Polska jest najważniejsza

Polska jest najważniejsza

Ciągle nie wiemy, czy dziś rezygnując z budowy IV RP, deklarując porozumienie ponad podziałami i koniec wojny polsko-polskiej, Jarosław Kaczyński przyznaje się, że głosząc poprzednio hasła IV RP, a co więcej, wcielając je w życie, błądził i nieświadomie wyrządził Polsce i setkom ludzi krzywdę. Czy zamierza za to przeprosić? Czy potępia Ziobrę i jego prokuratorów za pochopne oskarżanie ludzi, za niszczenie ich na konferencjach prasowych, za robienie z zatrzymań spektakli telewizyjnych, za trzymanie w aresztach wydobywczych i nakłanianie, aby obciążyli kogoś z politycznych konkurentów? Czy potępia Kamińskiego i jego hunwejbinów z CBA za tworzenie afer, które później „wykrywali” i „likwidowali”? Czy ma coś do powiedzenia w sprawie ABW pod rządami Święczkowskiego i „likwidowania” urojonej mafii węglowej, za co zapłaciła życiem Barbara Blida? Czy odcina się od nich?
Czy może jego wizja IV RP rzeczywiście była słuszna, tylko teraz dla pragmatycznych celów z jej budowy zrezygnował? Czy za cenę prezydentury gotów jest współżyć z „układem”, który jednak realnie istnieje i niszczy Polskę od środka? Tylko jak to pogodzić z hasłem „Polska jest najważniejsza”? To by raczej wychodziło na to, że „prezydentura jest najważniejsza”.
Jednak każde z tych rozwiązań kompromituje Jarosława Kaczyńskiego i dyskwalifikuje go nie tylko jako kandydata na prezydenta, ale jako polityka w ogóle.
Czy może kandydować na urząd prezydenta ktoś, kto tak bardzo się pomylił, a przez swą pomyłkę doprowadził do tak dramatycznych konsekwencji jak chociażby wojna polsko-polska? Czy kogoś takiego można rzeczywiście przedstawiać jako męża stanu, charyzmatycznego przywódcę? Próżne wysiłki miłych skądinąd Kluzik-Rostkowskiej i Poncyljusza. Ktoś, kto tak bardzo i z takimi konsekwencjami się mylił, jest po prostu politycznym bankrutem, nie mężem stanu!
A czy może kandydować na urząd prezydenta ktoś, kto wie, że Polskę od wewnątrz zżera układ, że rządzą nią agenci, premier nie dość, że dziadka miał w Wehrmachcie, to jeszcze z Putinem wymienia breżniewowskie niedźwiedzie i pospołu z nim tuszuje przyczyny smoleńskiej tragedii, ale on mimo to gotów jest na to się zgodzić, bo po osobistych tragicznych przeżyciach złagodniał jak baranek i polska racja stanu mu zobojętniała? Tym bardziej nie może.
Kogo zresztą miałby jako prezydent reprezentować? Słuchaczy Radia Maryja, czytelników „Gazety Polskiej”, „Naszego Dziennika” i „Rzeczpospolitej”, widzów i wielbicieli „Misji specjalnej”, fanów Wildsteina, Pospieszalskiego, Ziemkiewicza, wyznawców wizji Jadwigi Staniszkis i tylu innych, którzy wojnę polsko-polską nie tylko kontynuują, ale nawet właśnie rozpoczęli kolejną w niej ofensywę, a IV RP wciąż śni im się po nocach? Którzy nadal widzą liczne spiski, w tym wyjątkowo perfidny „spisek smoleński”, i wieszczą następne? Ich najwyraźniej Jarosław Kaczyński już nie reprezentuje. Innych też nie, bo inni już dawno upatrzyli sobie innych reprezentantów. Kto właściwie miałby na Jarosława Kaczyńskiego głosować? Takie wątpliwości z pozoru budzić musi zwykła logika.
Ale może po prostu nie dorośliśmy, jesteśmy za głupi na to, by za myślą Jarosława Kaczyńskiego nadążyć? Może to potrafią jego wyznawcy i dlatego głosząc poglądy na pozór zgoła przeciwne do poglądów wodza, doskonale wiedzą, że nie ma między nimi różnicy? Być może cała rzecz w semantyce? Może nie rozumiemy, co on ma na myśli, mówiąc „Polska jest najważniejsza”, albo jak rozumieć koniec wojny polsko-polskiej, a oni rozumieją? Kluczowe wydaje się zrozumienie słowa Polska. My, niedouczeni, nie dość na wartości narodowe i patriotyczne wrażliwi, nie rozumiemy, że to Jarosław Kaczyński jest synonimem Polski. On mówi „Polska jest najważniejsza”, a mówiąc, wie, że Polska to on. Mógł Ludwik XIV mówić „Państwo to ja”, to niby czemu Jarosławowi Kaczyńskiemu nie wolno myśleć „Polska – to ja!”. On, zdaje się, naprawdę tak myśli i tak myślą jego wyznawcy. Jeśli nawet nie do końca są pewni, że Polska to on, to tę pewność mają, że Polska jest taka, jaką on (On) zdefiniuje. On w swoim czasie powie, co jest Polską, a co nią nie jest. Kto jest prawym, a kto nieprawym Polakiem. A czyż nieprawy Polak to w ogóle Polak? Czy godzien jest tego zaszczytnego miana? Nie będzie wojny polsko-polskiej, bo nie będzie wojny między prawymi Polakami. Prawi Polacy zrobią porządek z nieprawymi, ale ci będą już poza marginesem polskości, tym samym wojna nie będzie już polsko-polska, tylko jak wszystkie dotąd, będzie to wojna z wrogami Polski i polskości. Bo jeden jest naród, jeden wódz, jedna Polska!
Na hasło „Polska jest najważniejsza”, z którego wynikać może wiele albo i nic, odpowiedzieć trzeba hasłem „Polska jest wspólna”. Polska jest wspólnym dobrem Joanny Senyszyn i o. Rydzyka, Lecha Wałęsy i gen. Jaruzelskiego, tych, co byli w „Solidarności”, i tych, co byli w ZOMO. Kard. Dziwisza i Andrzeja Wajdy, Adama Michnika i Rafała Ziemkiewicza. Ojców wielodzietnych rodzin i starych kawalerów hodujących koty, intelektualistów i robotników. Zwolenników i przeciwników Unii Europejskiej. Księży i ateistów. Oni wszyscy mają prawo zabierać głos w sprawie Polski i nikt nie ma prawa ich tego głosu pozbawiać. A priori ustalać, kto jest lepszym, kto gorszym Polakiem, kto większym, kto gorszym patriotą, i wedle tego kryterium przydzielać im więcej lub mniej praw.
Wschodząca od jakiegoś czasu gwiazda wciąż jeszcze zachodzącej lewicy, poseł Bartosz Arłukowicz, sądzi, że ta wojna polsko-polska to jakiś konflikt personalny, mający źródła gdzieś w latach 90., a może wcześniej. On sądzi, że ten konflikt jego nie dotyczy i nie dotyczy jego pokolenia. Sądzi, że potrafi ze swymi rówieśnikami z PiS pięknie się spierać o Polskę. Do czasu, panie pośle, do czasu. Bo rzecz nie w jakichś zaszłościach z lat 90., w jakichś indywidualnych sporach czy kompleksach polityków starszego pokolenia. Rzecz idzie o sprawy zasadnicze. Czym ma być państwo i jaka ma być relacja tego państwa z obywatelami? Czy państwo ma być dla obywateli, czy obywatele dla państwa. Czy państwo ma być dla wszystkich obywateli, czy bardziej dla „prawych” i kto i wedle jakich kryteriów tę „prawość” będzie mierzył? Czy będzie miejsce na spór o Polskę, jaki poseł Arłukowicz chce toczyć, czy Polska zostanie w ideologii partii rządzącej zdefiniowana do końca, a wówczas wszystkie spory jako zbędne i szkodliwe zabronione, a dyskusja zamknięta? Boję się Jarosława Kaczyńskiego i Polski zdefiniowanej przez niego. Myślę, że byłoby dobrze, gdyby nieustraszony skądinąd Arłukowicz też trochę się tego bał.

Wydanie: 23/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy