Obywatele w Senacie, Kurscy na walizkach, Amerykanie na straży

Obywatele w Senacie, Kurscy na walizkach, Amerykanie na straży

Wszyscy narzekają na apatię społeczną i bierność obywatelską w Polsce. Ale w minionym tygodniu dowiedzieliśmy się, że „obywatele” chcą zostać senatorami. I niech nikt nie mówi, że mamy w kraju nad Wisłą sam ciemny lud. Ci zagubieni obywatele, którzy chcą być „oddolnym głosem” niesłyszanego na salonach ludu, to czysta reprezentacja tych wszystkich wykluczonych społecznie, bezrobotnych, nieczujących się reprezentowanymi politycznie, wyalienowanych środowisk poniżanych na każdym kroku: Marek Goliszewski – prezes Business Centre Club, Krzysztof Rybiński – były wiceprezes NBP, wrażliwy na trud ludzi pracy i tylko dla żartu i dla mediów zakładający maskę neoliberalnego dogmatyka. I w końcu prawdziwi „samorządowcy” (a może lepiej specjaliści od „samo – rządu” – ta nazwa kojarzy się z klasykiem, który szczerze i słusznie stwierdził, że „rząd sam się wyżywi”): prezydenci Gdyni, Wrocławia i Krakowa. Prezydent Grobelny z Poznania jeszcze się zastanawia i czeka na decyzję sądu w swojej sprawie. Za to znany szczególnie wśród stoczniowców senator Misiak (dawniej PO) nie zastanawia się – on już wie, że jest „obywatelem”, który chce zostać ponownie (tym razem właśnie jako „obywatel”) senatorem z Dolnego Śląska.
Ci wszyscy mili panowie i aktywni obywatele nie chcą być partią, lecz „ruchem obywatelskim”. Obecny premier z obecnym prezydentem też całkiem niedawno to mówili – PO miała być nie partią, lecz – jak sama nazwa głosiła – właśnie „ruchem obywatelskim”. Jest skąd czerpać sprawdzone wzorce.

Trudno się dziwić, że w takich warunkach niektórzy mieszkańcy kraju decydują się na emigrację polityczną. Oni również należą do bardzo aktywnych obywateli i też czują się wyalienowani. A nawet dyskryminowani w miejscu pracy. Tak jak żona europosła Jacka Kurskiego. Sprawdzana w miejscu zatrudnienia pod względem ideologicznym, testowana na lojalność wobec panującej władzy, poddawana mobbingowi psychicznemu jak zwykła obywatelka tej nadwiślańskiej krainy. Ile można poświęcać się dla Ojczyzny? Każdy ma swoją wytrzymałość. Jeśli Ojczyzna nie potrafi zadbać o najlepszych synów i córy tej ziemi, musi się zmienić i poczekać na nich, gdy wrócą z emigranckiej niedoli w tej kosmopolitycznej Brukseli. Kurscy jak prawdziwi emigranci wsiadają do swojej terenówy i uciekają z kraju za chlebem i w poszukiwaniu wolnej przestrzeni bez politycznej cenzury. Tam, z dala od ojczystej ziemi, pozbawieni katolickiego powietrza będą wieczorami z towarzyszami niedoli szykować się do walki o prawdę i prawdziwą niepodległość. Gorzką tęsknotę za krajem będzie im osładzać swojski głos w eterze – sygnały z ostatniej twierdzy wolności, nadawane z toruńskiej rozgłośni znanego demokraty Ojca Dyrektora.
Tą emigracją polityczną powinien poważnie się zaniepokoić prezes Kaczyński. Jak pokazuje polska historia, najwięksi
spiskowcy organizowali się na emigracji. Tam, w Brukseli, przyczółki do zdobycia władzy i walki o nową RP szykują już wspólnie Kurski z Ziobrą. Co prawda to nie Paryż, lecz Bruksela, ale może stworzą jakiś nowy Hôtel Lambert? Czy zaproszą do niego prezesa Jarosława Kaczyńskiego? Raczej nie.

Jeśli najwięksi obrońcy wolności i demokracji opuszczają kraj, kto będzie strzegł jego granic i niepodległości? Tutaj na szczęście mamy tajną broń. To owoc wielkich starań politycznych i zabiegów dyplomatycznych. I największy sukces w polityce zagranicznej obecnych elit władzy. Amerykanie co prawda nie chcą wbrew naszym polskim pragnieniom i na złość Rosji postawić chociaż kilku rakiet nazywanych tarczą antyrakietową. Ale w końcu zgodzili się na poważne wsparcie militarne i obiecali, że wyślą ok. 20 swoich dzielnych żołnierzy. To będzie rodzaj specjalnej „tarczy antyrakietowej”. Wiadomo, że żaden wróg nie podniesie ręki na niezwyciężoną armię amerykańską. W Biurze Bezpieczeństwa Narodowego i w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego głowią się, gdzie rozmieścić tę tajną broń. Kierując się arytmetyką i demokracją, każde województwo powinno dostać jednego jankesa (plus czterech dodatkowo na Warszawę). A gdzie Gdańsk, kolebka „Solidarności”? Gdzie Kraków z Wawelem? Wrocław jako stolica kultury też wymaga ściślejszego nadzoru i specjalnej obrony. Nie ma lekko. Można oczywiście postawić atrapy jankesów w bardziej strategicznych miejscach, ale wrogie siły tak łatwo nie dadzą się na to nabrać.
Ale nawet dzielna armia amerykańska nie obroni Polski przed inwazją Franka. Frank trzęsie Polską. To żaden generał ani przywódca gangu, tylko frank szwajcarski. Jak tak dalej pójdzie, całkowicie zatrzyma budownictwo w Polsce. A banki przestaną udzielać kredytów na zakup mieszkań. Ale co tam budownictwo, służba zdrowia czy upadające szkoły. Ważniejszy jest zdrowy duch w Narodzie i poszukiwanie Prawdy. Po awanturze smoleńskiej i wyborach parlamentarnych, które po niej nastąpią, będzie można przystąpić do obchodów kolejnej rocznicy. Tym razem 30. rocznicy stanu wojennego. Wszystko oczywiście w bogoojczyźnianym sosie i zgodnie z panującą ideologią. Jak mawiał jeden z wicepremierów w rządzie Hanny Suchockiej, obecnej ambasadorki RP przy Watykanie, „nieważne, czy Polska będzie biedna, czy bogata, ważne, żeby była katolicka”. Ten duch niestety wciąż trzyma się mocno w polskim życiu publicznym. Amen.

Wydanie: 29/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy