Nie widzicie, że tu się dyskretnie proponuje robotnikom, by własnoręcznie kręcili bat na robotniczą dupę? Trwała jedna z przedłużających się przerw w obradach I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność. W małej grupce delegatów i dziennikarzy staliśmy sobie przed goszczącą zjazd widowiskowo-sportową halą Oliwia i kurząc papierosy, rozmawialiśmy o wszystkim. Rej wodził jakiś długowłosy Tadek z warszawskiej prasy solidarnościowej; bez plakietki z nazwiskiem, za to z informacją, że osobiście zna Zbyszka Bujaka, szefa Regionu Mazowsze, więc jakby co, to może któremuś z nas załatwić wywiad. Także o papierosy było wtedy trudno. Palił ów Tadek, dzięki nam, już drugiego „cudzesa”, ale chyba nie z wdzięczności zaczął nas pocieszać, zerkając nam w zjazdowe identyfikatory: – Ty z Opola, ty też z Opola, ty z jakiejś tam innej Zielonej Góry. W stolicy o tym od dawna wiadomo. Koledzy, jako terenowi dopiero tu możecie wyłapać zjawisko. Że już bez białych rękawiczek, za to nadal, nie szczędząc narkozy z wielkich słów, robi się trepanację głowie Solidarności. Żeby wyciąć jej te szare komórki, co u zdrowego produkują instynkt samozachowawczy. – Wałęsa, od czasów stoczni, nie idzie już na zwarcie – włączył się Romek Kirstein, delegat z Opola. – A gra tu teraz Lechu chojraka nie z czyjejś podpuchy, tylko sam z siebie. Lechu ma nosa, czuje salę i wie, czym wygrać wybory na przewodniczącego. No to nasz intelektualny oświetleniowiec ze stolicy rozjaśnia prowincjonalną ciemnotę i delikatnie nas zawstydza: – Ludzie! Nie o Wałęsę chodzi! O cały związek! Od morza do Tatr. Panowie, nie widzicie, że tu się dyskretnie proponuje robotnikom, by własnoręcznie kręcili bat na robotniczą dupę? I oni ten drut kolczasty łykają i jeszcze biją brawo! Co to za jakaś „społeczna własność środków produkcji”, wychwalana tu na zjeździe? Albo państwowe, albo prywatne. Wszystko, co państwowe, jest podobno be, a prywatne – wszyściuśko cacy. No to się Polskę sprywatyzuje. Nie tylko jakiś sklepik z guzikami. Rekwiem dla sprawiedliwości dawno gotowe, partyturę dyrygenty na razie trzymają za pazuchą inteligenckiego fraka. Zaczną rozpierdol od Pałacu Kultury. Pod młotek pójdzie wszystko. Huty. Kopalnie. Szpitale… Wszystko. Tylko klasztor na Jasnej Górze pozostanie państwowy. No co się tak dziwicie? Przecież klasztor to własność państwa Watykan. Opowiadał jeszcze, długo i barwnie, o różnych postaciach z warszawskiej opozycji, kto z kim i przeciw komu, o Michniku, który, jako z własnej woli całymi latami formalnie bezrobotny, nie mógł należeć do związku zawodowego (a bardzo chciał), i dopiero Bujak, za czasów MKZ, zrobił go u siebie jakimś takim pracownikiem od doradzania. Sypane z rękawa Tadkowe syntezy, hipotezy i analizy nie zawsze trzymały się kupy, ale słuchaliśmy z zainteresowaniem. Szukałem potem tego długowłosego Tadka, nie tylko licząc na rekomendację u Bujaka i wywiad z tym młodym (miał wtedy 26 lat), bardzo inteligentnym robotnikiem z Ursusa; błyskotliwego wystąpienia Bujaka (a był zaproszonym gościem) słuchałem na zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich pod koniec października 1980 r. Tadek z Oliwii też był bystry, budził wprawdzie irytację besserwisserstwem i protekcjonalnością, ale chciałem się umówić na dłuższą pogawędkę, bo jego patrzenie na ówczesną rzeczywistość było ciekawe, a niektóre poglądy wydawały mi się w jakiejś mierze bliskie. Mimo charakterystycznej sylwetki nie udało się go potem wypatrzyć, a rozpytywanym delegatom z Regionu Mazowsze opis i imię nic nie dały. A może to był jakiś przebieraniec i agent wpływu? Jeśli tak, to utalentowany. Być może po latach, już raczej z przerzedzoną czupryną, poznany w Oliwii długowłosy Tadek odczuje gorzką satysfakcję z powodu trafności swoich przepowiedni, brzmiących tam dla nas trochę jak lewackie warczenie. Tylko że, skubaniec, czuł dobrze. Kto najszybciej i najdrożej zapłacił za witany z takim entuzjazmem, pędzący z prędkością 100 km na godzinę pogrzeb PRL? Zapłaciły zlekceważone przez strategów transformacji ustrojowej setki tysięcy, a może nawet miliony robotników. Jakże musieli być zdziwieni, rozgoryczeni i wkurwieni, kiedy im za Sierpień ‘80 podziękowano masowym bezrobociem. A lecieli na bruk bez jakiegoś osłonowego spadochronu. Więc teraz, zamiast rozmowy z tamtym Tadkiem, czytam sobie wielce interesującą książkę młodego naukowca (rocznik 1989) Michała Siermińskiego „Pęknięta Solidarność. Inteligencja opozycyjna a robotnicy 1964-1981”. Na pewno przebierańcem był Barabuk. Tak z moim kolegą redakcyjnym Marianem Szczurkiem nazwaliśmy w Gdańsku Lucjana. „Lucek jestem”, obwieścił przy zapoznaniu i wymamrotał jakieś








