PiS prezydentowi

PiS prezydentowi

Kaczyński grozi Kwaśniewskiemu Trybunałem Stanu i impeachmentem. Ile w tym powagi, a ile blagi?

Jarosław Kaczyński chce postawić Aleksandra Kwaśniewskiego przed Trybunałem Stanu. I pozbawić go przed upływem kadencji stanowiska prezydenta. Chce go osądzić, upokorzyć i wyrzucić z pałacu. Lider PiS powołuje się na raport Zbigniewa Ziobry z Komisji Śledczej badającej aferę Rywina, w którym jest m.in. postulat, by postawić prezydenta przed Trybunałem Stanu.
Kaczyński wie, że w tym parlamencie nie ma szans, by taki wniosek poddany był pod głosowanie. Dlatego też zapowiada, że złoży go w przyszłym parlamencie i – jeśli wybory odbędą się 19 czerwca – zdąży wyrzucić Kwaśniewskiego przed końcem jego kadencji. Czy jest to rozumowanie oparte na logicznych przesłankach? Czy taki wariant jest możliwy? Czy też Kaczyński, walcząc o rząd dusz na prawicy, chce hasłem rozprawy z Kwaśniewskim przebić LPR? Czy po prostu to kwestia jego charakteru, bo trudno zliczyć osoby, którym groził sądem…
Zacznijmy od początku. Wyobraźmy sobie, że wybory rzeczywiście odbędą się 19 czerwca. Wtedy to, zgodnie z konstytucją, nowy parlament musi zebrać się po raz pierwszy w terminie nie dłuższym niż 15 dni od dnia wyborów. Czyli albo 1 lipca, w piątek, albo 4 lipca, w poniedziałek. Na pierwszym posiedzeniu Sejmu i Senatu wybierany jest marszałek, prezydium. Na kolejnych – komisje sejmowe.
Kaczyńscy zakładają, że to ich kandydat zostanie marszałkiem Sejmu, np. Jarosław Kaczyński. A potem, że Zgromadzenie Narodowe (czyli Sejm i Senat na wspólnym posiedzeniu) przegłosuje postawienie Kwaśniewskiego przed Trybunałem Stanu. Wówczas, zgodnie z art. 131 ust. 5 konstytucji, jego obowiązki przejmuje marszałek Sejmu. Konstytucja przewiduje bowiem, w art. 145 ust. 3, że „z dniem podjęcia uchwały o postawieniu Prezydenta Rzeczpospolitej w stan oskarżenia przed Trybunałem Stanu sprawowanie urzędu przez Prezydenta Rzeczpospolitej ulega zawieszeniu”.
Mielibyśmy wówczas taką sytuację, że Kwaśniewski byłby prezydentem zawieszonym, sądzonym przed Trybunałem Stanu, a jego obowiązki wypełniałby Marszałek Sejmu, czyli w tym przypadku Kaczyński.
Jak długo? Aż do czasu wydania przez Trybunał Stanu wyroku. Jakby nie patrzeć – szybko by to nie poszło, więc stan zawieszenia i permanentnych rozpraw Kwaśniewskiego przed Trybunałem trwałby do końca kadencji (ona upływa 22 grudnia 2005 r., wybory muszą się odbyć 75-100 dni wcześniej). Warto przy okazji dodać, że w Polsce Trybunał Stanu jest wybierany przez polityków. Jego przewodniczącym jest co prawda I prezes Sądu Najwyższego, ale wiceprzewodniczących i 16 członków wybiera Sejm. W tym gronie obaj wiceprzewodniczący i przynajmniej połowa członków muszą mieć uprawnienia sędziowskie. Reszta nie. Łatwo więc sobie wyobrazić, że sejmowa większość wybierze Trybunał na swoje podobieństwo. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ale też trudno sobie wyobrazić, by Trybunał, nawet pracując najszybciej, zdążył wydać wyrok przed 22 grudnia 2005 r. (konstytucja mówi, że wraz z orzeczeniem TS mandat prezydenta wygasa automatycznie. Wówczas Marszałek Sejmu musi ogłosić nowe wybory prezydenckie w terminie nie dłuższym niż 60 dni). Politycy prawicy liczą więc raczej na upokarzające przesłuchania prezydenta. A co do wyroku – nie ma od niego żadnej ścieżki odwołania, jest ostateczny.
Tak wygląda scenariusz Kaczyńskiego, tylko że niełatwo go będzie zrealizować. Po pierwsze, przeszkodzić mu może czas. Otóż Zgromadzenie Narodowe może postawić prezydenta przed trybunałem w stan oskarżenia, dopiero gdy otrzyma wniosek Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. To ona będzie musiała wpierw rozpatrzyć raport posła Ziobry i zbadać, na ile jego zarzuty są poważne. A to, zakładając nawet, że komisję zdominują posłowie PiS, Samoobrony i LPR, musi potrwać kilka miesięcy. Ale załóżmy, że PiS-owcy narzucą komisji reżim i przeforsują raport Ziobry jako obowiązujące prawo – wówczas żeby postawić prezydenta przed trybunałem, trzeba zdobyć dwie trzecie głosów w Zgromadzeniu Narodowym. Czyli 374 głosy. Czy tyle uda się zebrać? PiS, Samoobrona, LPR, może PSL, może część Platformy – czy w przyszłym Sejmie te grupy zbiorą dwie trzecie głosów?
Zapowiedzi Kaczyńskiego wyglądają więc raczej na strzały na wiwat niż realną groźbę. Raport Ziobry jest słabym materiałem, a i procedury konstytucyjne, no i zdrowy rozsądek, podpowiadają, by sobie z takim teatrem dać spokój. Nawet PO, która znów ostatnio się radykalizuje, odcięła się od PiS-owskiego pomysłu.
Jeżeli Kaczyńskiemu tak zależy na skróceniu kadencji prezydenta, ma też na to inny sposób. Otóż art. 131 ust. 4 konstytucji głosi, że Zgromadzenie Narodowe może pozbawić urzędu prezydenta ze względu na jego stan zdrowia. Wystarczy więc, że PiS, Samoobrona, LPR i sojusznicy zdobędą 374 mandaty posłów i senatorów i to przegłosują. Znając ich stosunek do prawa i polityki, to także będzie wariant, który będą rozpatrywać.

 

Wydanie: 10/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy