Polska krucjata krzyżowa

Polska krucjata krzyżowa

Wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu biskupi uznali za casus belli

„To godzina próby dla naszej wiary; biskupi i katolicy nie mogą milczeć”, bije na alarm abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. „Kwestia wymaga najwyższych, najmocniejszych słów, będących świadectwem domagania się prawa do obecności w życiu publicznym”, dodaje.
I przestrzega: „Za zakazem wieszania krzyża we Włoszech już idą kolejne mobilizacje radykałów laickich, także w Polsce”.
Te słowa padły w czwartek, po zakończeniu Konferencji Episkopatu Polski. A parę dni wcześniej kard. Józef Glemp również nawoływał do oporu. „Usunięcia krzyża domagały się różne formacje polityczne – pamiętamy nazizm, co robił potem z krzyżami komunizm. Czyżby cień Lenina znowu odżywał?”, pytał dramatycznie.
W tyle nie pozostawał też kard. Stanisław Dziwisz, który z kolei wywodził, że zagrożona jest wolność. „Podstawą wszelkiej wolności jest wolność religijna – tłumaczył – a deptanie tej wolności jest dyktaturą relatywizmu”.

Kościół grzmi,

ale przecież nie jest w tym osamotniony.
„Nie będzie w Polsce zdejmowania krzyży”, oświadczył prezydent Lech Kaczyński przed frontem wojsk, jakby kto pytał, w Dniu Niepodległości.
W Sejmie grubo ponad setka posłów – Platformy, PSL, PiS – podpisała się już pod uchwałą w obronie krzyża. „Chciałbym, żeby głos naszego parlamentu zabrzmiał jak najszerzej w Europie”, oświadczył poseł PO Jarosław Gowin, jeden ze zbierających podpisy.
Jak można było wnioskować z dalszych wynurzeń posła, chodziło mu oto, by „bronić krzyż” i Europę. Gdyż „tożsamość europejska opierała się na zasadzie pluralizmu. Różnorodność jest ogromnym bogactwem Europy i trzeba ją szanować”.
Piękne zdanie! Sęk w tym, że tożsamość europejska nie wykuła się, opierając się na zasadzie pluralizmu, a wręcz przeciwnie – czego efektem były wojny religijne. Koncepcja pluralizmu, różnorodności, to dopiero ostatnie czasy. Szkoda też, że poseł Gowin widzi pluralizm dość specyficznie, jednym przyznając go więcej, a drugim mniej.
Zresztą zupełnie niepotrzebnie buduje tę konstrukcję, skoro biskupi mówią wprost: „Prawa niewierzącej mniejszości powinny być łączone z obowiązkiem respektowania praw większości ludzi wierzących. Nie wolno ranić uczuć osób, dla których krzyż jest symbolem największych wartości. Trzeba uszanować ich prawo do publicznego wyrażania swych przekonań religijnych”.
Koniec, kropka. Mniejszość musi

dostosować się do większości.

Oni do nas. I już.
Ale biskupi i politycy w swych protestach nie są sami. Sekunduje im grono publicystów prawicowych mediów.
„Plan wojny z Bogiem” – ujawnia w „Rzeczpospolitej” Marek Magierowski, a Paweł Lisicki, szef tej gazety, pisze, że „neutralność państwa, która miała zapewniać swobodę głoszenia poglądów i wolność sumienia jednostek, przeistacza się w swe zaprzeczenie. W oczach sędziów ze Strasburga i dużej części europejskich elit prawniczych państwo to sztuczny i abstrakcyjny konstrukt. Ma on sam z siebie czerpać uzasadnienie i wartości. Państwo i stanowione w nim prawo pojawia się jakby obok historii, jakby wbrew niej. Od samego początku jest czymś wymyślonym przez człowieka. Tyle że tak pojęte państwo i prawo cierpią na przyrodzony brak legitymizacji”.
Tak oto wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu stał się czymś gorszym od ataku 11 września. Atakiem na państwo, na Boga, na wolność, na tożsamość europejską. Nowym nazizmem i komunizmem w jednym.
Co istotne, wyrok nie dotyczy państwa polskiego. Dotyczy jednej włoskiej szkoły, w której wisiał krzyż, który, zdaniem skarżącej, uniemożliwiał wychowanie jej dzieci w duchu ateizmu. Trybunał przyznał skarżącej rację. „Trybunał uważa, że obowiązkowa ekspozycja symbolu danego wyznania w miejscu, w którym sprawowane są funkcje publiczne (…), a zwłaszcza w szkolnych klasach ogranicza prawa rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami (…). Trybunał uważa, że taka postawa niesie za sobą naruszenie tych praw, ponieważ restrykcje nie przystają do ciążącego na Państwie obowiązku przestrzegania neutralności w wykonywaniu funkcji publicznych, a zwłaszcza w dziedzinie edukacji”, czytamy w uzasadnieniu.
Trybunał nie powiedział, że krzyże muszą ze szkolnych klas (w tej jednej włoskiej szkole) zniknąć, ale jeżeli znajdą się w niej uczniowie, których wolność sumienia krzyż będzie naruszał, sprawa będzie musiała być

rozwiązana „w duchu tolerancji”.

Najpewniej więc tak, że krzyż będzie przeniesiony do sali katechetycznej.
Oto więc wyrok, który biskupi uznali za casus belli.
O co w tym wszystkich chodzi?
Sprawa ma pewnie kilka poziomów. Pierwszy to spór, wydawałoby się, już dawno rozstrzygnięty, o charakter państwa. Czy ma być neutralne światopoglądowo, niefaworyzujące żadnej większości czy też mniejszości, czy też przeciwnie – z władzą duchową splecione? Wydawało się, że w Europie przyjęto liberalny model państwa neutralnego dla wszystkich, czyli takiego, które nie wspiera jakiegokolwiek z wyznań. A sygnałem tej neutralności jest brak symboli religijnych na ścianach instytucji państwowych. Z godłem państwowym nie rywalizuje nic.
Tymczasem okazuje się, że dla polskich biskupów, prawicowych polityków i publicystów ten filar współczesnego państwa nie istnieje. Atakują go zresztą dość pokrętnie, mówiąc, że krzyż to symbol tradycji, kultury, historii… Albo że większość ma prawo czuć się jak w swoim domu. Więc zupełnie w oderwaniu od idei państwa dla wszystkich.
W biskupich słowach uderzają twarde akcenty i niechęć do zrozumienia innych. „Czy ma to być Europa, w której jest miejsce dla szacunku wobec przekonań religijnych drugiego człowieka – ťEuropa humanizmu uniwersalnegoŤ czy też ťEuropa agresywnej laickościŤ?”, pytają. Oto wojenny ton – albo my, albo oni. Kołacze się w tych wezwaniach tęsknota za innym modelem państwa, domyślam się, że zbliżonym do modelu Hiszpanii Franco czy Portugalii Salazara, sojuszu tronu i ołtarza.
Kościół katolicki przez stulecia funkcjonował w symbiozie z władzą państwową, więc można rozumieć niechęć biskupów do republiki laickiej, ale jak zrozumieć awanturę, którą wywołali po orzeczeniu trybunału?
Po co im wojna z wrogiem, którego nie za bardzo widać, i z zagrożeniem, które też trudno dostrzec?

Żeby mobilizować wiernych?

Bo inaczej nie potrafią? To dlatego trzeba – jak podkreśla abp Michalik – „najmocniejszych słów”?
Te słowa lada moment mogą ośmieszyć hierarchów, bo na razie, wyjąwszy europosłankę Joannę Senyszyn, nikt do zdejmowania krzyży w szkołach nie namawia. Cała armia biskupów, polityków, publicystów już się zebrała, by ich bronić, pokrzykuje bojowo, a tymczasem przeciwnika nie widać.
Przeciwnik, ten potencjalny, do walki, do szarpaniny ochoty nie ma, za to nawołuje do refleksji i rozmowy. Tak trzeba odczytać chociażby artykuł Jerzego Szmajdzińskiego w „Gazecie Wyborczej”, w którym tłumaczy hierarchom, na czym polega państwo neutralne światopoglądowo i że – per saldo – jest to dobre państwo także i Kościoła. Nie tyko dlatego, że lewica teczkami w biskupów nie strzelała.
Mamy więc bardzo ciekawe odwrócenie ról. Kościół katolicki ma w Polsce wszystko, co chce, już dawno, jeśli chodzi o wpływy, wyszedł poza ramy, które gwarantuje mu prawo. I jednocześnie nawołuje, w bardzo agresywny, nieprzyjemny sposób, do

kolejnej wojny religijnej,

teraz o krzyż we włoskiej szkole.
A po drugiej stronie mamy skonfundowaną publiczność, która o wszystkim marzy, ale na pewno nie o wojnie o krzyże. I która zaczyna sobie zadawać pytanie, czy dotychczasowa taktyka ustępowania dla świętego spokoju, a to w sprawie religii w szkołach, religii na maturze, a to w sprawie krzyży, a to w sprawie Komisji Majątkowej, nie była błędem.
Bo kolejne ustępstwa rodzą następne i tak bez końca.
To bardzo ciekawe, jakie efekty przyniesie nowa wojna proklamowana przez biskupów. Czy zastraszy resztki tych, którzy do idei państwa świeckiego są przywiązani? Czy też przeciwnie, zmobilizuje milczący środek. Choćby do tego, by czasem powiedzieć biskupom „nie”.

Wydanie: 48/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy