Pojednanie i odpowiedzialność

Pojednanie i odpowiedzialność

Nigdy Polacy nie będą zgodni w ocenie decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego. Przede wszystkim dlatego, że taka jest nieubłagana logika wydarzeń historycznych, które kumulują największe z możliwych emocje.
Bezwzględna gra interesów na wielkiej światowej szachownicy z nami w roli jednego z pionków nie dawała nam wówczas najmniejszych szans na w pełni samodzielną politykę. W 1943 roku w Jałcie zostaliśmy przez trzy mocarstwa zapisani do drużyny, która z powodów ekonomicznych i ideologicznych była skazana na porażkę. Nie pytano nas o zdanie. Większości Polaków nie podobała się ta decyzja. Ale życia państw i narodów nie da się zawiesić na kołku. Nie da się przeczekać, aż nadejdą lepsze czasy.
W grudniu 1981 roku egzamin z kwalifikacji politycznych i realnego patriotyzmu zdawali ci, którzy byli głównymi aktorami na polskiej scenie: władze PZPR, Kościół i „Solidarność”. Żadna z tych grup nie była przy tym monolitem. Wszyscy mieli swoich pragmatyków i swoich jastrzębi. Mówienie więc dziś o ówczesnej sytuacji w kategoriach czarno-białych jest li tylko historyczną fałszywką. Bardzo odległą od realiów i od prawdy.
Jakaż jest zresztą ta prawda? Szafujemy tym słowem, jak komu wygodnie. Na wystąpienie prezydenta Kwaśniewskiego w Instytucie Pamięci Narodowej większość ówczesnej opozycji zareagowała w tym samym stylu – ważne słowa, ale to tylko połowa drogi. Można więc dalej żyć w przekonaniu, że z jednej strony byli tylko zdrajcy i szubrawcy, a z drugiej sami mędrcy i patrioci. I można mieć tak dobre mniemanie o własnej formacji, że nie jest go w stanie zakłócić nawet to, że w ostatnich latach pod tym szyldem działają także ludzie, którzy grabili, co się dało, traktując Polskę jak łup należny im za przeszłość. Mieli przecież właściwe legitymacje.
Tylko profesor Karol Modzelewski, więziony działacz „Solidarności”, oceniając wydarzenia z 1981 roku, mówi o współodpowiedzialności władz PRL i „Solidarności” za stan wojenny i jego ofiary. Pojednanie, o które apeluje prezydent, jest Polsce bardzo potrzebne. Widać jednak, że najlepiej rozumieją to ci, którzy już wówczas bezskutecznie szukali porozumienia.

Wydanie: 51/2001

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy