Podziękowanie dla kardiologów z Anina

Wyzdrowiałem, o czym donoszę z radością wszystkim niepokojącym się wiadomością, iż leżę w szpitalu. Operacja jak operacja. Rżną człowieka piłą na pół, potem wyciągają z nogi żyłę i robią z niej pomosty do serca, bo stare się zatkały na skutek lekkomyślnego sposobu odżywiania się. Jak na ilość przeżytych lat to i tak zagrożenie życia pojawiło się późno. Sam szpital cudowny. Instytut Kardiologii w Aninie, zbudowany kiedyś na klinikę rządową i za sprawą ówczesnego premiera Babiucha, oddany chorym na serce zwykłym ludziom jest znakomity, i jako lecznica, i jako pokazowe stosunki lekarzy i pielęgniarek do chorych. Mnie trafiła się Klinika Nadciśnienia Tętniczego, kierowana przez profesora Andrzeja Januszewicza będącego niezwykłym okazem życzliwości i szlachetnej uprzejmości wobec pacjentów i swoich pracowników. W wielu szpitalach panuje atmosfera nerwowej nieżyczliwości, zaś u profesora Januszewicza raj. On sam zawsze pogodnie uśmiechnięty i uprzejmy, w sposób już dzisiaj rzadko spotykany, stwarza pacjentom poczucie bezpieczeństwa. Duże operacje – a taką przeszedłem – wydają się zwyczajnymi, małymi zabiegami. Wielkie bóle, bo to potrafi boleć piekielnie, wydają się zjawiskiem koniecznym, ale chwilowym. Znawcy profesora twierdzą, że ta jego tak rzadko u innych spotykana elegancja w obejściu z pacjentami i stwarzanie wokół nich atmosfery życzliwości, co łagodzi dokuczliwość szpitalnych katuszy, jest konsekwencją uprawiania medycyny dziedzicznie. Już pradziad profesora był lekarzem, tak samo dziadek i ojciec, znany wielki lekarz warszawski.

Krótko mówiąc, mam szczęście. Uratowali mi w Aninie na jakiś czas życie i poznałem duże grono wspaniałych lekarzy, a niezwykłym umiejętnościom doktora Juraszyńskiego, mego operatora, zawdzięczam szybki powrót do zdrowia i tę nieustającą, opiekuńczą troskę o to, jak się czuję, jak się zachowuje ten przepiłowany mostek, jak goją się rany. Nie byłem odosobniony w moim poczuciu bezpieczeństwa, jakie cały personel szpitala stwarza w Aninie pacjentom. Wszyscy doznawaliśmy tej samej, łagodzącej cierpienia, życzliwej opiekuńczości, pomagającej znieść szpitalne lęki i zmartwienia, i wyjść do domu w dobrym nastroju na dokończenie rehabilitacji pooperacyjnej.
Tak wiele złych słów pada teraz w całym kraju pod adresem służby zdrowia z powodu stwarzającej spore kłopoty reformy – że warto odnotowywać i publicznie ogłaszać to wszystko, co nam ta służba sprawia dobrego, a przypadek Anina nie jest tak całkiem odosobniony. Dwa lata temu trafiłem z ulicy do szpitala w Kutnie, gdzie także przeszedłem bolesną operację i spore zagrożenie na skutek krwotoku. Byłem leczony i traktowany wspaniale.
Stanowczo za mało mówi się i pisze o tym wszystkim, co dobrego spotykamy na ścieżkach naszego życia. W naszej naturze leży chęć wyszukiwania wszystkiego, co nas spotyka złego ze strony innych ludzi. To nie jest zresztą jakaś wyjątkowa nowość. Z mojej dawnej praktyki dziennikarskiej pamiętam, że zawsze było mi łatwiej – jako kierownikowi redakcji – uzyskać od moich współpracowników reportaże o patologii społecznej, o wynaturzeniach niż audycje o dobrych ludziach. Dobro czynione innym ma tę ważną w naszym zawodzie wadę, że jest nudne. Bardzo trudno jest zbudować dramatyczny utwór wokół szlachetnych czynów i pięknych ludzi. Łatwo popaść w landrynkowatość opisu, w słodkość, w naiwność, by na koniec spotkać się z zarzutem, iż opiewane zalety naszego bohatera nie są niczym szczególnym, bo to przecie tylko wykonywanie podstawowych obowiązków. Nic nadzwyczajnego. Każdy ma robić to, co powinien, więc co tu chwalić.
Dopiero jakieś zło, jakaś podłość, jakaś krzywda układa się łatwo w dramatyczną, ciekawą fabułę. Jest co opowiadać i potępiać. Autor też czuje się wywyższony, demaskując zło. Opisywanie dziejącego się dobra zawsze naraża na zarzut, iż autor się komuś podlizuje. Wróćmy jednak do Anina.
Pragnę całemu Instytutowi Kardiologii na ręce profesora Sadowskiego, jego dyrektora, przekazać słowa gorących podziękowań za możność spędzenia tych kilku bardzo trudnych i bolesnych tygodni – nie bez lęku o koniec tej przygody – w atmosferze pogodnej życzliwości, z podziwem dla rzetelnie wykonywanej pracy. Dziękuję lekarzom za wybawienie mnie z choroby i za niezwykłą życzliwość, łagodzącą lęk, którego przed taką olbrzymią operacją miałem w sobie sporo, dziękuję zespołowi pielęgniarek, młodych, pięknych i bardzo sprawnych, oszczędzających pacjentom bólu, gdzie tylko było to możliwe. Dziękuję wreszcie profesorowi Śliwińskiemu i zespołowi kardiochirurgów, w których klinice spędziłem kilka bardzo zazwyczaj trudnych dni pooperacyjnych, co przeżyłem bez większych niepokojów.
Co za ulga nie pisać o polityce, lecz o mądrych i dobrych ludziach. Na zakończenie dotknę jednak tej sprawy choć po łebkach. Byłem wczoraj na wielkim przyjęciu w siedzibie PSL, wydanym z okazji Święta Ludowego. Podszedł do mnie pewien ambasador i pogratulował mi spełnienia się moich marzeń politycznych, mianowicie upadku koalicji. Oczywiście, samo utworzenie rządu mniejszościowego nie zadowala moich oczekiwań. Moje polityczne oczekiwania zostaną zaspokojone dopiero wówczas, gdy ogłoszone zostaną nowe wybory parlamentarne, gdyż tylko one pozwolą na lepsze niż obecne rozdanie kart na scenie politycznej. Nie cieszy mnie samo odejście Unii Wolności z rządu, bo traci on kilku wykwalifikowanych ministrów, a brak ludzi z kwalifikacjami jest piętą achillesową AWS. Szczególnie wyjście profesora Geremka z gry o wejście do Unii może być groźne. Jednakże kiedyś musiał się zacząć proces odchodzenia od władzy ludzi AWS, gdyż sprawują ją bardzo nieudolnie.
Idzie mi także o coś więcej niż o samą nieudolność. Marian Krzaklewski i jego kompania skompromitowali się swoją pazernością, zamienili na korzyści, jakie daje władza, wszelkie szlachetne wspomnienia o “Solidarności”, które mogły przetrwać w społeczeństwie, gdyby nie te nieszczęsne wybory, jakie wygrali ze szkodą dla Polski. W pamięci ludzi, szczególnie tych z samego dołu drabiny społecznej, słowo “Solidarność” jest źle zapisane. O to mam żal. Pogrzebane zostały nadzieje sporej części narodu. Tego się łatwo nie da wybaczyć. 8 czerwca 2000 r.

Wydanie: 24/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy