Czy polscy politycy korzystają z brudnej kampanii typu boty i trolle?

Czy polscy politycy korzystają z brudnej kampanii typu boty i trolle?

Czy polscy politycy korzystają z brudnej kampanii typu boty i trolle?

Prof. Dariusz Jemielniak,
teoretyk zarządzania, Akademia Leona Koźmińskiego
W Polsce od kilku lat mniej lub bardziej skutecznie stosuje się nowoczesne media w walce politycznej, w tym oczywiście armię botów czy wynajmowanych trolli (jak i fikcyjnych entuzjastów). Nie mówi się o tym głośno, ale sprawa łatwo wychodzi na jaw przy okazji różnego rodzaju szczytów poparcia czy anomalii ruchu, względnie przy niechlujnie robionych materiałach – kiedy wynajęta armia dostaje gotowe identyczne wypowiedzi zamiast ogólnej linii argumentacji.

Anna Mierzyńska,
analityczka mediów społecznościowych
W 2018 r. badacze związani z uniwersytetem w Oksfordzie opublikowali raport z badań nad stosowaniem tego typu narzędzi przez polityków w różnych krajach. Wyraźnie podkreślono w nim, że polskie partie polityczne nie tylko dysponują zorganizowanymi grupami wolontariuszy publikujących w internecie opinie zgodne z linią danego ugrupowania, ale także z całą pewnością korzystają z usług profesjonalnych agencji zapewniających im boty i trolli. Mamy dowody na takie praktyki, a ich efekty mogą obserwować wszyscy śledzący media społecznościowe. Trzeba przyznać, że proces jest tak organizowany, by nie można było jednoznacznie stwierdzić, że ten polityk z nich korzysta, a inny nie. Możemy natomiast być pewni, bo pokazały to doświadczenia innych państw, że takie chwyty wpływają na zachowania obywateli, także wyborcze. Boty i trolle są skuteczne w kreowaniu nastrojów, zwłaszcza negatywnych, a także we wpływaniu na aktywność użytkowników sieci. Jeżeli ktoś, kto tego wcześniej nie doświadczył, przeżyje po swojej wypowiedzi silny atak trolli, dochodzi do efektu mrożącego: taka osoba ogranicza aktywność w mediach społecznościowych. Wszystkie tego rodzaju efekty są dobrze opisane, ale tak jak w przypadku każdego narzędzia oddziaływania na ludzi nie jesteśmy w stanie ustalić ich rozmiaru, np. tego, jak zmieniają poparcie dla poszczególnych formacji.

Marcin Giełzak,
ekspert od cyfrowych rozwiązań społecznościowych
Byłoby co najmniej zastanawiające, gdyby Polska była jedynym krajem rozwiniętym, w którym nie stosuje się tego rodzaju technik. Rosjanie mają na nie zręczne określenie: technologia polityczna. My również mamy swoich „technologów”. Nieraz są to asystenci posłów czy inne osoby z otoczenia partii albo komitetu wyborczego, formalnie zatrudnione w spółkach, które świadczą politykom usługi marketingowe czy informatyczne. Typowym narzędziem ich pracy są boty, czyli programy wykonujące czynności w zastępstwie człowieka. W tym przypadku chodzi o fałszywe konta w mediach społecznościowych, które powielają komunikaty pożądane z punktu widzenia polityków. Partie mogą też liczyć na zaangażowanie pasjonatów. Nie przeceniałbym mocy sprawczej „cyfrowych żołnierzy wyklętych”, określających się mianem #DrugiejZmiany, ani analogicznych grup po stronie opozycyjnej – ale też bym ich nie lekceważył. Człowiek, który wysyła 300 tweetów dziennie, w zasadzie decyduje się na drugi etat w służbie sprawy, a takich ludzi jest niemało.

Klaudia Maksis,
czytelniczka PRZEGLĄDU
Jasne, że tak. Mam już nawyk sprawdzania kont i zgłaszania tych, które wydają mi się podejrzane.

Wydanie: 19/2019

Kategorie: Aktualne, Pytanie Tygodnia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy