Tag "zbrojenia"

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Kupujemy drogo i nie na tę wojnę, która nam grozi

Ludzie, którzy kupowali śmigłowce Apache, nie mają pojęcia o współczesnej wojnie

Kmdr Maksymilian Dura – przez 26 lat (1985-2011) służył w Marynarce Wojennej, na okrętach rozpoznawczych, szef Wydziału Dowodzenia i Łączności w Sztabie MW. Polski przedstawiciel w grupach NATO (RADHAZ, MCG-5, MSA). Obecnie ekspert w portalu Defence24.

Panie komandorze, budżet MON to 200 mld zł, będzie jeszcze więcej. Czy rozsądnie wydajemy te pieniądze? Czy nie inwestujemy w rzeczy niepotrzebne albo bardzo drogie, a można by było mieć sprzęt bardziej użyteczny?
– Nie można mówić o rzeczach niepotrzebnych, dlatego że praktycznie wszystko, co jest kupowane, przydaje się wojsku. Natomiast problem jest z ustaleniem priorytetów i z kupowaniem w taki sposób, aby to wszystko od razu działało. Na przykład kupujemy w tej chwili czołgi kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki.

Dlaczego nieprzydatne?
– Nie mają możliwości bronienia się przed dronami. I teraz – zamiast kupić mniej czołgów, ale od razu takie, które byłyby przygotowane do walki jak na Ukrainie – kupiono od razu mnóstwo czołgów, a na później zostawiono decyzję, że zostaną wprowadzone systemy, które je zabezpieczą. A jeśli takich systemów nie dostaniemy? Obecnie żaden czołg nie jest przygotowany do takiej walki jak na Ukrainie. Po kilkunastu minutach będzie zniszczony. Te kilkanaście minut to czas, w którym dolecą rosyjskie drony. I gdy dolecą, tego czołgu już nie będzie.

366 Abramsów, które kupiliśmy, to cena ok. 25 mld zł.
– Dlatego podaję to jako przykład. Inny: kupiliśmy Borsuki, bojowe wozy piechoty, bardzo potrzebne. Tylko nie kupiliśmy do nich żadnych systemów antydronowych, więc na taką wojnę jak na Ukrainie, się nie nadają. 15 sierpnia będzie parada wojskowa. Proszę zwrócić uwagę, czy prezentowane czołgi i wozy piechoty będą miały klatki antydronowe. Czy będą miały systemy zakłóceniowe przeciwko dronom i pancerze aktywne? Widać, że kupujemy na zasadzie: kupmy, co jest do kupienia, a potem się zastanowimy, jak to dostosować do pola walki. Tak nie powinno to wyglądać.

Czyli kupujemy broń na starą wojnę, której już nie będzie?
– Przykładem tego jest kontrakt na zakup 96 śmigłowców Apache. Wszyscy wiedzą, że śmigłowce bojowe na współczesnym polu walki nasyconym dronami mają niewiele do powiedzenia. A my ich kupiliśmy aż 96. To świadczy o tym, że ludzie, którzy je kupowali, kompletnie nie mają pojęcia, jak wygląda współczesna wojna.

Śmigłowiec na linii frontu nie ma szans?
– W ogóle tam nie doleci. Ma uzbrojenie, które może działać na odległość kilkunastu kilometrów. A pas śmierci, w którym operują drony, jest znacznie szerszy – to 15 do 20 km. Żaden śmigłowiec nie wleci w tę strefę, więc o nich zapomnijmy.

Jeśli chodzi o śmigłowce Apache, nie dość, że ich zakup to 40 mld zł, czyli gigantyczne pieniądze, trzeba będzie jeszcze wyszkolić 500 pilotów, mechaników, do tego koszty serwisowania, części zamienne.
– Szkolenie pilotów to ogromny wysiłek, nie wiem, jak się w tym wyrobimy. Natomiast jest jeszcze większy problem – to nie są śmigłowce proste do utrzymania. One nie mogą stać tak jak śmigłowce Mi-24, które stały pod kocami, i – jesień, zima – od razu można je było uruchomić.

Z Apache’ami jest inaczej?
– Jest tak, jakbyśmy wystawili telewizor na zewnątrz

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Wojna jako model biznesowy

Kto zarabia na wojnie w Ukrainie i wymianie ciosów na Bliskim Wschodzie?

Te konflikty zmieniły nie tylko mapę bezpieczeństwa w Europie i na Bliskim Wschodzie, lecz także mapę zysków. Dziś zarabiają ci, którzy sprzedają surowce energetyczne, broń, obsługują transport i obiecują zapewnienie bezpieczeństwa. Rachunek za to w coraz większym stopniu obciąża budżety państw europejskich.

W naszej wyobraźni wojna zawsze kojarzyła się z ludzką tragedią, ruinami miast i uchodźcami. Ma ona też drugą twarz, której nie obejrzymy w programach telewizyjnych. To świat terminali gazu LNG, biur maklerskich, rad nadzorczych koncernów zbrojeniowych, wielkich armatorów i banków inwestycyjnych. Tu wojna zmienia się w wyjątkowo silny impuls, który przyśpiesza podjęcie decyzji zakupowych, jest testem wydolności łańcuchów dostaw, motywem do rozbudowy fabryk zbrojeniowych, stoczni, portów i rurociągów. To także niepowtarzalna okazja do zwielokrotnienia zysków.

Warto o tym pamiętać, oglądając zdjęcia z frontów. Bo na naszych oczach nie tylko giną ludzie – dokonuje się także gigantyczny transfer pieniędzy – z jednych państw do drugich, z kieszeni podatników na rachunki wielkich korporacji, od społeczeństw frontowych do tych, którzy stoją z boku – sprzedając im paliwa, broń, amunicję i usługi logistyczne.

W sensie politycznym wojna w Ukrainie i konflikt USA/Izrael-Iran wydają się odrębnymi historiami. Pierwszy z nich to nierozstrzygnięta pozimnowojenna rywalizacja,  czyli kwestia granic NATO i ambicji rosyjskiego imperializmu. Druga to kolejna odsłona bliskowschodniego kryzysu, z tymi samymi uczestnikami: USA, Izrael, Iran i monarchie Zatoki Perskiej.

Nowym elementem stała się blokada cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi znaczna część transportów ropy naftowej, gazu ziemnego oraz nawozów sztucznych. W sensie gospodarczym obie te wojny to ta sama bajka, w której trzema kanałami płyną ogromne pieniądze. Pierwszy z nich to surowce energetyczne: państwa europejskie odcięte od taniego rosyjskiego gazu i ropy naftowej musiały szybko znaleźć nowych dostawców – Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską i państwa Zatoki Perskiej. Oznaczało to dla nich wzrost kosztów i większe ryzyko przerwania łańcucha dostaw. Drugi kanał to zbrojenia: gwałtowny wzrost zakupów amunicji oraz uzbrojenia przez państwa europejskie, Bliskiego Wschodu i Azji, a także rekordowe wydatki na kosztowne programy budowy oraz produkcji nowych rodzajów uzbrojenia. Trzeci kanał to logistyka i finanse: okazję do zarobku mają dziś armatorzy, wielkie firmy ubezpieczeniowe, sektor bankowy i oczywiście państwa pośredniczące w wymianie handlowej z Rosją.

Bo wojna to nie tylko broń i amunicja. Ropę naftową i skroplony gaz ziemny LNG należy zatankować na statki, ubezpieczyć i dostarczyć do portów. Firmy pośredniczące zarabiają miliardy dolarów na różnicy cen gazu w Stanach Zjednoczonych, Azji i Europie. Na długoletnich kontraktach na dostawy surowców energetycznych zawieranych w atmosferze strachu przed kolejnym szokiem cenowym.

W 1499 r. włoski kondotier Gian Giacomo Trivulzio, pytany przez króla Francji Ludwika XII o przygotowania do wyprawy na Księstwo Mediolanu, miał odpowiedzieć, że „do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze więcej pieniędzy”. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

Uczyńmy (nie tylko) Amerykę znowu wielką

Nawet jeśli Stany Zjednoczone nie traktowały pośredniego udziału w konflikcie w Ukrainie i ataku na Iran jako projektu gospodarczego, to i tak bardzo na tym skorzystały.

Dla Europy głównym zamiennikiem rosyjskiego gazu stał się amerykański skroplony gaz LNG. Udział zakupów państw naszego kontynentu w jego eksporcie z USA wzrósł z 34% w 2021 r. do ok. 64-69% w 2022 r. W 2025 r., według danych Institute for Energy Economics

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Wasalna polityka w patriotycznym opakowaniu

Amok. Nie mam lepszego słowa, by opisać gorączkę, jaka dopadła większość polityków. Wyścig o to, kto da Amerykanom więcej, przekroczył granice absurdu. W budżecie państwa coraz większy deficyt, a większości Polaków nie zapaliło się nawet pomarańczowe światełko. Prawie wszyscy domagają się większych pieniędzy. I trudno ich nie rozumieć, kiedy w powietrzu fruwają miliardy na zbrojenia. Skala tych wydatków nie ma już bezpośredniego kontaktu z rozumem. Po cichu mówi o tym wielu ekspertów i intelektualistów.

Głośno o tym mówi i konsekwentnie pokazuje tę paranoję prof. Grzegorz W. Kołodko. Wie, o czym mówi, bo ma kapitał intelektualny i ogromną wiedzę praktyczną z czasów pełnienia funkcji wicepremiera i ministra finansów. Jeśli mówi o lekkomyślnym marnowaniu publicznych pieniędzy na zbrojenia, to ma na to liczne dowody. Pokazuje też, kto najwięcej zarabia na nakręcaniu spirali zbrojeń. Polski nie ma na tej liście. Odwrotnie, nas to kosztuje coraz więcej. W tym „więcej” są również obszary, na które brakuje pieniędzy. A brakuje

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Paskudny świat

Paskudny to świat, w którym szaleństwo jednostek może usprawiedliwiać kolosalne wydatki na zbrojenia. Jeśli wnioskować z medialnych przekazów (a skąd mamy czerpać wiedzę, a przynajmniej informacje?), kilku co najmniej niezrównoważonych panów wpływa na decyzje przypominające dość niefortunne łacińskie powiedzenie Wegecjusza, zresztą militarysty, żeby szykować wojnę, chcąc pokoju.

Co gorsze, o ile z perspektywy wojny trudno się cieszyć, o tyle ze zbrojeń już można. I z tego, że jesteśmy liderem pieniężnego w nie zaangażowania. I tu łatwo nawet, co też wydaje się niemal piękne, o społeczną zgodę. Bo przecież w historii czuliśmy się wtedy ważni, gdy byliśmy przedmurzem. Teraz powtarzamy z pewnym ukontentowaniem, że jesteśmy wschodnią flanką NATO, co jest jednym z niewielu przypadków, gdy chętnie odnosimy do siebie słowo „wschodni”.

Słowo „bezpieczeństwo” tłumaczy wiele. Jest na czele wartości, na jakich nam zależy. A ma jeszcze tę wagę, że wywołuje poczucie zagrożenia, w którym łatwiej o rządzenie, ale i o porozumienie, rzec można – narodowe. Daje też możliwość tworzenia aksjomatów. Kiedyś powtarzano, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Polska zbrojeniówka: partner czy klient?

Co kryje się za kontraktami zbrojeniowymi?

Podczas wielu edycji Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach prezesi polskich firm zbrojeniowych w świetle fleszy, przy fanfarach i kieliszkach ściskali dłonie zagranicznych partnerów, podpisywali memoranda, listy intencyjne i „strategiczne partnerstwa”. Decyzje, które wówczas zapadały – mówiąc delikatnie – nie budziły zachwytu. Miliardy dolarów za gotowy sprzęt kupiony przez Wojsko Polskie wypływały za granicę, a polskie fabryki dostawały resztki z pańskiego stołu albo nie dostawały niczego.

W ostatnich latach polski przemysł obronny rozpięty był między dwoma biegunami – od spektakularnych sukcesów, głównie jednej prywatnej firmy, do równie spektakularnych porażek, które miały silny zapaszek polityczny.

W 2022 r., po ataku Rosji na Ukrainę, Ministerstwo Obrony Narodowej ruszyło na zakupy. Wszak trzeba było uzupełnić magazyny po przekazaniu Kijowowi (w postaci darowizny) 48 pakietów pomocy wojskowej o łącznej wartości przekraczającej 4,2 mld euro, czyli ponad 18 mld zł. W tym: 350 czołgów, 400 bojowych wozów piechoty BWP-1, 100 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak, 54 armatohaubic Krab, 14 samolotów myśliwskich MiG-29 i 10-12 śmigłowców szturmowych Mi-24 – by wymienić tylko najważniejsze rodzaje uzbrojenia.

Zbrojeniowe zakupy

Już w lipcu 2022 r. Polska podpisała z Koreą Południową umowy ramowe, które obejmowały dostawę około tysiąca czołgów K2 Black Panther, produkowanych przez Hyundai Rotem, 360 haubic K9 z Hanwha Aerospace i 48 samolotów FA-50 z Korea Aerospace Industries. Łącznie kosztowało to równowartość kilkudziesięciu miliardów złotych. Plusem tych umów była rzadko uzyskiwana w przypadku naszego kraju zgoda zagranicznych partnerów na transfer technologii. Koreańczycy zgodzili się na stopniową polonizację czołgów – wariant Black Panther K2PL ma być montowany w zakładach Bumar-Łabędy, haubice K9PL zejdą z linii produkcyjnej Huty Stalowa Wola, a Hanwha wraz z prywatną Grupą WB uruchomi w Polsce produkcję rakiet do wyrzutni Homar-K, czyli polską wersję południowokoreańskiego systemu artylerii rakietowej K239 Chunmoo, będącą odpowiednikiem amerykańskich wyrzutni HIMARS.

Wydawać by się zatem mogło, że odchodzimy od modelu lansowanego głównie przez Amerykanów, czyli kupowania gotowych produktów bez przenoszenia know-how nad Wisłę. Problem w tym, że polonizacja koreańskiego uzbrojenia idzie wolniej, niż zapowiadano. Część komponentów wciąż płynie z Korei, a przedstawiciele krajowego przemysłu obronnego ostrożnie przyznają, że pełne uniezależnienie potrwa lata. Na podobne rozwiązania nie możemy liczyć w przypadku zakupów w Stanach Zjednoczonych. A za ocean popłynęły największe pieniądze.

W marcu br. szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przy okazji podpisania umów offsetowych do kontraktu na śmigłowce Apache powiedział, że polskie „obecne zobowiązania związane z pożyczkami i zakupami w USA to ponad 200 mld zł”. Kwota obejmuje wartość wszystkich głównych umów: na dostawy systemów artylerii rakietowej HIMARS,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Polityka strachu

Wiele szkód, które robi Trump 2.0, jeszcze przez wiele lat będzie się kładło cieniem na świecie

Europejscy członkowie NATO powinni nie tylko zdecydowanie potępiać Rosję za jej napaść na Ukrainę, lecz także dystansować się od szaleństw USA pod prezydenturą Trumpa. Co ciekawe, niektórzy obserwatorzy zauważają jakby prawidłowość, że krytycyzm względem USA rośnie wprost proporcjonalnie do odległości od granicy z Rosją. No ale ani Władimir Putin, ani Donald Trump to nie geografia, która się nie zmienia. To historia, która przemija. Dlatego też politykę – w tym tę odnoszącą się do bezpieczeństwa – trzeba prowadzić, mając na uwadze upływ czasu. Wiele szkód, które robi Trump 2.0, będzie kładło się na świecie, w tym w Polsce, długim cieniem jeszcze przez wiele lat, kiedy to w Białym Domu po nim zostanie już tylko swąd, ale nie można bieżącej polityki podporządkowywać jego choremu widzimisię.

Dyplomatyczny chłód zamiast militarnej gorączki

Z Putinem i Trumpem albo i bez nich militarna gorączka trwa. Najwyższy czas zastąpić ją dyplomatycznym chłodem, jak proponuje to premier Belgii Bart De Wever. USA potrafią rozmawiać z Iranem, Syria z Turcją, Izrael z Libanem, Kongo z Rwandą, Indie z Pakistanem, a Unia Europejska nie potrafi rozmawiać z sąsiednią Rosją? Czy zaiste oczekiwanie czegoś podobnego także od polskich przywódców jest mrzonką? Nawet jeśli ktoś uważa, że jakiekolwiek rozmowy ze zbrodniarzem wojennym Putinem nie mają sensu, bo jego nieustępliwość wobec Ukrainy i wojenne inklinacje są nieprzezwyciężalne, to na Kremlu są jeszcze politycy, którzy nie utracili poczucia przyzwoitości. Nadejdzie przecież czas, kiedy z Rosją znowu będziemy rozmawiać, więc warto skracać okres oczekiwania na ten moment i już zawczasu wypatrywać interlokutorów oraz się z nimi kontaktować.

Radosław Sikorski, kiedy po raz pierwszy był ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Donalda Tuska w latach 2007-2014, chociaż było to trudne, potrafił rozmawiać z Moskwą, spotykając się niejednokrotnie z Siergiejem Ławrowem, ministrem spraw zagranicznych Rosji, podobnie zresztą jak jego pryncypał, który kilka razy spotykał się z Władimirem Putinem, w latach 2008-2012 będącego premierem (prezydentem w tym czasie był Dmitrij Miedwiediew). Teraz natomiast powiada, że jedyny język, jaki rozumieją na Kremlu, to język siły, jak to ostro sformułował podczas szeroko komentowanego wystąpienia na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w dniu 24 lutego 2025 r., w trzecią rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę. Fakt, że ta napaść wiele zmieniła, ale czy zaiste dyplomację może zastąpić

Fragment książki Grzegorza W. Kołodki Niebezpieczne bezpieczeństwo, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Kto pilnuje miliardów złotych wydawanych na wojsko?

Najważniejsze rzeczy dzieją się w sferze obronności. Decyzje prezydenta Trumpa w sprawie wysłania żołnierzy amerykańskich do Polski przez tydzień zajmowały czołowych polskich polityków. Oni nie wiedzieli, i nie wiedział Pentagon, dlaczego przyjazd 4 tys. żołnierzy został wstrzymany, a potem, gdy Trump ogłosił coś zupełnie przeciwnego, że wyśle 5 tys., też wiedzieli niewiele więcej.

Panuje chaos. Nie mamy pojęcia, jaka jest polityka USA wobec Europy, nie wiemy więc, w jakim stopniu obecność amerykańskich żołnierzy wzmacnia polskie bezpieczeństwo. Bo trudno je opierać na dobrym humorze prezydenta Trumpa.

Chaos schodzi na niższe szczeble. Nie wiemy – to tylko jeden z przykładów – czy możemy liczyć na dostawy wyrzutni rakiet HIMARS, nie mówiąc już o tym, ile miałyby kosztować. Nie wiemy też – choć to z chaosem akurat nie ma nic wspólnego – jak potoczy się wojna rosyjsko-ukraińska, czyli jak zmieni się sytuacja polityczna i militarna Polski. Tu akurat zachowujemy się racjonalnie. Przyjmujemy wariant pesymistyczny, więc na obronność Polska wydaje rekordowe kwoty. W 2026 r. będzie to przeszło 200 mld zł. Czy mamy świadomość, jak wielka to suma?

Spójrzmy na skalę zmian. Jeszcze w 2021 r., raptem pięć lat temu, na obronność wydaliśmy 49 mld zł.

W 2023 r. już 111 mld zł. Teraz na te wydatki złożą się trzy „nogi”. Pierwsza to środki z budżetu państwa – 127 mld zł. Druga to Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, instytucja działająca przy BGK, która ma przynieść 73-79 mld zł. Razem już ponad 200 mld zł! I jeszcze trzecia noga – środki z SAFE. Czyli 43,5 mld euro pożyczek rozłożonych na kilka lat. Tak czy inaczej – kolejne dziesiątki miliardów złotych.

Mamy więc do czynienia ze skokowym wzrostem wydatków na obronę. A nastroje społeczne są takie, że nikt tego nie kwestionuje ze względu na wojnę za wschodnią granicą. Przeciwnie, obserwujemy przypływ patriotycznego nastroju – politycy licytują się, kto więcej przeznaczy na wojsko. 10 mld w jedną czy drugą stronę – to nie ma znaczenia. Kto chce więcej wydawać, ten jest lepszym patriotą. Wolność nie ma ceny.

Mimo tych emocji powinniśmy jednak zadać podstawowe pytania: czy ktoś te wydatki kontroluje? Czy ktoś ocenia, jaki rodzaj broni przyda nam się bardziej, a jaki mniej? W co warto inwestować, a jakie wydatki lepiej wstrzymać? Czy ktoś rozumie, co to jest ekonomika wojny? I czy ktoś się zastanawia, ile te wszystkie zbrojeniowe przedsięwzięcia będą kosztowały Polskę w najbliższych latach? Czy wydatki zbrojeniowe nas nie uduszą? Bo przecież wojna to zbyt poważne zajęcie, by pozostawiać ją w rękach generałów.

Wiadomo, gdy wybuchła wojna na Ukrainie, a nawet jeszcze wcześniej, gdy szef CIA poinformował polski rząd, że jest ona nieunikniona, trzeba było radykalnie zwiększyć wydatki na techniczną modernizację wojska. Niestety, były to typowe zakupy w panice, panic buy. Ze wszystkimi możliwymi błędami. Kupowaliśmy głównie za granicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i w Korei. Dziś widać doskonale, że wielkim błędem był brak poważnej dyskusji poza wojskiem w sprawie uzbrojenia, przemysłu zbrojeniowego, polskiej gospodarki, jej możliwości i potrzeb. Jeżeli już doszło do jakichś dyskusji, toczyły się one w Sztabie Generalnym, w Agencji Uzbrojenia, wewnątrz sił zbrojnych. Generał mówił, że trzeba, minister kupował. A przecież to nie wojsko będzie spłacać pożyczki zaciągnięte na zakup czołgów czy śmigłowców, tylko obywatele RP.

W ten sposób najważniejsze decyzje dotyczące bezpieczeństwa Polski, ale i jej finansów, sytuacji gospodarczej, włożono w ręce wąskiej grupy. Polityków i generałów. Politycy… W ich perspektywie troska o publiczne pieniądze, przekonanie, że trzeba je racjonalnie wydawać, schodzi na daleki plan, bo nie z tego są rozliczani, tylko z gestów. A skoro tak, to każdy pomysł jest dobry, jeżeli jest odpowiednio efektowny. Warto więc wołać: 96 Apache’ów! Bo to brzmi! Oto jest polityk, który sprawę bezpieczeństwa Polski

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Europa znów na peryferiach?

Atlantycki patron chce zmienić architekturę ładu światowego, by zachować dotychczasową hierarchię

Przyczyny mizerii debaty publicznej w Polsce zgłębił prof. Waldemar Karpa („Pollicitatio nad Wisłą”, „Przegląd” nr 16/2026). Wracamy do czasów sejmowego i sejmikowego warcholstwa szlachty z jej obsesją absolutum dominium – strachem przed wzmocnieniem prawie szczątkowej władzy króla. To chyba trafniejsza analogia niż niewiele mówiąca polskiemu czytelnikowi metoda ogłupiania rzymskiego plebsu ówczesnymi CPK.

Pułapka postępu

Obecnie problem jest poważniejszy, bo dotyczy całej UE. Zamęt w umysłach unijnych przywódców powstał, kiedy atlantycki patron zmienił strategię utrzymania hegemonii. Chce teraz zmienić architekturę ładu światowego, by zachować dotychczasową hierarchię. Przy okazji właściciele portfeli inwestycyjnych, w tym kongresmeni, mogą zarabiać na wojnie. Nie przypadkiem wszyscy „miłujący pokój i prawa człowieka” kupują akcje hien zbrojeniowych, takich jak Lockheed Martin czy Rheinmetall AG. W amoku zbrojeń giną inne zagrożenia: następstwa kryzysu planetarnego. To następstwa kapitalizmu, wzrostu gospodarczego i masowej konsumpcji: ludzie zbędni, efekt cieplarniany, księżycowe pejzaże. Przynajmniej dzięki nim będzie można zaoszczędzić na turystyce kosmicznej.

Najgroźniejsza jest pułapka postępu, w której uwięzili nas właściciele, udziałowcy oraz zarządzający wielkimi korporacjami cyfrowymi, zbrojeniowymi, wydobywczymi i finansowymi. To oni decydują o kierunkach rozwoju technologii i nie pytają nikogo o zdanie. Te pijawki realnej gospodarki całego świata wynagradzają swoich menedżerów success fee, nie bacząc na koszty społeczne i ekologiczne ich wirtuozerii finansowej. Na giełdzie Polymarket możesz obstawić nawet datę śmierci nowego przywódcy Iranu.

Historia się powtarza. Jak pisze archeolog i antropolog Ronald Wright: „Myśliwi, którzy nauczyli się zabijać dwa mamuty zamiast jednego, dokonali postępu. Ci, którzy wpadli na pomysł, by zagnać stado na krawędź urwiska i uśmiercić 200 sztuk naraz, posunęli się za daleko. Żyli na wysokim poziomie… przez chwilę. Potem nastał głód” („Krótka historia postępu”, 2021). Chwilo, trwaj – jak długo jeszcze?

I kierujący UE, i ekonomiści, i zauroczeni darami Rynkowego Pana wierni konsumenci myślą naiwnie, że to kapitalizmowi, prywatnej własności i wolnemu rynkowi zawdzięczamy obecny komfort życia na Północy. A przecież naszymi dobrodziejami są wynalazki, technika i napędy – dzieło nowoczesnego przyrodoznawstwa. I do tego energetyczni niewolnicy, czyli tania do niedawna energia z węglowodorów napędzająca maszynerię zysku. Wydatki na zbrojenia tylko stabilizują koniunkturę. Przynajmniej przez jakiś czas. Ale na dalszą metę jedynie pogłębią

Tadeusz Klementewicz jest politologiem, profesorem nauk społecznych, wykładowcą na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistą w zakresie teorii polityki i metodologii nauk społecznych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Człowiek od węgla i od amunicji

Paweł Poncyljusz, wiceminister rządu PiS, największym beneficjentem unijnego programu SAFE?

Polska polityka obfituje w absurdy, ale ten przypadek jest wyjątkowo interesujący. Pawła Poncyljusza dziennikarze znaleźli w zarządzie spółki, która z programu SAFE ma otrzymać gigantyczne kwoty. Znacznie większe niż to, co miało trafić do polskich firm od lat zajmujących się produkcją amunicji.

Jest to sytuacja, która przypomniała mi rolę, jaką odgrywał Paweł Poncyljusz w tzw. pierwszym rządzie PiS. W latach 2006 i 2007 był wiceministrem gospodarki. Odpowiadał wówczas za górnictwo. Śmiało można postawić tezę, że jego ówczesne zachowanie odcisnęło wyraźne piętno na tej branży. I oto znów Poncyljusz odgrywa ważną rolę, choć może niekoniecznie taką, jakiej by sobie życzył. Sprawia bowiem, że krytyka przyjęcia przez Polskę unijnych miliardów w ocenie wielu Polaków zaczyna być całkiem sensowna.

SAFE, czyli Security Action for Europe – Instrument na rzecz Zwiększenia Bezpieczeństwa Europy, jest największym sukcesem polskiej prezydencji. W 2025 r. Polska przewodniczyła Radzie Unii Europejskiej. Wydawało się, że był to czas stracony. Program SAFE dowodzi jednak, że było wręcz przeciwnie. Unia zdecydowała się przeznaczyć ogromne pieniądze na dozbrojenie armii krajów członkowskich. Co równie ważne, pieniądze te mają trafić do europejskich firm. Zostaną wydane na produkcję sprzętu i uzbrojenia.

Podam jeden z przykładów. W środę 18 marca Andrzej Domański, minister finansów i gospodarki, odwiedził Śląsk. Na terenie zakładów Rosomak w Siemianowicach Śląskich uroczyście potwierdził przekazanie ok. 57 mln zł, za które w spółce tej powstanie nowoczesna, zrobotyzowana linia do produkcji lekkich opancerzonych samochodów rozpoznawczych Legwan. Legwany zastąpią wysłużone Honkery i Uazy. Przewozić będą do ośmiu żołnierzy. Ich uzbrojenie to karabin maszynowy lub szybkostrzelny granatnik montowany na wieżyczce. Mają być ogniwem pośrednim pomiędzy pojazdami nieopancerzonymi a ciężkimi transporterami. Dotąd siemianowicki Rosomak znany był z produkcji właśnie transporterów opancerzonych. Sprawdziły się one podczas misji w Afganistanie, ratując życie wielu polskich żołnierzy.

Niewątpliwie program SAFE może się stać kołem zamachowym polskiej gospodarki. Na Śląsku szansę skorzystania z niego – jak informował marszałek województwa Wojciech Saługa – ma 1647 firm. To producenci czołgów, innych pojazdów dla wojska, dronów, hełmów, kamizelek kuloodpornych, masek przeciwgazowych, słowem najróżniejszych rzeczy potrzebnych nowoczesnej armii. A w tym regionie inwestycje w przemysł obronny mogą odegrać jeszcze jedną ogromnie ważną rolę. Mogą się przyczynić do bezbolesnego wygaszenia działalności kopalń, które i dziś zatrudniają dziesiątki tysięcy ludzi, a zamiast zarabiać na wydobyciu węgla, przynoszą gigantyczne straty.

Ci ludzie są przygotowani do pracy w przemyśle ciężkim,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Arabowie wolą uniknąć destabilizacji

Dla monarchii naftowych Półwyspu Arabskiego Izrael wcale nie jest alternatywą wobec Iranu

Choć konflikt między Iranem a Stanami Zjednoczonymi i Izraelem daje się we znaki monarchiom naftowym Zatoki, wciąż nie zdecydowały się włączyć bezpośrednio do walki ze swoim regionalnym rywalem. Prezydent Donald Trump zdawał się liczyć na to, że wojna rozpoczęta przez niego i Beniamina Netanjahu wymusi na Europie i partnerach z Bliskiego Wschodu zaangażowanie w otwartą walkę z Iranem. Ale mimo że irańskie rakiety i drony trafiają w cele w Bahrajnie, Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej, nie udało się skłonić arabskich partnerów do udziału w konflikcie.

Gdy pod koniec lutego rozpoczęła się wojna, Iran zareagował tak, jak można było się spodziewać – wziął na cel amerykańskie zasoby w regionie. To o tyle istotne, że w bezpośrednim sąsiedztwie Iranu znajduje się amerykańska infrastruktura wojskowa. Bahrajn gości kwaterę główną amerykańskiej Piątej Floty, a Katar największą amerykańską bazę na Bliskim Wschodzie, w której skoszarowano ok. 10 tys. żołnierzy.

To nie koniec listy, bo w Kuwejcie także znajduje się kilka wojskowych obiektów amerykańskich. Największy to obóz Arifjan, wysunięty przyczółek logistyczny obsługiwany przez 9 tys. żołnierzy. Siły powietrzne Zjednoczonych Emiratów Arabskich dzielą swój port lotniczy Al-Dhafra z amerykańskimi lotnikami, a w porcie morskim Jebel Ali w Dubaju często cumują amerykańskie okręty. Amerykańskich mundurowych można znaleźć również w bazach w Iraku, Arabii Saudyjskiej i Jordanii.

Ogon macha psem

W założeniu miała to być gwarancja bezpieczeństwa przed zewnętrzną agresją. W ostatnich tygodniach, a nawet latach okazuje się jednak, że bezpieczeństwo zapewniane przez amerykańskich wojskowych jest raczej iluzoryczne. Izraelczycy wiedzieli o tym już wcześniej – amerykańska obecność nie uchroniła katarskiej stolicy przed ich atakiem 9 września 2025 r. Zginęło w nim kilku członków palestyńskiego Hamasu mających wziąć udział w negocjacjach rozejmowych. Ucierpieli też przedstawiciele służb bezpieczeństwa Kataru.

Cała izraelska operacja okazała się klęską, gdyż obrani za cel liderzy Hamasu, w tym Chalid Maszal, wyszli z niej bez szwanku. Premier Muhammad ibn Abd ar-Rahman as-Sani nazwał izraelski atak tchórzliwym pogwałceniem prawa międzynarodowego, a prezydent Donald Trump przyłączył się do jego potępienia, zapewniając, że został powiadomiony zbyt późno, by go powstrzymać.

Brak amerykańskich działań i niezbyt zaangażowana krytyka pokazały jednak, że to Tel Awiw pociąga za sznurki, do tego partnerzy w regionie wyraźnie są podzieleni na priorytetowych i mniej ważnych.

Obecność amerykańskich instalacji wojskowych spowodowała ataki Iranu na państwa Zatoki – wymierzone również w infrastrukturę krytyczną, np. w katarski terminal Ras Laffan. Według doniesień z Dohy ma to wpłynąć na katarskie zdolności eksportu gazu do takich krajów jak Belgia, Włochy, Chiny i Korea – nawet w okresie pięciu lat. Teheran liczy na to, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.