Polscy migranci

Polscy migranci

Overview

Dla większej klarowności dyskusji trzeba mieć w pamięci podział krajów na te, do których migranci wszelkimi sposobami, z narażeniem życia starają się dostać i w nich osiedlić, oraz na te, z których ludzie starają się wyjechać, w miarę możliwości na stałe. W namiętnej dyskusji na temat, czy Polska powinna przyjmować migrantów, czy raczej przed nimi się bronić, użyteczne będzie cały czas pamiętać, że Polska należy do tej kategorii krajów, z których ludzie emigrują. Wielu Polaków nie chce mieszkać w Polsce, mówi się o dwóch czy trzech milionach emigrantów zarobkowych lub kulturowych, bo pewna część z nich wyjechała ze względu na złą atmosferę moralną i brak obiecujących perspektyw na przyszłość, nie z obawy o życie, lecz z poczucia beznadziejności. Oczywiście istnieje duża różnica między uchodźcami przed terrorem czy wojną a uchodźcami przed beznadziejną przyszłością, a właśnie tak uzasadnia swoją emigrację lub jej chęć wielu Polaków. Państwo polskie, przystępując do Unii Europejskiej, zapewniło swoim obywatelom wygodne, wprost luksusowe warunki emigracji. Wymaganie od polskiego rządu, żeby prowadził taką politykę jak zachodnie państwa, miałoby sens, gdyby Polskę przenieść z kategorii krajów, z których ludzie wyjeżdżają, do kategorii krajów będących docelowym miejscem migrantów. Przy obecnym stanie rzeczy wspólna polityka europejska w sprawie migracji, w tym uchodźctwa, jest niemożliwa i nie ma sensu. Rząd pisowski, nawet jeśli czasem ma rację, to egzekwuje ją często w sposób ściągający na Polskę pogardę zagranicy. Odmawia przyjęcia 12 tys. migrantów (czy uchodźców), do czego zobowiązał się rząd poprzedni. Taka jest teologia polityczna kaczystów, że podobnie jak ich poprzednicy, a obecnie oponenci, tylko wtedy uznają zobowiązania państwa, gdy sami nim rządzą.

Dziennikarze opozycyjni, chcąc obrazić panią premier Beatę Szydło, przezwali ją polską Marine Le Pen. W istocie jest to niezasłużony komplement, bo Marine Le Pen może przynieść szkodę Francji, ale jest jedną z wybitniejszych kobiet w polityce, może nie formatu Goldy Meir, ale porównanie z Margaret Thatcher byłoby uzasadnione. Jest na innym etapie kariery, ale mówimy o potencjale, a nie o uwieńczonej urzędem premiera karierze.

Ludność wschodnich krajów Unii jest wroga, a przynajmniej niechętna imigracji nie tylko u siebie, ale także w Europie Zachodniej, i nie jest jasne dlaczego, bo przecież jej to nie dotyczy. Najwidoczniejsza przyczyna jest ta, że społeczeństwa krajów zachodnich były przez kilkadziesiąt lat poddawane wychowaniu w duchu miłowania obcych. Kto się temu wychowaniu nie poddawał, był uznawany za rasistę, a rasizm jest karalny. Warstwy dłużej kształcone i zajmujące wyższe stanowiska są lepiej pod tym względem wychowane, natomiast biedni i krótko kształceni myślą w sprawie imigracji jak my tu, w Europie mniejszej prędkości. Nie trzeba zapominać o mało widocznej, ale ważnej, choć nielicznej grupie przeciwników imigracji, jaką stanowią nonkonformistyczni, elitarni intelektualiści. Nimi powoduje żal, że wraz ze zmianą składu etnicznego Europy zmieni się kultura i nie będzie to wzlot, lecz degrengolada i upadek. Cały dorobek Europy – jej sztuka, filozofia, prawo, muzyka – przejdą do domeny muzealnej w najlepszym razie, ale niewykluczone, że po pewnym czasie Beethoven, Mozart, Goethe, Pascal, Kant czy Proust zostaną wyrzuceni na śmietnik. To już się zaczęło. Politycznie skutki napływu mas cywilizowanych inaczej będą takie jak skutki „buntu mas” po I wojnie światowej, tzn. demokracja się zachwieje, a tu i ówdzie całkiem upadnie. Nonkonformistyczni intelektualiści nigdy nie będą mieli tyle pieniędzy, ile trzeba, żeby wygrywać demokratyczne wybory, więc ich głos byłby wołaniem na puszczy.

Bardzo lubię tych lewicowych polityków i dziennikarzy, którzy sami wprawdzie są niewierzący, ale w bardzo namolny sposób apelują do chrześcijan, ich sumienia, miłosierdzia i innych cnót ewangelicznych. Przemilczają tylko drobiazg, że chrześcijanie ze wszystkimi swoimi cnotami przez tysiąc lat bronili Europy przed islamem. Co tu jest ważniejsze: nawarstwienia historyczne czy morałowe zaklęcia i frazesy? Powiedzcie Polakom i Węgrom, że ich „przedmurze chrześcijaństwa” było błędem politycznym, a Sobieski pod Wiedniem dopuścił się rasizmu na mahometanach i jeszcze ich obrabował. A oni tylko chcieli zamieszkać w Wiedniu. Tego rodzaju analogie historyczne nie są mniej przekonujące niżeli apelowanie liberalnej lewicy ateistycznej do chrześcijańskich sumień.

Temat imigracji pojawiał się w moich publikacjach w ciągu ponad 20 lat jako jeden z częściej wzmiankowanych. To nie brak tolerancji dla muzułmanów jest przeszkodą dla ich asymilacji w Europie – pisałem w 1998 r. – „tolerancja, otwartość, wielokulturowość i laickość są także przeszkodami w tym sensie, że muzułmanie tych zasad nie uznają. Można tolerować islam, ale co zrobić, aby być przez islam tolerowanym? Pierre Joxe [autor książki „Edykt nantejski. Historia na dziś”, wówczas minister spraw wewnętrznych Francji] obserwuje u muzułmanów francuskich wzrost tolerancji dla innych religii i sądzi, że Koran jest coraz liberalniej interpretowany. Liczy na »sfrancuzienie« islamu, a następnie na wpływ tej liberalnej i zlaicyzowanej odmiany na obszar islamu śródziemnomorskiego. Są to, naturalnie, nadzieje, które pozostają politykom po niepowodzeniach ich integracjonistycznej polityki.

Sięganie po analogię edyktu nantejskiego, zrównującego prawa katolików i hugonotów, świadczy, jak daleko sprawy zaszły (…). I jednocześnie zdradza gotowość polityków do ucieczki w pozorne rozwiązania” (cyt. z książki „Łagodny protest obywatelski”). Od tamtego czasu w rzeczywistości wiele się zmieniło (na bardzo gorsze), ale „paradygmat” klasy politycznej Zachodu zasadniczo pozostał ten sam.

Wspomniałem w wypowiedzi internetowej, że PRL odnosiła sukcesy w polityce międzynarodowej, co jest oczywiste. Jeden z internautów napisał, że z taką samą słusznością można powiedzieć, że „kraj priwislanski był imperium rozciągającym się od Kalisza do Władywostoku”. Spodobał mi się ten żart. Pokazuje on, jak wybiórczo, selektywnie patrzy się na rzeczywistość. Silną pozycję, jaką Polska uzyskała w Europie Środkowej (oby ją utrzymała w przyszłości!), uznaje się za stan naturalny, który sam z siebie zaistniał. Nie widzi się nawet takich ważnych, znaczących faktów jak stosunki PRL ze Stanami Zjednoczonymi, o których parę miesięcy temu była sekretarz stanu Condoleezza Rice powiedziała, że były one uprzywilejowane nawet podczas zimnej wojny. Pomoc, jakiej USA – bywało – udzielały Polsce, budziła podejrzliwość Moskwy. Dlaczego aż sekretarze stanu USA są potrzebni, żeby Polakom uprzytomnić ważne dla nich fakty? Z żadnym innym krajem obozu radzieckiego Ameryka takich stosunków nie utrzymywała. Polscy dyplomaci chyba pamiętają, że byli wyróżniani przez dyplomatów amerykańskich na długo przed panowaniem Solidarności.

Wydanie: 24/2017

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy