Obłuda ekonomistów celebrytów

Obłuda ekonomistów celebrytów

Medialni eksperci nie mówią, że bronią interesów biznesu, tylko przekonują, że podwyżka płac jest niekorzystna dla pracownika

Co jakiś czas powraca dyskusja o podniesieniu płac minimalnych. Po jednej stronie mamy „roszczeniowych związkowców” i „nierozumiejące gospodarki tłumy”, po drugiej chłodnych, rzekomo znających realia ekonomistów, którzy tych pierwszych nazywają gospodarczymi analfabetami. Ta druga strona to głównie eksperci Lewiatana, Bussines Centre Club czy Centrum im. Adama Smitha, czyli reprezentanci pracodawców, którzy zdominowali media. Zadziwiający jest przy tym sposób argumentacji. Większość tych znawców gospodarki nie mówi, że broni interesów biznesu, który na podwyżkach płac by stracił, ale przekonuje, że podwyżka jest w rzeczywistości niekorzystna dla pracownika. Teza to dość karkołomna, więc niczym wyrocznia przepowiadają ciąg katastrof, który rzekomo miałby nastąpić po podwyższeniu płacy minimalnej, albo ośmieszają ten pomysł, twierdząc, że ludzie chcą, aby ustanowić 10 tys. zł dla każdego.

Całe zło przez płacę minimalną

Ekonomiści ci twierdzą także, że aby pensje poszły w górę, trzeba znieść płacę minimalną. Ale jeśli pracodawcy nie stać rzekomo nawet na minimum, to w jaki sposób po zniesieniu tego minimum będzie go stać na znacznie wyższą zapłatę? Aby znaleźć potwierdzenie moich słów, wystarczy wejść na stronę Centrum im. Adama Smitha. Pod hasłem płaca minimalna można tam przeczytać, że: „Wprowadzona w większości rozwiniętych krajów tzw. płaca minimalna w rzeczywistości najbardziej szkodzi osobom, dla których ochrony politycy ją wprowadzili, czyli najsłabiej wykształconym oraz osobom o najmniejszych umiejętnościach na rynku pracy”. Praktyka pokazuje coś zupełnie innego. Tam, gdzie wprowadzono czy podwyższono płacę minimalną, nic strasznego się nie stało, a inflacja nie przegoniła podwyżek. Zresztą płaca minimalna funkcjonuje od lat właśnie w najbogatszych krajach, więc to chyba najdobitniej dowodzi, że nie ma złego wpływu na gospodarkę. W przeciwnym razie najbogatsze byłyby kraje, gdzie jej nie ma. Autorzy idą jednak o krok dalej. Piszą: „W ten sposób powstają czarne getta w miastach amerykańskich, niepracujące dzielnice w Europie Zachodniej czy obszary z dwucyfrowym bezrobociem w Polsce. Ponadto płaca minimalna jest jedną z głównych przyczyn tworzenia się szarej strefy i demoralizacji ludzi, skłaniając ich do łamania prawa”. Czyli za wszelkie problemy społeczne odpowiada przepis o tym, że nie należy ludziom płacić głodowych stawek za ich pracę. Pogratulować umiejętności odnajdywania związków przyczynowo-skutkowych. Nad problemem powstawania gett zastanawiają się tabuny socjologów, a tu okazuje się, że odpowiedzielna jest płaca minimalna.
Moim zdaniem, zdemoralizowana jest osoba, która chce płacić mniej niż 1,2 tys. zł na rękę, ale widocznie owi ekonomiści kierują się zasadami innej etyki, skoro według nich, to brak możliwości skrajnego wyzyskiwania pracownika jest odpowiedzialny za to, że ktoś „musi” złamać prawo.

Drobne przeoczenie

Mało który polityk czy ekspert powie, że nie chce, aby ludzie zarabiali więcej. Stwierdzi raczej, że trzeba to osiągnąć innymi metodami, czyli że uratuje nas tylko niewidzialna ręka rynku. Jak mantra powtarzane jest jedno zdanie, które dodatkowo miałoby pokazywać sprawiedliwość kapitalizmu. „Aby wynagrodzenia były wyższe, trzeba zwiększyć efektywność pracy”. Czyli dobra płaca tylko za dobrą pracę, a nie tak jak za PRL: „czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy”. Takie podejście prezentuje Ryszard Petru, który przestrzega nas, żebyśmy nie dali się nabrać na płacę minimalną i wymienia kilka innych sposobów na podniesienie płac. Jako przykład podaje stawianie na innowacje, ale oczywiście wspomina o tym, że musimy być bardziej produktywni, nie zważając na to, że ma się to nijak do poziomu wynagrodzeń, o którym decyduje przecież podaż pracy czy popyt na nią. W wielu firmach w ramach cięcia kosztów związanych z kryzysem zwalnia się ludzi, a tym, którzy zostali, daje się więcej obowiązków i tnie pensje. Wychodzi na to, że są produktywniejsi, ale zarabiają mniej. Ostatni skok wynagrodzeń, który nastąpił po wstąpieniu Polski do UE, był spowodowany nie tym, że nagle zaczęliśmy pracować więcej, ale zmniejszeniem liczby szukających pracy za sprawą wyjazdu znacznej ich części za granicę. Pracownicy mogli dyktować warunki, bo mieli alternatywę i mniejszą konkurencję, na ich miejsce nie czekało już 20 innych. Robert Gwiazdowski, znany ekonomiczny celebryta, patrzy jednak na sprawę „nieco” inaczej. „Związkowcy boją się konkurencji ze strony bezrobotnych. Dlatego nie chcą pozwolić, by mogli oni taniej sprzedawać swoją pracę”. Tyle że bezrobotni wcale nie chcą sprzedawać swojej pracy za mniej niż 1,2 tys. zł miesięcznie. Z jednego prostego powodu, który w kalkulacjach ekspertów nie znajduje miejsca. Otóż nie przeżyją oni wtedy do następnej wypłaty. Gwiazdowski zapomina przy tym, że to nie „rynek” tyle płaci, lecz szefowie na podstawie tego, jak płacą inni. Gdyby któryś zaczął płacić więcej, straciłby na konkurencyjności, więc zmuszenie wszystkich naraz do płacenia jakiejś minimalnej kwoty wydaje się racjonalnym pomysłem. Po ewentualnym zlikwidowaniu płacy minimalnej pensje spadną, a nie wzrosną…

Nie róbcie z nas Bangladeszu

Ekonomiści mają jeszcze jeden bezdyskusyjny, ich zdaniem, postulat. Otóż trzeba w Polsce „stwarzać dobry klimat dla inwestycji zagranicznych”, czyli ściągać zagraniczne firmy, bo to rzekomo ma poprawić byt najmniej zarabiających. Jednak tutaj pojawia się sprzeczność. Bo jak ściągnąć zagraniczny kapitał, który ma podnieść zarobki najbiedniejszych? Głównie poprzez utrzymanie tych zarobków na niskim poziomie! Czyli utrzymując „niskie koszty pracy”, bo inaczej biznes pójdzie sobie gdzie indziej i wszyscy stracimy. Wobec tego ów biznes za to, że stworzył miejsca, dostaje czasem dotacje czy ulgi pracy w takiej wysokości, że za te pieniądze można by przez wiele miesięcy utrzymać wszystkich pracowników zatrudnionych przez daną firmę. Gdyby pieniądze, które państwo daje zagranicznym korporacjom, wykorzystać na budowę autostrad lub na cokolwiek innego niż produkcja towarów, które i tak idą na eksport, mielibyśmy z tego z pewnością większy pożytek. A rodzimy biznes nie musiałby się zmagać z pompowaną przez własny rząd zagraniczną konkurencją.
Niedawno media obiegł spot reklamujący Polskę jako świetne miejsce dla zagranicznego biznesu. W samym fakcie nie ma nic złego, jednak gdy zobaczy się, czym się chwalą producenci tego spotu, możemy zacząć się zastanawiać, czy aby na pewno chcemy mieć takie „przewagi”. Otóż w tle tańczą szczęśliwi młodzi ludzie, których jedynym marzeniem jest praca dla zachodniej korporacji, i to raczej na niższym stanowisku (o czym świadczą słuchawki i kaski ochronne). I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Pani, która przedstawia nasz kraj (a wygląda, jakby oprowadzała szanowny biznes po jednym wielkim targu niewolników), zachwala naszą młodzież za różne rzeczy, ale chyba przede wszystkim za brak znajomości swoich praw i generalnie brak szacunku do siebie, co biznesowi jest jak najbardziej na rękę. Z dumą stwierdza, że „pensje nie rosną tak szybko jak produktywność, wobec tego Polska jest krajem o jednych z najniższych kosztów pracy w Europie”. Czy to naprawdę jest nasz sukces? W rzeczywistości nie jest wcale tak, że to, co dobre dla zachodniego biznesu, jest dobre dla nas, jest to oczywiste dla każdego nieekonomisty. Nasuwa się pytanie, czy aby na pewno wpływowi eksperci i rządzący działają na korzyść własnych obywateli, a nie zagranicznych firm? Oni oczywiście powiedzą, że trzeba działać na korzyść zagranicznych firm, bo inaczej nie będzie pracy, a każde napomknienie o prawach pracowniczych może spowodować, że biznes się obrazi i pójdzie sobie do Bangladeszu. Jednak czy naprawdę czynienie z Polski kolonii jest najlepszą drogą do sukcesu? Czy nie da się stwarzać biznesowi pola do działania, ale jednocześnie wymagać, by zachował wobec naszych pracowników europejskie standardy? Biedronka nie upadła po serii artykułów opisujących straszne warunki pracy. Wymuszono na niej ich polepszenie.
Marcin Król stwierdził, że nie wierzy ekonomicznym ekspertom jak psom, dodając, że zawsze są na czyimś pasku. Przychylam się do tej opinii, szczególnie, że nie jestem aż takim ekonomicznym analfabetą, żeby twierdzić, że Centrum im. Adama Smitha reprezentuje stanowisko nauki, a związkowcy zabobon i populizm. Wiem o wielu innych skazanych na banicję w latach 90. nurtach tej nauki i nie są to tylko nurty marksistowskie, ale też wywodzące się od Keynesa.

Autor jest socjologiem, publicystą magazynu „Liberté!”

Wydanie: 32/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy