Lustracja trumny

Zmarł, w bardzo późnym wieku, wielki polski pisarz – Wojciech Żukrowski. Zostawił po sobie kilkaset stron prozy będącej jednym z fundamentów języka polskiego, zostawił także ważne dla swojego, i następnych pokoleń, artystyczne dokumenty tragicznych zmagań wojennych, zostawił cudownej piękności książki dla dzieci.
Wojciech Żukrowski miał wielu przyjaciół, admiratorów jego twórczości, wielu osobom udzielił pomocy, ale chodził w życiu różnymi drogami. Niektóre polityczne ścieżki jego życia zaprowadziły wielkiego pisarza w obszary sporów i nienawiści. Nad jego trumną prócz przyjaciół, stroskanych śmiercią olbrzyma literatury i dobrego człowieka, pojawili się także, zawsze gotowi do usług, plwacze szukający okazji do bezczeszczenia pamięci o tych, co się bronić nie mogą.

Jednym z fundamentów europejskiej kultury współżycia społeczeństw jest łacińska maksyma: “De mortuis nil, nisi bene”, co po polsku znaczy: “O zmarłych tylko dobrze”. Ta mądra i szlachetna zasada została po śmierci Wojciecha Żukrowskiego naruszona, i to bardzo poważnie. Zarówno w prasie, jak i w telewizji plwacze przystąpili do lustracji trumny pisarza. Nie umiem ocenić wartości głównego zarzutu stawianego panu Wojciechowi, czyli wystąpienia w obronie stanu wojennego w pierwszych dniach po jego ogłoszeniu, gdyż przebywałem wówczas dość długo w kryminale, gdzie postanowiliśmy, wraz z pilnującymi nas milicjantami, nie oglądać “Dziennika Telewizyjnego”. Ponoć czytelnicy zwracali pod drzwi pisarza jego książki i na inne sposoby manifestowali niechęć do tej, być może niewczesnej, obrony działań – jeśli nawet podjętych w trosce o bezpieczeństwo Polski, to jednak przeprowadzonych brutalnie i nieudolnie – w konsekwencji z licznymi szkodami dla kraju. Gdyby dokładnie przepatrzyć życiorys wielkiego pisarza, znalazłoby się zapewne jeszcze wiele jego poczynań, mogących budzić niechęć niektórych obserwatorów literatury. Nie byłoby to jednak jakimkolwiek wyjątkiem w tym, co się w tamtych latach wydarzało polskim pisarzom. Najwięksi z nich mają na sumieniu i na opinii wielkie grzechy polegające na naruszeniu frontu oporu społeczeństwa przeciw narzuconej Polakom władzy. Tych samych przewinień dopuściły się także miliony naszych współobywateli wstępujących do partii, współpracujących ze służbami specjalnymi, donoszących na kolegów i przyjaciół. Pisarze się tym na ogół nie parali, choć były wyjątki w tej mierze. Niechęć do nich budziło głównie mówienie, że czarne jest białe, by tak to treściwie określić.
To wszystko jest prawda, ale “De mortuis…”. Po każdej śmierci nastaje czas żałoby i także, później, czas rozliczeń. Tym razem złamano tę zasadę. W nekrologach, jakie widziałem, państwo “nikt”, zawodowi plwacze, próbowali zrównać artystyczną, literacką, niewątpliwą wielkość pisarza Żukrowskiego z jego… bywało, że z błędami życiowymi, ale bywało też, że z jego własnym – innym niż obowiązujący paradygmat polityczny – spojrzeniem na problemy polityczne. Dobre imię wielkiego nawet pisarza nie jest chronione w jakiś szczególny sposób, ale państwo plwacze: wara wam od trumny, wara od profanacji jeszcze nie całkiem ostygłych zwłok czyichkolwiek, a cóż dopiero wybitnego artysty słowa.
Czas płynie szybko. Dla następnych pokoleń polityczne swary epoki dziadów i pradziadów są na ogół martwe i obojętne. Co nas obchodzi dzisiaj zasłużona, fatalna opinia o Henryku Rzewuskim? Zostały strony jego, kilku zaledwie, książek najwyższej próby literackiej. Wojciech Żukrowski był artystą słowa nie mniejszej miary niż Rzewuski. Był także dobrym człowiekiem; cnota, kto wie, czy nie ważniejsza niż zdolność zdobywania sobie politycznego uznania współobywateli.
Kiedy wychyliliśmy z piekła na ziemi nasze umęczone bojowymi lub obozowymi dramatami głowy, na rynku czytelniczym pojawili się pisarze, którzy potrafili naszym groźnym i bolesnym przeżyciom nadać kształt artystyczny, podnieść ich rangę z bólu do piękna. Żukrowski, Pruszyński, Borowski, Andrzejewski, Jan Józef Szczepański, Buczkowski, Herling-Grudziński, Beata Obertyńska (znana pod pseudonimem Marty Mirskiej – o ile dobrze pamiętam), Czeszko, byli tymi autorami, którym udało się opowiedzieć pokoleniom wojennym, co się z nimi naprawdę działo w czas tragicznych zmagań. Nie wyliczyłem, oczywiście, wszystkich autorów zasługujących na umieszczenie na tej liście literackiej chwały. To jest raczej kolejność moich lektur, dziś nawet już częściowo zatarta w pamięci. Książki tych pisarzy kształtowały niewątpliwie hierarchię naszych wartości moralnych, uczyły prawości, czyniły odpornymi na pokusy zła, które się czaiło tuż obok nas.
Teraz, kiedy umiera ostatni już prawie autor z tej plejady wielkich epików, nagle, zamiast opisu dokonań literackich pana Wojciecha musimy czytać i wysłuchiwać listę jego grzechów, co do której wcale nie ma zgody. Nie wszystkie własne drogi, jakimi chadzał Wojciech Żukrowski, były jednoznacznie obiektywnie błędne. Takie oceny biorą się przeważnie z odmienności poglądów politycznych, a także z głupiego paradygmatu, nakazującego za wszelką cenę opluwać PRL. Miało – to nasze wszak państwo, innego nie mieliśmy przez blisko pół wieku – kolosalne błędy i grzechy, lecz miało także zalety. Warto się o to spierać, ale nie, na miłość Boską, nie nad nieostygłymi zwłokami wielkiego polskiego prozaika. I niech się do tych ocen nie pchają tak gorliwie państwo “nikt” – plwacze szukający kariery przy pomocy zniesławiania zmarłych.
Korek uliczny sprawił, że spóźniłem się na mszę żałobną w kościele Sióstr Wizytek. Ostatnie ceremonie żałobne przy ołtarzu odprawiał jeden z największych współczesnych poetów polskich, ksiądz Jan Twardowski. Mało tego, przy wyjściu z kościoła Piotr Kuncewicz, prezes Związku Literatów Polskich, pokazał mi list kondolencyjny przeznaczony do odczytania na cmentarzu, nad otwartym grobem. Krótki, piękny tekst, podpisany nazwiskiem wiernego ponoć do końca przyjaciela z lat młodości Wojciecha Żukrowskiego, Karola Wojtyły… papieża Jana Pawła II.
5 września 2000 r.

Wydanie: 37/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy