Piosenka na manowcach

Piosenka na manowcach

Rodzima rozrywka schodzi na psy. Dobitnym przykładem są dziś festiwale polskiej piosenki

Ostatni festiwal w Opolu można podsumować w dwóch zdaniach: 1) polska piosenka rozrywkowa jest znakomitym biznesem komercyjnym, skupiającym wokół siebie rzesze słuchaczy spragnionych muzyki „łatwej, lekkiej i przyjemnej”;
2) owa łatwość, lekkość i przyjemność to artystyczna bryndza, od której więdną wrażliwe uszy. Jeszcze dobitniej przekonamy się o tym podczas sierpniowo-wrześniowych festiwali TVP i TVN w Sopocie.
W ciągu ostatnich 17 lat upragnionej polskiej wolności w sferze kultury nastąpiła całkowita degradacja tego, co w okresie PRL – tak, właśnie wtedy – uznawaliśmy za wartość. Mówiąc dobitnie: z dość wysokiego piętra kultura polska wpadła wprost do rynsztoka. Pomińmy tzw. kulturę wysoką, niezależną, krytyczną i zaangażowaną, gdyż znalazła ona ciepły kąt w szeroko pojętym undergroundzie. Każdy, kto chce, do tego dotrze, choć można wylać morze łez nad kiepską sytuacją materialną instytucji kultury, zanikiem mecenatu państwowego czy lekceważeniem edukacji kulturalnej. Dawniej to było, dziś króluje popkultura.
Istnieje jednak popkultura i popkultura. W czasach Polski Ludowej – wróćmy do piosenki – byli to Stan Borys, Czesław Niemen czy Maryla Rodowicz z pięknymi tekstami Agnieszki Osieckiej. W III/IV Rzeczypospolitej są to zaś Andrzej „Piasek” Piaseczny, Reni Jusis czy Gosia Andrzejewicz, którzy śpiewają – że powołam się na wiersz Leszka Długosza wykonywany pięknie przez Magdę Umer – „takie melodyjki, ćwierćpiosenki” o niczym, mało oryginalne, wyprane z treści i znaczeń. Współczesna polska rozrywka ciąży w stronę kiczu, tandety i festynu.
Gdy rzucimy okiem na popkulturę amerykańską, zwłaszcza na scenę piosenki popularnej, na ten moloch, z którego staramy się czerpać, w mig zorientujemy się, że jak się umie i chce, to można. Czy Madonna, Elton John, a nawet George Michael nie są dobrymi przykładami profesjonalizmu, pewnej masowej estetyki, o czym dzisiejsi „giganci” opolskiej czy sopockiej sceny mogą tylko marzyć? Są. Tak jak występujący z sukcesami pod moskiewskim knutem, masowo uwielbiani Jerzy Połomski, Urszula Sipińska czy Czerwone Gitary z Sewerynem Krajewskim.
Swego czasu uważni złośliwcy zarzucali Czesławowi Niemenowi, że jego hit nad hity, czyli „Dziwny jest ten świat”, jest żywcem zerżnięty z utworu „It’s a Man’s World” Jamesa Browna. I co? Oba utwory przetrwały próbę czasu, są dziś – jeden wprawdzie tylko w Polsce, drugi na całym globie – uznawane za evergreeny, ikony, słupy milowe muzyki popularnej. Tymczasem taki zespół Sistars, okrzyknięty niedawno największym odkryciem polskiej sceny, jest którymś tam klonem amerykańskich grup pop-soulowych czy pop-hiphopowych. Tak w Ameryce potrafi śpiewać co druga Murzynka, u nas – co tysięczna wokalistka, z chlubnym wyjątkiem Anny Marii Jopek, która gdyby urodziła się w Stanach Zjednoczonych, byłaby tam noszona na rękach.
Jednym z symptomów mizerii polskiej piosenki rozrywkowej ostatnich lat jest obniżający się niebezpiecznie poziom tekstów. Wszystko to jest na jedno kopyto, senne i smutne, a do tego o miłości, o miłości i jeszcze raz o miłości, tyle że rodem z brazylijskiego serialu, który to styl ukochał sobie szczególnie nasz etatowy tekściarz od „wyżalania się DO kogoś”, czyli Jacek Cygan.
Jeśli ktoś pamięta teksty autorów z różnych bajek, które stawały się niekiedy przebojami wszech czasów – Grzegorza Ciechowskiego, Bogdana Loebla, Franciszka Walickiego, Wojciecha Młynarskiego, Jana Wołka, Marka Gaszyńskiego, Jacka Grania i wielu, wielu innych – złapie się za głowę, wsłuchując się w wyśpiewywane dziś brednie. Pierwszy z brzegu przykład – Ewelina Flinta, laureatka nagrody dla najlepszej wokalistki ubiegłorocznego festiwalu w Opolu. Piosenka pt. „Cierpienie”. Proszę posłuchać fragmentu: „Życie to porażka, / która wgryza się w ból… / To tak bardzo przeszywa / To tak bardzo okalecza… / Proszę cię, pomóż mi / Nie mów, że nie potrafisz! / Wiesz, że umiesz, a ja wiem / Że ty nie chcesz pomóc”.
Te grafomańskie wynurzenia, eksploatowane przez komercyjne rozgłośnie radiowe, stają się częścią zbiorowej świadomości. Nucą je nastolatki, gospodynie domowe, pracownice biur i urzędów, nie podejrzewając nawet, że oto stoją oko w oko z klęską ludzkiego talentu do składania słów w sensowne zdania. Ten upadek kultury słowa, ba, upadek poezji, która przez całe lata była podporą śpiewanek rozrywkowych, jest między innymi wynikiem polityki uprawianej przez wielkie koncerny fonograficzne, nastawione wyłącznie na zysk. To bowiem „majorsi” produkują te wszystkie urodziwe panienki bez głosu, mącą im w główkach, puszczają w obieg, a potem, gdy już błysk sławy mija, tworzą kolejną gwiazdkę. Wczoraj Flinta czy Doda, dziś Cerekwicka, jutro jeszcze jakaś. Tak to działa. Jakoś nowej polskiej Cher nie widać, a Maria Peszek, Kasia Nosowska, Kayah czy, niech będzie, Justyna Steczkowska same nie zapełnią tej popowej wyrwy.
Kto jest winny? Przemiany cywilizacyjne wiodące kulturę na manowce blagi? Telewizja publiczna, która ściga się w komercyjnej propagandzie z prywatnymi stacjami? Ludzie? Posucha artystyczna? Czasy i obyczaje? Im głupsze społeczeństwo, im bardziej zdemoralizowane, oszołomione, tym chętniej kupuje bezsmakową papkę, ową namiastkę prawdziwego życia, prawdziwych uczuć i prawdziwej wrażliwości. Cała sztuka w tym, by ta papka była zjadliwa, do przełknięcia. I by czasem umieć zastąpić ją czymś innym.

 

Wydanie: 24/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy