PiS kontra PiS, czyli walki pod dywanem

PiS kontra PiS, czyli walki pod dywanem

Za Prawa i Sprawiedliwości narodził się nam nowy świecki zwyczaj odstrzeliwania kandydatów na ambasadorów na oczach publiczności.

Do tej pory w III RP te sprawy – na pewno skomplikowane, bo wymagające porozumienia prezydenta, premiera i szefa MSZ – załatwiano w zaciszach gabinetów. Przesłuchanie przed sejmową Komisją Spraw Zagranicznych było już w zasadzie formalnością. Przed komisją stawał kandydat, który był uzgodniony w ramach trójkąta Mały Pałac-Duży Pałac-aleja Szucha oraz miał zgodę państwa przyjmującego.

I oto PiS, chociaż ma wszystkie ośrodki decyzyjne w swoich rękach, ten system rozwaliło. Ostatnią ofiarą tego bałaganu okazał się Tomasz Szatkowski, wiceminister obrony, który był kandydatem na szefa polskiego przedstawicielstwa przy NATO, w Brukseli. Nie spadł z nieba – o tym, że jest murowanym kandydatem, prawicowe media informowały już jesienią.

Ostatecznie Szatkowski stanął przed komisją w lutym i… poległ wynikiem 6:7. Większość posłów była przeciwko niemu. mimo że PiS ma w komisji większość. Ale posłowie partii rządzącej z komisji wyszli, podobno – jak zapewniała posłanka Małgorzata Gosiewska – przypadkowo.

Trudno w takie przypadki uwierzyć. Zwłaszcza że utarł się zwyczaj, że szef MSZ nie wysyła na placówkę kandydata, który został odrzucony przez posłów.

Powód jest prosty – negatywna opinia jest uważana za skandal, za sygnał, że kandydat nie ma mandatu do reprezentowania Polski, i za nieprzyjazny gest wobec państwa przyjmującego (które wcześniej, kanałami dyplomatycznymi, na tę osobę już się zgodziło). Poza tym źle świadczy o Polsce, że rządzący nie potrafią ustalić prostych rzeczy.

I już nie wnikajmy, dlaczego kandydaturę Szatkowskiego posłowie PiS odrzucili. Czy dlatego, że to człowiek Macierewicza, ostatni z jego wiceministrów, który ostał się w MON? A może dlatego, że nie chciał go prezydent? Nie wiemy i nie jest to zresztą ważne. A to dlatego, że w tej kadencji podobne przypadki zdarzały się już kilkakrotnie.

Najgłośniejsze było odrzucenie kandydatury Barbary Stanisławczyk-Żyły, byłej prezes Polskiego Radia (z nadania PiS). Wysuwana była na stanowisko ambasadora w Izraelu. I nie wiadomo, czy to z powodu wyjątkowo marnego wystąpienia przed posłami, czy też z jakichś innych względów, związanych z wewnątrzpisowską bijatyką, przegrała głosowanie – posłowie PiS nie oddali na nią głosu. To było 13 grudnia 2017 r.

Ciekawa też była historia związana z kandydaturą Karoliny Ostrzyniewskiej, którą minister Czaputowicz chciał wysłać na ambasadora do Szwecji. Tego, że zrobi się wokół Ostrzyniewskiej gorąco, można było się domyślić, czytając prawicowe media. Zarzucano jej tam, że jako szefowa departamentu Unii Europejskiej była zbyt zblatowana z PO. Hejt szedł na całego, że to zdrada itd.

Było więc tak, że najpierw Ostrzyniewska musiała przyjść na komisję 2 października 2018 r. Ale jej prezentację przełożono. Dwa tygodnie później już wystąpiła. Ale wówczas Małgorzata Gosiewska zaproponowała, żeby głosowanie nad kandydaturami ambasadorów (przesłuchiwano trójkę kandydatów) przełożyć. W końcu w styczniu 2019 r. minister Czaputowicz jej kandydaturę wycofał. Nie trzeba było więc nad nią głosować, wystarczyła groźba sejmowego weta.

Podobnych sytuacji, nagłych zwrotów było więcej. Ale o tym przy innej okazji.

Wydanie: 10/2019

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy