Ekscelencja zapomniał o holokauście

Prawo i obyczaje

Ks. abp Józef Życiński nieraz zaskakiwał nas skrajnie negatywnymi ocenami czasów PRL-u. Gdy pisał o rzekomym usunięciu z bibliotek dzieł klasyków filozofii, można było przejść nad tą oczywistą nieprawdą do porządku. O tamtych czasach wypisuje się różne głupstwa, np. że w PRL-u wsadzano do więzienia ludzi, którzy nie chodzili na radzieckie filmy („Gazeta Wyborcza” z 3.01.1999 r.). Kiedy jednak wielebny felietonista uznał stan wojenny za największą zbrodnię w historii, zbyć milczeniem tej opinii wprost niepodobna.
Wypowiedź wysokiego hierarchy Kościoła katolickiego wyrażona została drukiem w kolejnym tendencyjnym felietonie politycznym Jego Ekscelencji w „Rzeczpospolitej”, dodatek „Plus-Minus” z 8-9.12.br. Autor znany z nienawiści do wszystkiego, co pachnie PRL-em (raczej „cuchnie”), podzielił pogląd grupy ludzi internowanych w Załężu, którzy podczas spotkania z nim 15.08.1982 r. mówili z goryczą, że „stan wojenny zamordował nadzieje narodu na sprawiedliwą, demokratyczną Polskę” i dlatego był „największym mordem w polskich dziejach”.
A więc nie holokaust ani bestialska eksterminacja polskich oficerów w Katyniu były największymi zbrodniami, jakie zdarzyły się w naszej historii, ale stan wojenny ogłoszony przed 20 laty, który spowodował śmierć kilkudziesięciu ludzi. Wynikałoby z tego, że generałowie z tzw. Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego byli większymi zbrodniarzami niż Hitler i Stalin!
Konkluzja osobliwa. Nie do przyjęcia dla każdego, kto pamięta koszmar okupacji. Pod względem liczby śmiertelnych ofiar stan wojenny nie może równać się z ludobójstwem, jakiego dokonali okupanci w czasie wojny. Ksiądz arcybiskup zdaje sobie oczywiście z tego sprawę, próbuje wiec uzasadnić swą tezę ogólnym frazesem, że mord polegał na unicestwieniu nadziei narodu. Szyderczo wyraża się o ludziach, którzy podjęli ciężką decyzję w przekonaniu (może niesłusznym?), że Polsce groziła katastrofa. Ironizuje: „Trzydziestu zamordowanych to dla dobrego komunisty liczba śmiesznie mała. Drobiazg. Epizod. Nie ma o czym mówić”. Czy godzi się oceniać w ten sposób ludzi dźwigających brzemię odpowiedzialności za kraj komuś, kto za losy narodu nigdy nie odpowiadał i żadnego ryzyka swej działalności nie ponosił?
Wprowadzenie stanu wojennego było zapewne dla gen. Jaruzelskiego dramatem osobistym, jednakże niewspółmiernym wobec cierpień narodu. Dla każdego męża stanu przeżyciem jest śmierć nawet nikłej liczby rodaków. Józef Piłsudski po przewrocie majowym, który spowodował nieporównanie więcej ofiar (ok. 400 zabitych i 1,5 tys. rannych), powiedział: „Niech Bóg nad grzechami litościwy nam odpuści i rękę karzącą odwróci”.
Stan wojenny był na pewno najcięższym w minionej historii zamachem na prawa i wolności obywatelskie. Tragedia ta miała wiele wymiarów, o których mówił trafnie prez. Kwaśniewski 13.12.br. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że nie było to zło „konieczne”. Jednakże czy ówczesna wojna z przodującymi siłami narodu był nieunikniona, może ocenić tylko wolna od uprzedzeń historia.
W 1982 r. Polacy wcale nie stracili nadziei na powstanie sprawiedliwej i demokratycznej Polski. Nadzieja ta ziściła się w 1989 r. Cóż to więc był za mord, skoro nie doszedł do skutku? A może nadzieja umarła, a później zmartwychwstała? I to miał być największy mord w dziejach Polski!
Długo już śledzę życie publiczne w kraju, który wprost tonie w demagogii. Bardzo to smutne, że wybitny kapłan zniża się do poziomu politykierów, którzy przeszłą historię Polski opisują stronniczo w samych ciemnych barwach. Felieton Jego Ekscelencji nie buduje porozumienia między Polakami. Przeciwnie, jątrzy i podburza przeciw tzw. postkomunistom, którzy z woli wyborców zasiadają dziś w parlamencie. Intelektualiści, a kaznodzieje głoszący słowo Boże szczególnie, powinni szerzyć tolerancję, a nie podsycać waśnie narodowe. Niestety, znaczny odłam katolickiego kleru uwikłany jest ciągle w politykę. Zdarza się, że na odprawianych mszach księża krytykują dziś lewicowe rządy, podobnie jak w niedalekiej przeszłości wychwalali rząd prawicowy. Zapominają, że królestwo Chrystusowe nie jest z tego świata.
W żadnym kraju przeszłość nie ciąży tak bardzo na teraźniejszości jak w Polsce. Z tym spostrzeżeniem Normana Daviesa trzeba się zgodzić. Autor „Bożego igrzyska” stwierdził obiektywnie, że nasze skomplikowane dzieje dostarczyły wielu powodów do tak długiej pamięci historycznej (w: „Smok wawelski nad Tamizą”, Kraków 2001, s. 45). Ale czy nie nastał już czas, abyśmy wyleczyli się z tej narodowej choroby i aby prawica przestała wreszcie mówić o polskiej teraźniejszości w kategoriach minionej przeszłości?
Pamięć jest oczywiście bardzo ważnym składnikiem narodowej świadomości, ale „umarli nie mogą rządzić żywymi”. Historia nie jest niezawodną nauczycielką życia (magistra vitae), bo czasy się zmieniają, a my wraz z nimi (tempora mutantur et nos mutamur in illis).
Z dawnych zdarzeń nie należy wyprowadzać pochopnych uogólnień na użytek teraźniejszości. Przykładem opisywania współczesności za pomocą dowolnych uogólnień historycznych jest wspomniany felieton abp. Życińskiego. Powołując się na cyniczne zachowania kilku zajadłych zwolenników stanu wojennego z tamtych czasów (m.in. J. Przymanowskiego), autor wysunął tezę, że stan wojenny stworzył realne podstawy dla „dyktatury cyników”, która nadal trwa. „Łudzilibyśmy się niepoprawnie – pisze J. Życiński – sądząc, że patologie sprzed półwiecza odeszły już definitywnie do lamusa”. Świadczyć o tym ma ukazanie się książki Ludwika Stommy o Leszku Millerze. Czy ta książka jest dowodem, że „cynicy” wprowadzili w III Rzeczypospolitej jakąś „dyktaturę”? Spiritus flat ubi vult! Od felietonisty tego formatu należałoby oczekiwać bardziej ścisłego wyrażania myśli nawet w gniewie.
Na zakończenie jeszcze jedna refleksja. Są w dzisiejszej Polsce szlachetni mężowie mówiący bez przerwy o tolerancji, ekumenizmie, potępiający antysemityzm i nienawiść we wszelkich postaciach. Jednak w sytuacjach konkretnych zapominają o swych szczytnych hasłach i pokazują prawdziwe oblicza. Jeśli piewcy tolerancji, m.in. rasowej, zapominają o hekatombie Żydów i mówią wyłącznie o Polakach poległych w czasie stanu wojennego, uznając to nieszczęście za największy mord w historii Polski, to kim oni właściwie są? Chyba zakapturzonymi nacjonalistami, dla których eksterminacja ludności żydowskiej nie była naszą, polską historią. W oczach takich „prawdziwych” chrześcijan masowa zagłada Żydów była pewnie dlatego nieporównywalna ze stanem wojennym, ponieważ nie była wymierzona przeciw ludności rdzennie polskiej katolickiego wyznania.

 

Wydanie: 1/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy