Politycy, nie grajcie armią!

Politycy, nie grajcie armią!

Zarówno prezydent Kaczyński, jak i min. Klich beztrosko wykorzystują swoje wpływy w wojsku do bezpardonowej walki politycznej

Obserwując z niesmakiem usiłowania koalicji rządzącej odebrania byłym członkom WRON emerytur zwanych pokrętnie przez polityków „przywilejami”, trudno było nie zauważyć wystąpienia min. Bogdana Klicha na ten temat w dniu 25 września. I słów, jakimi potraktował gen. Wojciecha Jaruzelskiego i jego ówczesnych współpracowników – bo nazwał ich „juntą wojskową”.
Z jednej strony, nie dziwią mnie słowa min. Klicha, jego sformułowania, bo wiedząc, jaką opcję i partię polityczną minister reprezentuje, niczego innego nie można było się spodziewać. Należy mieć nadzieję, że właściwym forum do oceny meritum tego skandalicznego pomysłu będzie Sejm RP, Trybunał Konstytucyjny, a w końcu Trybunał Europejski. Bardzo natomiast niepokoi forma i sceneria, w jakiej minister był uprzejmy upowszechnić swoje poglądy polityczne. Wykorzystanie do tego celu pobytu na poligonie w Wicku Morskim na ćwiczeniach Anakonda 2008 i jako tła grona najwyższych rangą i stanowiskiem generałów Wojska Polskiego z szefem Sztabu Generalnego WP na czele należy uznać za rzecz nie do przyjęcia. Wszystko wskazuje na to, że tym samym minister obrony narodowej naruszył

zasadę apolityczności wojska.

Do takiego stwierdzenia skłaniają uregulowania prawne obowiązujące w Polsce. Znana ministrowi niewątpliwie ustawa zasadnicza w art. 26 wyraźnie i jednoznacznie stwierdza, że Siły Zbrojne zachowują neutralność w sprawach politycznych, a zapewne jeszcze lepiej znana ustawa o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych w art. 106 stanowi, że żołnierzom nie wolno brać udziału w zgromadzeniach o charakterze politycznym.
Wystąpienie na temat odebrania emerytur, jak to pan Klich określił, „juncie wojskowej” było niczym innym jak elementem zgromadzenia politycznego, w czasie którego Bogdan Klich wygłosił poglądy Platformy Obywatelskiej i swoje własne.
Podobna próba wmanewrowania oficerów w rozgrywki polityczne miała miejsce we wrześniu 1994 r., kiedy ówczesny prezydent RP Lech Wałęsa odwiedził ćwiczące wojska na poligonie drawskim. Wizytę wieńczył słynny „obiad drawski”. Próba ta zakończyła się wielkim skandalem i dochodzeniem prowadzonym przez Sejm, który zarzucił wtedy politykom naruszenie zasady apolityczności wojska. Afera ta wyrządziła wielkie szkody w wizerunku Sił Zbrojnych.
Innymi jaskrawymi przykładami wykorzystywania instytucji wojska do celów walki politycznej jest sprawa wyróżnienia przez Ministra Obrony Narodowej pilota siedzącego za sterami samolotu lecącego w sierpniu z prezydentem RP do Azerbejdżanu oraz sprawa niezaproszenia prezydenta na ćwiczenia Anakonda 2008.
Abstrahując od tego, kto tu ma rację, postronny obserwator, niebędący fanem ani obozu prezydenckiego, ani rządowego powinien oceniać zaistniałe fakty w kontekście ich fatalnego wpływu

na oblicze Sił Zbrojnych.

W pierwszym przypadku, jak oficjalnie podano, oficera odznaczono za „właściwe wykonanie obowiązków służbowych”. Za to oficer co miesiąc otrzymuje niemałe uposażenie. Gdy nie spełnia wymagań, powinien być przywołany do porządku lub odwołany ze stanowiska. Medal zaś powinien otrzymywać za wybitne, ponadprzeciętne dokonania. Uzasadnienie tego wyróżnienia jest zatem co najmniej śmieszne i pamiętając okoliczności tego lotu, nietrudno się domyślić, że chodzi tu raczej o kolejny prztyczek dla Kancelarii Prezydenta, nie bacząc na to, że ośmieszono oficera i postawiono go w bardzo niezręcznej sytuacji.
Podobnie wygląda sprawa zaproszenia na ćwiczenie. Tutaj w dwuznacznym świetle stanął ich organizator – szef Sztabu Generalnego WP i jego podwładny dowódca operacyjny – kierownik ćwiczenia. Należy jednak przypuszczać, że to nie oni byli autorami pomysłu niewysłania zaproszenia do prezydenta. Tłumaczenie tego faktu tym, że ” prezydenta wtedy nie było”, jest żenujące, obrażające godność i inteligencję oficera WP. Na milę czuć tutaj ręce polityków. Mamy do czynienia z kolejnym aktem walki politycznej mającym w tle mundur wojskowy.
Kancelaria Prezydenta RP nie pozostaje dłużna i przy okazji świąt narodowych bezlitośnie tnie listy kandydatów do awansów generalskich mając za nic rzeczywiste potrzeby Sił Zbrojnych. W tej walce gigantów jedynym przegranym może być tylko wojsko. Należy się dziwić, że zarówno zwierzchnik Sił Zbrojnych, jak i minister obrony narodowej tak beztrosko wykorzystują swoje wpływy w armii do bezpardonowej walki politycznej, nie licząc się z konsekwencjami dla wojska i państwa. Należy również dziwić się tym wszystkim siłom parlamentarnym, które nie są związane z wojującymi, prawicowymi stronami, że nie dostrzegają tych faktów i całości narastającego problemu i nie przypominają o obowiązującym w Polsce prawie, że spokojnie przyglądają się łamaniu konstytucji i ustaw z pozycji kibica, rejestrując jedynie wymierzane sobie przez przeciwników ciosy.
Konstytucja RP swoimi zapisami zagwarantowała to, że Siły Zbrojne służą całemu narodowi i mają być jego wspólnym dobrem. W związku z tym żadna opcja polityczna nie ma prawa zawłaszczać symboliki, munduru i żołnierzy do swoich własnych, partykularnych celów. Wszystkie siły polityczne w Polsce

muszą respektować konstytucję.

W podejmowaniu działań czysto politycznych i głoszeniu swoich poglądów muszą dochować wszelkiej staranności, aby nie stwarzać, nawet przypadkowo, sytuacji, która sugerowałaby, że w owe działania są zaangażowani oficerowie i generałowie Wojska Polskiego.
Do tych ostatnich też można mieć pretensje o to, że nie bacząc na precyzyjne zapisy w aktach najwyższej rangi tak łatwo dają się wmontowywać w polityczne imprezy, a nawet awantury. Zapewne wynika to z faktu, że już od pewnego czasu o karierze w wojsku na ogół nie decydują doświadczenie, wiedza i żmudna, ciężka praca, lecz lepsze lub gorsze koneksje z politykami, czyli „układy”. Oficerowie, jako ludzie przeważnie orientujący się w sytuacji już dość dawno to zrozumieli. Powinni jednak w takim razie pamiętać o tym, jaką to armii czyni szkodę, oraz o tym, że gdy już staną się niepotrzebni, to bez względu na dotychczasowe „zasługi” zostaną usunięci i zapomniani.

Autor jest generałem dyw. rez., w swojej karierze dowodził m.in. dwoma pułkami, dwiema dywizjami, był zastępcą dowódcy dwóch okręgów wojskowych. W latach 2001-2006 był dyrektorem Departamentu Kontroli MON

 

Wydanie: 42/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy