inna rzeczywistość. W tym sensie, jeśli chodzi o stosunki Rosja-Chiny, na dłuższą metę może być różnie. Natomiast na krótką – jedni i drudzy mają wspólny interes. Żeby osłabić dotychczasowego hegemona.

Rozgrywka w trójkącie

I Putin ugra swoje na Ukrainie, a Xi Jinping na Tajwanie? To możliwe?
– Xi Jinping, gdy definiował chiński sen, wymienił 14 celów. A teraz, 1 stycznia, w orędziu noworocznym, wymienił tylko jeden – Tajwan. Bo dla niego, ale i dla chińskiego narodu na kontynencie, nie ma bardziej zbożnego celu i zadania aniżeli dokończenie dzieła zjednoczenia ziem chińskich. Dla nich Tajwan to ostatni połeć kraju, który kiedyś oderwano Chinom, podczas 100 lat poniżenia. Problemem jest to, że Amerykanie już podczas wojny koreańskiej zdefiniowali Tajwan jako swój niezatapialny lotniskowiec na zachodnim Pacyfiku. Mamy zderzenie interesów.

Jak więc Pekin chce odzyskać Tajwan? Siłą?
– Chińska myśl strategiczna mówi, że lepiej jest osiągać cele inną drogą – wykoncypować coś, zaplanować jakiś fortel, podstęp. Albo przehandlować.

Czy USA są w stanie dużo dać Rosji, żeby przeszła na amerykańską stronę?
– Odpowiem trochę po chińsku, parabolą. Zwróćmy uwagę na pierwsze orędzie o stanie narodu prezydenta Bidena z kwietnia ub.r. Dominują w nim dwa pojęcia. Pierwsze to Chiny, a drugie – healing, zabliźnianie ran. Czyli że społeczeństwo jest tak potwornie spolaryzowane, podzielone, bo nie tylko na republikanów i demokratów, ale i wewnątrz tych partii są potężne podziały, że wszystko znalazło się w klinczu. Ameryka jest osłabiona, bo jest podzielona. I teraz, gdyby Chińczycy dokonali inwazji na Tajwan, toby zjednoczyli Amerykanów w obliczu jednego wroga.

Amerykańskie media głośno mówią o tym zagrożeniu.
– Ale co innego media, a co innego fakty w postaci starć zbrojnych. Gdy więc pan pyta, co Amerykanie mogą dać Rosji, myślę, że daliby wszystko, żeby Rosja mogła być w sojuszu z Zachodem. Ale w tej chwili intencje Moskwy, jak je czytam, są zupełnie inne. Pamiętajmy jednak, że mamy dyplomację wahadłową, oni latają, rozmawiają ze sobą i my nie wiemy do końca, o czym. A nie ma żadnych wątpliwości, że zaczyna nam się kreować jakiś ład światowy. I pytanie, czy ten ład będzie dwubiegunowy Chiny-Ameryka, czy wielobiegunowy, czy wielobiegunowy z dominacją duopolu.

A Kazachstan? Czy to nie jest wejście Rosji? Kazachstan mocno wiązał się z Chinami, przyjmował chińskie inwestycje. A teraz weszły tam wojska rosyjskie. Czy to nie znak, że ona rozdaje karty na obszarze poradzieckim?
– To potężny gest. Rosja pokazała jednym ruchem Chinom, że na terenach poradzieckich, z wyjątkiem państw bałtyckich, to ona jest gospodarzem. Proszę tu nie wchodzić, to jest nasze. I Chińczycy to przyjęli. Odpuścili na tym etapie. Poza tym Rosja jest im niezbędna do przeprowadzenia rozgrywki najważniejszej – o Tajwan i Morze Południowochińskie. Przed igrzyskami w Pekinie szef dyplomacji Wang Yi wyraźnie stwierdził, że Rosja ma uzasadnione obawy w dziedzinie bezpieczeństwa na terenie Ukrainy. Potwierdzono to w komunikacie po rozmowach Xi i Putina w dniu otwarcia igrzysk. Pekin natomiast na pewno nie chciałby, żeby coś się stało w wymiarze siłowym na Ukrainie podczas igrzysk.

Bo media zajęłyby się wojną, a nie igrzyskami.
– Nie dość, że ze względu na COVID-19 nie ma tam widzów, to jeszcze wojna zupełnie odwróciłaby od nich uwagę. Cały wysiłek finansowy poszedłby na marne. Jeżeli więc coś się stanie, to po 20 lutego. Ale też pamiętajmy, że kiedy w 2008 r. były poprzednie igrzyska w Pekinie, Putin wysłał wojsko do Gruzji.

Nie ma Europy

A w co gra Europa w takiej sytuacji?
– Nie ma jednej Europy. Nie ma jednego Zachodu, nie ma jednej Polski. Unia jest, po pierwsze, po brexicie. Czyli osłabiona. Po drugie – mamy na Zachodzie głęboki kryzys aksjologiczny, dotyczący wartości. On jest głębszy niż jakikolwiek inny. Każde państwo, nie tylko Polska, jest pęknięte wewnętrznie. Bardzo głęboko Francja, ale nawet Niemcy. Na dodatek przeszliśmy przez cały szereg kryzysów, który zaczął się w roku 2005, kiedy Holendrzy i Francuzi odkryli grzech pierworodny integracji europejskiej – że to jest projekt elit. Od roku 2005, po odrzuceniu w referendach wspólnej konstytucji, mamy kryzys przywództwa i wizji przyszłości.

Różne są te wizje…
– Jedni powtarzają, że Europa ojczyzn, drudzy coraz ciszej kwilą, że jakaś federacja. A Jacek Saryusz-Wolski mówi, że będzie to rozszerzona Bundesrepublik. W roku 2008 przyszła nowa polaryzacja – Północ-Południe. Pojawiły się PIGS (Portugalia, Włochy, Grecja, Hiszpania), które sobie nie poradziły. Co najgorsze, zaliczono do nich Francuzów, którzy nie mogą ścierpieć, że Niemcom, krajom Beneluksu i Skandynawom idzie dobrze, a strefa Morza Śródziemnego jest w kryzysie. Do tego zmaga się z uchodźcami… Ale – zdziwię pana – nie to jest największym problemem Unii.

A co?
Trump factor. Donald Trump zmienił filozofię rządzenia USA. Zamiast wartości – nagie interesy. Zamiast rozwiązań multilateralnych – dwustronne deale. On Unii nie chciał ani jej nie rozumiał. Przyszedł Biden, nawet zorganizował wirtualny szczyt demokracji, ale w sensie polityki wciąż mamy hard power, hard politics. Politykę wielkomocarstwowej siły, a Unia Europejska z definicji jest soft power. My do takich czasów strukturalnie nie pasujemy.

Bo w Unii funkcjonuje mechanizm układania się, bo wciąż mamy jakieś wybory?
– Jesteśmy po wyborach w Niemczech. A w kwietniu przyjdą wybory we Francji. I nie można zagwarantować, że Macron wygra, gdyż po prawej stronie pojawiła się cała paleta polityków: Le Pen, Zemmour, Pécresse…

Marine Le Pen już zapowiedziała, że wyprowadzi Francję z NATO.
– Ale załóżmy, że wygra Macron – to przecież ma on inną koncepcję dalszej integracji europejskiej aniżeli Niemcy.

Gorszą dla Polski.
– Niemcy mieli zawsze koncepcję integracji różnych prędkości, byle tylko mieć w Europie Orbána i szczególnie Polaków. Polska jest dla Niemiec ważna z punktu widzenia biznesu, a z punktu widzenia bezpieczeństwa – newralgiczna. My jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od Berlina! Niemcy zrobią wszystko, żeby ich granica bezpieczeństwa była nie na Odrze, ale na Bugu. We własnym interesie! Natomiast Francuzi tego nie czują, dla nich jesteśmy obciążeniem. Jeżeli więc wygra Macron, to będzie optował za modelem koncentrycznych kręgów. Mówił o tym niedawno w Strasburgu, w Parlamencie Europejskim. A to oznacza, że Węgry i Polska znajdą się na najdalszych orbitach procesu integracji. Nie potrafimy się rozliczyć z Komisją Europejską, nie przestrzegamy zasad państwa prawnego… Kluczowe jest więc pytanie, jaka będzie Francja po wyborach.

Mars ponad Wenus

Bo od tego zależeć będzie, jaką politykę będzie prowadziła Europa?
– Jak już powiedziałem, nie ma niestety jednej Europy! Spójrzmy na Rosję i Ukrainę. Mają rację ci, którzy przypominają, że wojna trwa tam od roku 2014. Raz bardziej intensywnie, raz mniej, ale trwa. A kiedy konflikt się nasilił, to kto się włączył? Angela Merkel, potem Olaf Scholz i Emmanuel Macron. A nie Ursula von der Leyen czy Josep Borrell. Nie instytucje, nie Unia Europejska, tylko państwa. Bo pandemia wzmocniła rolę państw narodowych.

A Niemcy wolą obłaskawić Rosjan niż eskalować napięcie.
– Nawet muszą. Dla nich Rosja i Chiny to główni partnerzy handlowi. Chiny ze względu na to, że przeszło połowa eksportu Unii Europejskiej, który idzie do Chin, to produkty niemieckie. Czasami jesteśmy ich podwykonawcami. Dla Niemiec Chiny są ważne jako producent i ogromny rynek, a Rosja jako dostawca surowców. Stąd ten nieszczęsny

Nord Stream 2. Niemcy mają kurek do niego.
– Jeśliby doszło do otwartej agresji rosyjskiej na Ukrainę, to myślę, że tego kurka Amerykanie już by nie pozwolili odkręcić, co zresztą prezydent Biden właśnie potwierdził. Jeszcze w grudniu, gdy Putin prezentował swoje ultimatum, wydawało się, że Ameryka pójdzie w kierunku Chin, a Europę zostawi Niemcom i Francuzom: róbcie swoje porządki. Ale teraz już widać, że nie. Że przysyłani są tutaj żołnierze amerykańscy, że jest już inne myślenie. Odrodził się nawet, któż mógł przypuszczać, Trójkąt Weimarski, tak cenny z naszego punktu widzenia.

Wszystko szybko się zmienia. I nie ma mądrego, który by to wszystko rozrysował. Poza paroma rzeczami, które powiedziałem na wstępie – to już nie jest świat europocentryczny, a przy tym jest to świat polityki siły i wielkich mocarstw. A Unia Europejska, jak mówiłem, to z definicji soft power. Tak jak pisał przed laty Robert Kagan, wybitny amerykański politolog – że Ameryka jest z Marsa, a Europa z Wenus. Ameryka to siła, a my – negocjacje, układy, uzgodnienia… To działało, gdy były czasy spokojne. A jak przychodzi czas brutalnych siłaczy, to już nie działa. I to jest teraz nasz główny problem. Macron, przykładowo, to czuje i stale podkreśla wagę „strategicznej autonomii” UE. Ale – czy wygra? A ponadto – czy jego koncepcja znajdzie należyte zrozumienie u Amerykanów i sojuszników z NATO? Same znaki zapytania, a co jeden, to ważniejszy. Świat nam zawirował, a z tego wcześniej czy później narodzi się jakiś ład, tylko dziś jeszcze do końca nie widać jaki.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 8/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy