PiS kontra dziennikarze

PiS kontra dziennikarze

Dlaczego Kaczyńscy zaatakowali media?

To już jest wojna braci Kaczyńskich z mediami. Po lekarzach, po sędziach, po adwokatach przyszła kolej na następną wielką grupę zawodową. W tej wojnie PiS otworzyło kilka frontów – partia Kaczyńskich szykuje na media kolejne ustawy, a jej politycy w debatach publicznych coraz brutalniej atakują dziennikarzy. Media z kolei przypominają, jak pięć lat temu Lech Kaczyński, wówczas minister sprawiedliwości, polecił prokuraturze tropić dziennikarzy „Rzeczpospolitej”. Bo się bał, że mogą napisać o nim nieprzychylny artykuł. Szczegóły śledztwa, które przypomniał sympatyzujący dotychczas z pomysłami PiS tygodnik „Newsweek”, są dla Kaczyńskich i ich najbliższych współpracowników – Elżbiety Kruk, Zbigniewa Wassermanna i Zbigniewa Ziobry – kompromitujące.
Te wszystkie fronty wyglądają fatalnie, pokazują, jak bardzo Kaczyńscy są podejrzliwi i jak bardzo nie rozumieją natury mediów. W ogóle – jak brutalnie traktują i ludzi, i ośrodki, które nie są im podporządkowane.

Nie ma wolnych mediów

„W Polsce nie ma wolnych mediów”, mówił w ubiegłym tygodniu Jarosław Kaczyński. Parę godzin wcześniej wiceminister kultury, Jarosław Sellin, ten sam, który odpowiadał w PiS za przeforsowanie ustawy medialnej, opowiadał w Radiu Zet, czym zajmować się będzie Narodowy Ośrodek Monitorowania Mediów. Taki ośrodek zamierza powołać PiS i – jak można się domyślać – tenże Sellin będzie przepychał powołującą go ustawę przez parlament. Otóż, jego zdaniem, w ośrodku będą prowadzone „analizy rynku medialnego i treści medialnych”. Po to, żeby obywatele wiedzieli, z jakim medium i z jakim dziennikarzem mają do czynienia. „Polski obywatel ma wiedzieć, co sobą reprezentują media, nawet żeby wiedzieć, jakie jest ich zaplecze finansowe, jakie są powiązania, jakie były życiorysy dziennikarzy, skąd się wywodzą. To jest taka sama wiedza, jak wiedza o politykach”.
W tym samym czasie z szeregów PiS dochodziły sygnały o konieczności „demediatyzacji polityki” oraz o ustawie zaostrzającej odpowiedzialność wydawców i dziennikarzy.
A kropkę nad i postawił Jacek Kurski, poseł PiS, autor PiS-owskich kampanii wyborczych, który w programach telewizyjnych atakował dziennikarzy, zarzucając im, że są sitwą i piszą nierzetelnie. Kiedy – jego zdaniem – byliby rzetelni i prezentowali dziennikarskie cnoty? Pytany o to Kurski wił się jak piskorz, zresztą zupełnie niepotrzebnie, bo odpowiedź nasuwa się sama – kiedy chwaliliby PiS.

Media pod lupą

O tym, że Kaczyńscy są gotowi traktować dziennikarzy jak swoich politycznych przeciwników, świadczy materiał, który opublikował „Newsweek”, przypominający, jak pięć lat temu na polecenie ówczesnego ministra sprawiedliwości, Lecha Kaczyńskiego, specjalny zespół prokuratorów tropił dziennikarzy „Rzeczpospolitej”.
Dlaczego tropił? Otóż Jan Ołdakowski (wówczas dyrektor departamentu Ministerstwa Kultury, dziś poseł PiS) powiedział Elżbiecie Kruk (wówczas szefowej gabinetu politycznego ministra Kaczyńskiego, dziś szefowej KRRiT), że w Sejmie usłyszał plotki o tym, że dwójka dziennikarzy „Rzeczpospolitej” „otrzymała zlecenie” na napisanie artykułów kompromitujących trzech polityków – Marka Kempskiego, Jerzego Widzyka i Lecha Kaczyńskiego. Zlecenie od służb specjalnych.
Na postawie takiej informacji ówczesny p.o. prokurator krajowy, Zbigniew Wassermann, bez zwłoki polecił wszcząć śledztwo. A minister Kaczyński powołał do jego realizacji specjalny trzyosobowy zespół prokuratorów, rzecz bez precedensu, bo takie zespoły powołuje się jedynie do rozwikłania najniebezpieczniejszych przestępstw.
Zespół pracował osiem miesięcy, przesłuchał kilkudziesięciu świadków, zgromadził 2 tys. stron akt – 23 tomy. Sprawdzano billingi dziennikarzy, sprawdzano, z kim się kontaktowali. Po ośmiu miesiącach prokuratura do niczego nie doszła, w sprawie nie objawił się ani jeden pracownik UOP czy WSI.
Okazało się więc, że na podstawie zwykłej plotki na wiele miesięcy puszczono w ruch sporych rozmiarów machinę śledczą, która de facto profilaktycznie inwigilowała dziennikarzy. Ze strachu, że mogą zaatakować jakimś artykułem Lecha Kaczyńskiego.
Mamy więc ewidentne nadużycie władzy, inwigilowanie mediów, zastraszanie dziennikarzy (Lech Kaczyński rozmawiał z szefami „Rzeczpospolitej”). Sprawa jest tak bulwersująca, że opozycja już dziś żąda powołania komisji śledczej, która wyjaśniłaby jej kulisy oraz udział w niej polityków PiS. Czy taka komisja powstanie? Na razie PiS, które instytucję sejmowych komisji śledczych podniosło do rangi największych zdobyczy demokracji, jest jej przeciwne.

Po co ta wojna?

Tak więc lada moment front Kaczyńscy kontra „Rzeczpospolita” może rozwinąć się w wielką batalię. A wśród przesłuchiwanych w Sejmie znaleźć się mogą Lech Kaczyński, Zbigniew Wassermann, Zbigniew Ziobro… Czy tak się stanie? Paradoksalnie wszystko zależy od Andrzeja Leppera…
Ale od losów ewentualnej komisji ważniejsza chyba jest odpowiedź na pytanie, po co ta wojna. Dlaczego Kaczyńscy zaatakowali media?
Odpowiedzi padają różne, ale jedno je łączy – nie jest to atak przypadkowy.
Pierwsza ustawa, którą PiS przeprowadziło przez parlament, dotyczyła zmian w KRRiTV. W ten sposób szefową rady została niedawna posłanka PiS, wcześniej szefowa gabinetu politycznego Lecha Kaczyńskiego (gdy był ministrem sprawiedliwości), Elżbieta Kruk. Nowa rada będzie wybierać rady nadzorcze mediów publicznych, a one wybiorą zarządy. I media publiczne za parę miesięcy zostaną uzależnione od PiS.
Batem na media prywatne ma być Narodowy Ośrodek Monitorowania Mediów. Patrząc zaś na wydarzenia z niedawnej przeszłości, można się obawiać, że nowa władza nie zawaha się wysłać przeciwko podejrzewanym o „złe teksty” dziennikarzom prokuratorów i tajne służby.
Te wszystkie działania liderzy PiS nazywają „walką o wolność mediów”, bo ich zdaniem, wolnych mediów w Polsce nie ma.
Oczywiście, nie mają racji. To prawda, że dziennikarze mają swoje sympatie, że podlegają różnym wpływom, czasami czarnemu PR, czasami zaprzyjaźnionemu politykowi lub biznesmenowi. Ale ponieważ na rynku mamy wielość konkurujących tytułów i wolność wyboru, mamy gwarancję, że żadne kantowanie czytelnika czy widza nie ma szans. Jest co najwyżej grą na krótką metę. Wielość tytułów gwarantuje, że każde wydarzenie zostanie naświetlone z różnych stron, co jest nieodzownym warunkiem jakiejkolwiek demokratycznej debaty. Do tego potrzebne jest jeszcze jedno – dziennikarze prowadzący debatę muszą się cieszyć autorytetem.
To wszystko liderom PiS przeszkadza. Dziennikarze mogą napisać o nich nieprzychylny tekst lub zadać niewygodne pytanie. W tej optyce warto więc ich zneutralizować, zastraszyć, podkopać zaufanie opinii publicznej. Zredukować publiczną debatę do rozmowy Wildsteina z Pospieszalskim.
Tak oto do kolejnej sfery życia publicznego wkroczyła logika wojny.

 

Wydanie: 10/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy