Polska znów oblężoną twierdzą

Polska znów oblężoną twierdzą

Nie wiem, może moja ocena jest krzywdząca, może nie mam racji, ale słuchając debaty politycznej ostatnich dni, mam wrażenie, że znalazłem się w domu wariatów. Chodzi mi o dwie monstrualnie nagłośnione sprawy, w których zdanie mam zasadniczo odmienne od prezentowanego u nas zgodnie przez polityków wszystkich opcji i wtórujących im dziennikarzy. Aż się boję zabrać głos…
Sprawa pierwsza to zapowiadany rajd rosyjskich motocyklistów przez Polskę do Berlina, drugą jest wypowiedź Jamesa Comeya, szefa FBI, w waszyngtońskim Muzeum Holokaustu.
W obydwu sprawach zachowujemy się histerycznie i obawiam się, że dla postronnego zagranicznego widza raczej śmiesznie, a już na pewno niezrozumiale. Jak niewiele trzeba, by zaraz wylazły na wierzch wszystkie nasze fobie i kompleksy. Co gorsza, w tych fobiach i kompleksach (i niestety tylko w nich!) jesteśmy absolutnie jednomyślni. Od Czarzastego i Wenderlicha, przez Rosatiego, Bartoszewskiego, aż po Hofmana i dalej na prawo od niego.
Sprawa pierwsza, czyli ci nieszczęśni ruscy motocykliści. Nocne Wilki. Chcą sobie urządzić rajd szlakiem zwycięstw Armii Czerwonej do Berlina. Tranzytem przez Polskę. Wykryto, że politycznie sympatyzują oni z Putinem, ich rajd ma zatem charakter polityczny i w swej wymowie jest nam wrogi. Nie wiem, jaka mogłaby być wymowa tego rajdu kilkudziesięciu motocyklistów na harleyach, a choćby i na sowieckich iżach. Z hukiem i rykiem przejadą przez nasze drogi, jak będą musieli zatankować, to za benzynę chyba zapłacą, za noclegi i posiłki też. Jak któryś nie zapłaci, można go zamknąć za kradzież czy oszustwo i ścigać z Kodeksu karnego lub Kodeksu wykroczeń. Jeśli naruszy przepisy ruchu drogowego, tak samo. Gdyby któryś z Nocnych Wilków znieważył Naród Polski – i na to jest stosowny artykuł w Kodeksie karnym. Więc o co chodzi? Cała klasa polityczna i dziennikarze już od tygodnia rozważają: wpuścić ich czy nie wpuścić, a jak nie wpuścić, to na jakiej podstawie? Jeśli będą mieli wizy jakiegokolwiek państwa strefy Schengen, nie mamy podstaw, by ich nie wpuszczać.
Bez tej całej, zupełnie bezsensownej dyskusji, gdyby bez specjalnego nagłaśniania tego w mediach przejechali przez Polskę pilotowani przez policję, złożyli kwiaty, gdzie chcieli je złożyć (m.in. w obozie Auschwitz), i dalej przez Czechy pojechali do Berlina, prawie nikt by tego w Polsce nie zauważył. Tymczasem u nas sprawę nagłośniono z taką histerią, jakby chodziło nie o kilkudziesięciu motocyklistów, ale o kilkadziesiąt dywizji wojska. Z niewpuszczenia ich zrobiono kwestię honoru i postawiono ją tak, jakby chodziło o niepodległość Polski. Głos zabrała sama pani premier. Obawiam się, że jeśli ci motocykliści dostali już wizy niemieckie lub czeskie, i tak trzeba będzie ich wpuścić. I po co to wszystko? Teraz dopiero, po pokonaniu wszelkich przeszkód, kpiąc z bezsiły państwa polskiego, które nie chciało ich wpuścić, ale w końcu musiało, z triumfem i smrodem spalin przejadą przez Polskę.
Poza tym nasi motocykliści jeżdżą na rajdy (pielgrzymki?) do Katynia i Smoleńska. Na pewno nie są one miłe Rosjanom. Pierwszy wypomina im (a choćby tylko przypomina) winy ojców. Zgoda, straszne winy, ale kto lubi, by mu wypominać winy ojców? Drugi ma w tle rzucane przez część polskich elit i mediów pomówienia o zorganizowanie zamachu. Też musi to Rosjan złościć. Na razie jednak nie odmawiali wiz naszym motocyklistom ani uczestnikom pielgrzymek na miejsce katastrofy prezydenckiego tupolewa. Jeśli zaczną uzależniać ich wydawanie od poglądów politycznych polskich pielgrzymów, które będą lustrować, tak jak my lustrujemy ich motocyklistów, pewnie bardzo się oburzymy i będziemy na cały świat krzyczeli, jak nas krzywdzą i szykanują.
Okazuje się jednak, że nasz wróg to nie tylko Putin i jego motocykliści, ale także szef FBI, niejaki James Comey. Ten ostatni, przemawiając w waszyngtońskim Muzeum Holokaustu, powiedział o nazistowskich mordercach oraz ich „wspólnikach z Niemiec, Polski i Węgier oraz wielu innych miejsc”. Wywołało to w Polsce reakcję jeszcze bardziej histeryczną niż zapowiedź rajdu motocyklistów Putina.
O ile wypowiedź Comeya była nieścisła, na pewno niezręczna, to reakcje polskich polityków i mediów były, najdelikatniej mówiąc, obraźliwe. Wedle Władysława Bartoszewskiego, Comey jest „głupim urzędnikiem koło prezydenta Stanów Zjednoczonych”, co bardzo go niepokoi. Otóż FBI to potężna instytucja, policja federalna, a zarazem kontrwywiad cywilny. Ale szef FBI w hierarchii stoi dość daleko od prezydenta, podlega Departamentowi Sprawiedliwości i jego sekretarzowi. Na pewno nie jest to otoczenie prezydenta, jeśli dla Bartoszewskiego to jakaś pociecha. Władysław Bartoszewski i tak był delikatny, nazywając szefa FBI głupcem. Wicemarszałek Sejmu Wenderlich nazwał Comeya kretynem. W licytowaniu się w obraźliwych epitetach dla Comeya wzięli udział i politycy, i funkcjonariusze państwowi wysokiego szczebla. Nawet prezydent Komorowski uznał, że musi zabrać głos, i publicznie zarzucił Comeyowi braki w wiedzy historycznej. Nie wiem, czy to było potrzebne. To tak, jakby prezydent Obama wszedł w polemikę z naszym komendantem głównym policji. Interweniował nasz ambasador w Waszyngtonie, a ambasadora amerykańskiego w Warszawie wezwano do MSZ i wręczono mu notę domagającą się przeprosin. Na razie, w chwili gdy piszę te słowa, Comey ani FBI nikogo nie przepraszają. Może kiedy Stany Zjednoczone uznają, że będzie to dla nich politycznie opłacalne, zdawkowo przeproszą i wyrażą ubolewanie, by zrobić przyjemność sojusznikowi. Gorzej, jeśli Comey zacznie tłumaczyć, co miał na myśli, mówiąc o wspólnikach, i podda pod publiczną dyskusję, czy mordercy z Jedwabnego, postacie opisane w powieści Kosińskiego „Malowany ptak”, chłopi polscy ukazani w naszych filmach, takich jak „Pokłosie” bądź oscarowa „Ida”, albo miejscy szmalcownicy z „Pianisty” mogą być za takich wspólników uznani czy nie. A jak powoła się na wydane przecież także w Polsce książki Jana Tomasza Grossa? A może sięgnie po inne jeszcze argumenty? A co będzie, jeżeli do dyskusji w obronie Comeya włączą się środowiska żydowskie? Potrzebne nam to? Obawiam się, że nagłośnienie tej marginalnej wypowiedzi amerykańskiego urzędnika nie najwyższego przecież szczebla i histeria wokół niej są jakąś niewyobrażalną eksplozją naszych kompleksów i fobii, szkodzącą Polsce znacznie bardziej, niż zaszkodzić mogła ta wypowiedź.

Wydanie: 18/2015

Kategorie: Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy