Płoną śmieci, giną puszcze, toną gniazda, śmierdzą protesty

Płoną śmieci, giną puszcze, toną gniazda, śmierdzą protesty

Czy kiedy spojrzymy z dystansu na to, co się dzieje w Polsce w ostatnich tygodniach, powinniśmy odczuwać niepokój? Czy oglądamy zwykłe borykanie się państwa z problemami naturalnie pojawiającymi się w każdej społeczności? A może jednak widzimy tu pewną nową jakość – lepiej powiedzieć bylejakość lub brak jakości? Czy uzasadnione jest łączenie tak różnych spraw jak płonące masowo dzikie, nielegalne wysypiska importowanych śmieci (kiedy piszę te słowa, rząd wprowadził ten problem do programu swoich obrad), zniszczenie przez wycinkę Puszczy Białowieskiej, a teraz planowe, przemysłowe w niej nasadzenia, wycinki w projektowanym Turnickim Parku Narodowym, spuszczenie wody z zapory we Włocławku, żeby barce umożliwić spływ ze stoczni, a jednocześnie zniszczyć przeszło 130 gniazd chronionych ptaków? Czy arogancja wobec protestujących w Sejmie opiekunek i opiekuna osób z niepełnosprawnościami to wypadek przy pracy obecnej „prospołecznej władzy”, czy może pokazanie algorytmu podejmowania decyzji politycznych wbrew wcześniejszym deklaracjom, za to z wyrachowaniem, bo ta grupa protestujących i ich postulaty mają zbyt małe zaplecze i poparcie wśród polskiego zobojętniałego społeczeństwa, więc lepiej pokazać twarz nieugiętego szeryfa niż empatycznego decydenta?

A może należałoby raczej zapytać, dlaczego nie oglądamy twarzy i działań nieugiętego szeryfa, kiedy w ciągu kilku miesięcy płoną kolejne gigantyczne wysypiska sprowadzonych do Polski śmieci (pozornie skuteczna metoda utylizacji odpadów trudnych do zlikwidowania), kiedy mimo wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE uznających wycinkę Puszczy Białowieskiej za nielegalną przed sądem z powództwa instytucji państwowych (Lasów Państwowych i policji) setkami stają obrońcy puszczy za bezprzemocowe (i uznane za słuszne decyzjami Unii, zaakceptowanymi potem przez rząd PiS) protesty? Dlaczego produkcja i transport rzeczny jakiegoś stateczka ma uzasadniać łamanie obowiązującego prawa przez instytucje, które mają za zadanie jego strzeżenie?

Powiedzieć, że to po prostu konsekwentne stosowanie politycznej zasady „nigdy ani kroku do tyłu”, niezależnie od tego, co by się działo i jakie błędy by się popełniało, to nie powiedzieć nic. Każda władza popełnia błędy, jest to wpisane w jej skalę działania. Problem powstaje, kiedy łamanie ustalonych zasad okazuje się regułą, akceptowaną techniką, bezkarną aktywnością. A tak się teraz dzieje. Bolesne jest to, że takie działanie dotyka sfer i przestrzeni (przyrody), które w samej swej zjawiskowości i wyjątkowości stanowią bogactwo Polski. Są skarbem, o który należy dbać. W wymiarze konkretnych decyzji oraz w budowaniu opowieści o specyfice i różnorodności przyrodniczej często niespotykanej w innych częściach naszego kontynentu. Tradycyjnie zwycięża jednak chwilowość, krótkowzroczność i lekceważenie głosu społecznego. Obserwujemy te zachowania i w najwyższych gremiach władzy (prezydent, Sejm, Senat, ministrowie, wojewodowie), i w stojących niżej w hierarchii ośrodkach decyzyjnych. Oglądamy zatem spektakl przyzwolenia na dziesiątki decyzji sprzecznych z prawem, łamiących prawo, naruszających dobry obyczaj. Jesteśmy w środku teatru lekceważenia i poczucia bezkarności. Jeśli w demokracji dopracowaliśmy się mechanizmów dobrego rządzenia olbrzymimi społecznościami, to udało się to osiągnąć dzięki mechanizmom ograniczania woli (nawet najlepszej) władzy, unikania podejmowania złych, wadliwych, nieprzemyślanych i w konsekwencji szkodliwych decyzji poprzez wysłuchanie oponentów, ekspertów niezależnych od władzy i jej interesów, aktywistów.

W najogólniejszej formie cała ta filozofia zawarta jest w monteskiuszowskim projekcie trójpodziału władzy, czyli zasady, że władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza są od siebie niezależne i mają wobec siebie uprawnienia kontrolne i ograniczające. W Polsce obecna prezes Trybunału Konstytucyjnego z nieujmującą szczerością wyznała w wywiadzie, że nie rozumie tego „całego trójpodziału władz”. Co więcej – rozumie, a raczej w jego miejsce wprowadza jakiś pomysł władzy absolutnej, nieznanej polskiej konstytucji. Ta ignorancja powinna sprawić, że Julia Przyłębska nie powinna była ukończyć pierwszego roku prawa. Jest inaczej. I to z powodu zarówno zalegitymizowania takich niekompetentnych do bólu osób na najwyższych szczeblach władzy w Polsce, jak i faktycznego rozmontowania zasad i reguł rządzenia możliwe są potem wszystkie inne wydarzenia: śmierć chronionej puszczy, śmierć chronionych piskląt, pożary wysypisk, prześladowania i również fizyczne naciski oraz interwencje wobec protestujących w Sejmie osób z niepełnosprawnościami. Na szczęście zamiast skutecznie, pracowicie i kompetentnie rządzić, nawet popełniając błędy, ale ucząc się na nich, można zawsze rzucić, że to wszystko jest nieważne i niech przyjadą tu na stałe Amerykanie ze swoją dywizją pancerną. Za co Polska (nie moja) chętnie zapłaci miliardy. Ten sposób rządzenia jest nie tylko dowodem arogancji, lekceważeniem i nadużyciem mandatu do sprawowania władzy. Zaczyna być dla nas wszystkich groźny. Już jest śmiertelnie groźny. Nie kupujmy sobie dywizji pancernej z USA. Zajmijmy się Polską, która jest realnie.

Wydanie: 23/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz
Tagi: PiS, Polska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy