Pompowanie szpiega

Pompowanie szpiega

Fakty przeczą tezom Macierewicza. Kukliński nie działał na rzecz niepodległości Polski, nie uratował świata przed III wojną, nie był najlepszym agentem w polskim sztabie

Stało się to, co miało się stać. Prezydent Andrzej Duda, na wniosek szefa MON Antoniego Macierewicza, pośmiertnie awansował Ryszarda Kuklińskiego do stopnia generała brygady. Tak oto na naszych oczach wynagrodzone zostały wiarołomstwo i zdrada.

Po co? Jeszcze w lutym, gdy Antoni Macierewicz przesyłał prezydentowi swój wniosek w sprawie awansu Kuklińskiego, mówił, że jego intencją jest okazanie „oczywistej wdzięczności” pułkownikowi za „niebezpieczne” i „intensywne” działanie na rzecz niepodległości Polski. Macierewicz stwierdził też, że wzór Kuklińskiego powinien przyświecać wszystkim, a pośmiertny awans jest aktem, który pokaże, jakie „w trudnych czasach, które są przed nami, ale i w trudnych czasach, które są za nami, są postawy przez państwo polskie aprobowane i które formują nasz naród i naszą świadomość narodową”.

Tyle szef MON. Tylko że, po pierwsze, fakty, które już znamy, przeczą tezom Macierewicza. Kukliński nie działał na rzecz niepodległości Polski, bzdurą są też filmowe tezy, że uratował świat przed III wojną światową. Ba! Nie był też najlepszym agentem amerykańskim w polskim Sztabie Generalnym, poza tym nie wiadomo, na czyje konto tak naprawdę szpiegował.

Po drugie, jego nominacja na generała wprowadza chaos w ład państwowy i społeczny. Jeżeli bohaterem ma być zdrajca, to jak traktować tych, którzy rzetelnie pracowali, budując siłę państwa? Kto ma być wzorem – człowiek, który przekazywał tajne informacje innemu państwu, czy np. budowniczy Portu Północnego, dzięki któremu Polska uzyskała niezależność od dostaw ropy z ZSRR i który do dziś służy krajowi?

Które zachowanie ma być wzorem dla przyszłych pokoleń? Kto ma być symbolem sprzeciwu wobec tamtego ustroju – szpieg innego państwa czy działacze opozycji pracujący z otwartą przyłbicą?

I przede wszystkim: czy żołnierz lub funkcjonariusz państwowy może sobie wybierać suwerena? Wybierać, komu ma służyć, a kogo zdradzić?

Agent – ale czyj?

Ryszard Kukliński funkcjonuje dziś w dwóch postaciach. Pierwsza to ten znany z filmu „Jack Strong”, nowe wcielenie agenta J-23. To wersja zmyślona, częściowo przez komórki CIA, częściowo przez scenarzystów, no i przez propagandystów prawicy. W niewielkim stopniu przypomina prawdziwego Kuklińskiego.

A ten prawdziwy? Jego życiorys jest pełen luk i znaków zapytania. Kukliński, rocznik 1930, zaraz po zakończeniu wojny rozpoczął pracę w Straży Ochrony Obiektów we Wrocławiu. W tamtym czasie była to formacja ściśle współpracująca z Urzędem Bezpieczeństwa i z Informacją Wojskową, które nadzorowali oficerowie radzieccy.
7 marca 1946 r. Kukliński został aresztowany, oskarżono go o napad rabunkowy z bronią w ręku. 13 kwietnia 1946 r. wyszedł z aresztu. Dlaczego?

Odpowiedź na to pytanie mogłyby dać materiały z jego teczki personalnej. Ale ich nie ma. Na przełomie lat 1952-1953, w apogeum stalinizmu, większość dokumentów, ok. 20, została z niej wyjęta. Kto je wyjął? Dlaczego?
W 1948 r., dwa lata po aresztowaniu, Kukliński rozpoczął naukę w Oficerskiej Szkole Piechoty nr 1 we Wrocławiu. W 1950 r. decyzją szefa Sztabu Generalnego WP gen. broni Władysława Korczyca został wydalony z uczelni. Ale już dwa tygodnie później ten sam gen. Korczyc zdecydował o przywróceniu go do szkoły. Sprawą tą zajmował się również główny inspektor szkolenia gen. broni Stanisław Popławski. Ktoś musiał w sprawie 20-letniego podchorążego interweniować, i to ktoś bardzo wpływowy, mający dojścia do najważniejszych generałów w Polsce.
A przypomnijmy, że Władysław Korczyc i Stanisław Popławski byli radzieckimi generałami, jednymi z najbliższych współpracowników marsz. Rokossowskiego. Obaj zresztą, pierwszy w roku 1954, drugi w 1956, wrócili do ZSRR. Innymi słowy, nad młodym podchorążym już wówczas opiekę sprawowała jakaś ważna siła.

Po promocji został wysłany nie do odbycia służby w którymś z okręgów wojskowych, jak to praktykowano, ale do samej centrali, do Departamentu Personalnego MON. I dopiero po dwóch miesiącach skierowano go do służby w 14. dywizji w Pile. Jak tłumaczyć to skierowanie prostego chorążego z Wrocławia do kluczowego departamentu w centrali? To wyróżnienie? Dodajmy jeszcze jeden element – otóż dwa miesiące wystarczały do odbycia szkolenia specjalnego w Oficerskiej Szkole Informacji Wojskowej w Wesołej pod Warszawą.

Ich człowiek w WSW

Kolejne lata życia Kuklińskiego są lepiej udokumentowane. W roku 1951 otrzymał awans na podporucznika. W latach 1950-1953 służył w dywizji piechoty w Pile, potem, aż do roku 1961, z dwuletnią przerwą na Szczecin, w Kołobrzegu. W 1960 r. zdał maturę, potem rozpoczął studia w Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie, a po nich pracę w Sztabie Generalnym.

W Kołobrzegu razem z Kuklińskim służył m.in. ojciec obecnego generała Waldemara Skrzypczaka. Generał tak o tym mówi: „Ojciec i jego koledzy zachowali złe wspomnienia na jego temat. Uważali, że żył ponad stan. Wypominali, że kiedy wszystko było na przydziały, jemu starczało np. na kupienie kutra, przerobienie go na jacht i pływanie. Kiedy inni mieli pustą kieszeń, on na swoje imieniny zapraszał wszystkich oficerów garnizonu. O czym to świadczyło? Ich zdaniem o tym, że Kukliński już w latach 50. pracował dla sowieckiego wywiadu”.

I jeszcze jedno. W roku 2012 Sławomir Cenckiewicz upublicznił w „Uważam Rze Historia” (6/2012) kartę operacyjną Kuklińskiego, która dokumentuje jego współpracę, od 1962 r., z Zarządem II WSW (kontrwywiadem wojskowym) w roli osobowego źródła informacji (OZI).

O ile więc na temat współpracy Kuklińskiego z Informacją Wojskową lub służbami rosyjskimi możemy tylko spekulować, o tyle pewne jest, że od 1962 r. był nie tylko zwykłym oficerem Wojska Polskiego, ale również tajnym współpracownikiem WSW. I to, jak wynika z zapisów w karcie, pożytecznym. „Oficer pozytywnie do nas ustosunkowany. Informuje nas chętnie”, czytamy.

Kukliński ukrywał, że był tajnym współpracownikiem WSW – dziś zatem, zgodnie z obowiązującą ustawą lustracyjną, nie mógłby pełnić funkcji publicznych.

Wykonywał też zadania dla Zarządu I, czyli wywiadu. Obie służby wykorzystywały go, gdy pływał prywatnym jachtem po Bałtyku i Morzu Północnym, zawijając do portów Niemiec, Holandii, Belgii i Francji. Te rejsy odbywały się od roku 1964 aż po lata 70. Kukliński wykonywał przydzielone mu zadania, a po powrocie składał służbom meldunki.

Zadania dla kontrwywiadu i wywiadu wypełniał również podczas pobytu w Wietnamie, od listopada 1967 r. do maja 1968 r. Wietnam w jego życiorysie zajmuje zresztą miejsce szczególne. W opinii wielu badaczy właśnie tam został zwerbowany przez wywiad amerykański.

Tej wersji Kukliński zaprzeczał. Według niego nawiązanie współpracy z Amerykanami wyglądało inaczej. Miało nastąpić latem 1972 r. – załamany interwencją w Czechosłowacji i przebiegiem wydarzeń grudniowych zdecydował się na współpracę, wysłał więc list w podwójnej kopercie do attaché wojskowego USA przy ambasadzie w Bonn, a potem, 18 sierpnia, odbył pierwsze spotkanie w Hadze.

Czy ta opowieść może być traktowana poważnie? Jest przecież oczywiste, że służby z największą ostrożnością podchodzą do oferentów, nie ufają im. Poza tym przedstawienie takiej propozycji w liście to zbyt wielkie ryzyko – nigdy nie wiadomo, co się z nim stanie, do czyich rąk trafi. I w zasadzie trzeba założyć, że będzie kontrolowany przez kontrwywiad niemiecki. A może i inne służby, np. wschodnioniemieckie, które na terenie RFN czuły się jak u siebie w domu. Taki list to gigantyczne ryzyko dekonspiracji. Chyba że owej dekonspiracji Kuliński się nie bał…

Rosyjski trop

Podejrzenia ojca gen. Skrzypczaka dotyczące możliwych „opiekunów” Kuklińskiego nie są odosobnione. Głosów, że miał możnych protektorów, jest więcej.

Nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że w Sztabie Generalnym, miejscu szczególnie chronionym, mógł działać agent, w dodatku taki, który specjalnie nie krył się z tym, że ma zbyt wiele pieniędzy.

Pisze o tym m.in. gen. Franciszek Puchała w książce „Szpieg CIA w polskim Sztabie Generalnym”. Cytuje opowieść ppłk. Józefa Putka, który w latach 70. odpowiadał za ochronę kontrwywiadowczą Sztabu Generalnego. Putek regularnie rozmawiał z Kuklińskim i pytał go: „Rysiu, skąd masz tyle pieniędzy? Ja jestem podpułkownikiem, ty jesteś podpułkownikiem. Ja pracuję w Sztabie Generalnym, ty pracujesz w Sztabie Generalnym. Ja mam dwoje dzieci, ty masz dwoje dzieci. Ja mam pracującą żonę, ty masz pracującą żonę. Ale ja nie mam takiego domu, zachodniego samochodu, jachtu. Rysiu, skąd masz na to pieniądze?”. Mówił, że oszczędził w Wietnamie. Ale za te oszczędności kupił samochód… Nie mógł więc się rozliczyć. Oficer obiektowy napisał o tym raport do swojego zwierzchnika. Był nim płk Gendera, szef oddziału, który odpowiadał za Sztab Generalny.

Ciąg dalszy opisuje w książce „Nogi Pana Boga” Marek Barański:
„– Zawsze gdy namawiałem Gonderę, żebyśmy ostrzej wzięli się za Kuklińskiego, gdy zwracałem mu uwagę na nietypowe zachowanie tego oficera, Gondera nakazywał zostawić go w spokoju. »To porządny człowiek«, mówił, »zostaw go« i »nie czepiaj się«, »nie zapominaj, że to kolega Kiszczaka«…
– Godził się pan z tym, tak po prostu?
– A co miałem robić? Ja spełniałem swój obowiązek, meldowałem. To przełożeni nie reagowali, nie ja.
– Nie reagowali?
– Często odnosiłem wrażenie, że go kryli. (…) Tak, Kukliński był pod jakimś szczególnym parasolem. Wkrótce miałem się o tym przekonać (…). Był ostatni kwartał 1978 r. (…) Mimo że była już mniej więcej dziewiętnasta, byłem ciągle w pracy. Miałem zwyczaj wchodzić do pokojów, w których pracowali oficerowie Sztabu, bez pukania. (…) Tego wieczoru wparowałem tak do pokoju Kuklińskiego. Był już wtedy zastępcą szefa Zarządu I, czyli operacyjnego. Tu zapadały najważniejsze decyzje. Kukliński miał gabinet na pierwszym piętrze. Okna, które wychodziły na więzienie na Rakowieckiej, były zasłonięte roletami. Cześć, wołam od progu, jak to ja… A on stoi przy biurku z aparatem fotograficznym, lampa na biurku jest zapalona. W tej samej sekundzie, gdy ja wchodzę, Kukliński upuszcza aparat do przygotowanej, odsuniętej szuflady i jednocześnie nogą zatrzaskuje drzwi sejfu, który ma za plecami. On wiedział, że widziałem, a ja wiem, co zobaczyłem. Nie interweniowałem ze strachu – nie miałem przy sobie broni, ale on mógł mieć. Obaj zgodnie zagadaliśmy sytuację jakimiś banałami. Wróciłem do siebie i napisałem raport: że zastałem go na fotografowaniu dokumentów, że to działanie bez wątpienia wrogie itd.
– Był jakiś odzew?
– Owszem. Po kilku tygodniach (…) dostałem rozkaz wyjazdu do Kudowy na kurs przygotowujący do służby za granicą. Po pół roku wyjechałem na drugie pół do Ismailii, jako żołnierz XII Zmiany Polskiej Jednostki Specjalnej. Po powrocie skierowano mnie na inne stanowisko. Do pracy w Sztabie Generalnym już nie wróciłem. Po zniknięciu Kuklińskiego mój nowy szef zaprosił mnie na obiad. Po drodze powiedział mi, że Kukliński przepadł, że nie ma go od kilku dni. Pytał, co ja o tym sądzę. »Spieprzyliście sprawę – powiedziałem. – Uciekł wam. Mieliście przecież moje raporty…«. Wtedy dowiedziałem się, że teczka Kuklińskiego była pusta. Moje raporty zniknęły jak kamfora.

Pytanie brzmi: dlaczego nie uciekł pod koniec 1978 r., kiedy był na widelcu? Został przecież złapany na fotografowaniu dokumentów, nie był w stanie rozliczyć się ze swojego majątku. Wtedy się nie bał, a przeląkł się w listopadzie 1981 r., kiedy nic mu nie groziło?”.

Wniosek jest oczywisty – ktoś trzymał nad Kuklińskim parasol ochronny. Kto? Odpowiedź może być dwojaka: albo jeszcze ważniejszy agent CIA, wyżej umocowany, albo służby radzieckie.

Pierwsza ewentualność jest mało prawdopodobna – ryzyko dekonspiracji takiego agenta byłoby zbyt wielkie. Nie ma zresztą sensu poświęcać kogoś ważniejszego dla stojącego niżej w hierarchii. Zostają więc radzieccy…

III wojna światowa

Jednym ze starannie pielęgnowanych mitów dotyczących Kuklińskiego jest to, że uratował świat przed III wojną światową, że przekazał plany wojenne Związku Radzieckiego.

Oczywiste, że nie przekazał, nie miał bowiem do nich dostępu. Zresztą żaden z polskich generałów nie miał do tych planów dostępu, w ramach Układu Warszawskiego Polska otrzymywała tylko te informacje, które dotyczyły zadań jej sił zbrojnych w wypadku konfliktu.

Kukliński mógł za to informować CIA o planach obrony Polski, o stanie polskiej armii, jej uzbrojeniu, zapasach i polskim przemyśle zbrojeniowym. Mógł również przekazywać wiadomości o ćwiczeniach szczebla operacyjno-strategicznego, informacje o lokalizacji stanowisk kierowania państwem i dowodzenia siłami zbrojnymi w czasie wojny, miejscach ześrodkowania wojsk, składowania rakiet, amunicji, paliw itd. Pomagał w ten sposób w typowaniu celów uderzeniowych armii amerykańskiej.

No i przede wszystkim opracowywał charakterystyki polskich oficerów. W tym był dobry, Amerykanie sami przyznali, że głównie tym zajmował się już po ucieczce, w centrali CIA. I że bardzo cenna była jego charakterystyka gen. Jaruzelskiego. Ale co w niej było – możemy tylko się domyślać. Amerykanie nie ujawnili bowiem meldunków Kuklińskiego i raczej ich nie ujawnią. Rozpacza z tego powodu polska prawica…

Wiemy jedynie, że Kukliński przekazał CIA ok. 40 tys. stron materiałów. No i że jego meldunki, podobnie jak meldunki innych agentów, były przed przekazaniem wyżej przetwarzane przez analityków Agencji. Nic w tym dziwnego – każda informacja w wywiadzie powinna być w miarę możliwości zweryfikowana, skonfrontowana z innymi. Poza tym Kukliński nie znał angielskiego, składał meldunki po polsku.

Skąd zatem wzięła się legenda Kuklińskiego, że niemal sam uczył Amerykanów, jak wygląda armia Układu Warszawskiego i jak Zachód powinien przed nią się bronić? Że był kimś bardziej wpływowym i ważniejszym niż setki amerykańskich analityków i sztabowców? Że właśnie on im wszystkim otworzył oczy?

To najprawdopodobniej efekt megalomanii Kuklińskiego. Takie stany zdarzają się wśród oficerów służb specjalnych. Przecież Michał Goleniewski, oficer wywiadu cywilnego, który uciekł do USA, w pewnym momencie zaczął twierdzić, że jest potomkiem cara Mikołaja II.

Ta megalomania, blaga naturalna i wyuczona, bo prowadził podwójne życie od zawsze, oraz umiejętność rozmawiania z dziennikarzami mogły sprawić, że choć Amerykanie mieli w Polsce bardziej użytecznych agentów, zdecydowano się na budowę legendy Kuklińskiego. I zbudowano ją. A blagę widać co chwila.

Hagiografowie Kuklińskiego opowiadają, jak to działał w czasie II wojny światowej w konspiracji, w Mieczu i Pługu. Ta marginalna organizacja została spenetrowana przez agentów gestapo i pod koniec 1943 r. praktycznie przestała istnieć. Jaką więc rolę mógł w niej odgrywać 13-letni chłopiec?

Inna blaga dotyczy ucieczki Kuklińskiego z Polski. On sam opowiadał, że ewakuował się niemal w popłochu, bo już deptała mu po piętach bezpieka. Czyżby? Z relacji oficerów Sztabu Generalnego wynika, że jego zniknięcie było pełnym zaskoczeniem, że nikt go nie szukał. To deptano mu po piętach czy nie?

Co warte zauważenia, po poprzednich ucieczkach oficerów Sztabu Generalnego, Jerzego Sumińskiego i Włodzimierza Ostaszewicza, w Sztabie panował popłoch: wewnętrzne śledztwa, awantury, zmiana procedur, natarczywe pytania Rosjan itd. Po wyjeździe Kuklińskiego nie działo się nic nadzwyczajnego. I nawet wizytujący w listopadzie Warszawę marsz. Kulikow o tym nie wspomniał, jakby nic się nie zdarzyło.

Dlaczego ucieczka Ostaszewicza ich zdenerwowała, a zniknięcie Kuklińskiego nie?

Szeroko powtarzana jest opinia, że Kukliński wyjechał do USA, żeby zapoznać Amerykanów z planami stanu wojennego. A znał je świetnie, bo uczestniczył w ich przygotowaniu. Jego wyjazd był więc elementem gry wywiadów – chodziło o uprzedzenie i uspokojenie Waszyngtonu, że w Polsce nie dojdzie do wariantu węgierskiego.

Jeżeli tak spojrzymy na „ucieczkę” Kuklińskiego, to spełniła ona swoje zadanie. Zwłaszcza że jego wcześniejsze opinie dotyczące nastrojów panujących w Sztabie Generalnym są bardzo ciekawe. Informował np. CIA, że „wiodąca kadra ministerstwa ocenia polityczne osiągnięcia Jaruzelskiego zdecydowanie negatywnie. Krytykuje się go za kunktatorstwo, brak zdecydowania, idealizm oraz patrzenie na świat przez pryzmat własnych oczekiwań, w oderwaniu od rzeczywistości”. Donosił, że w MON często słyszy się zarzut, że Jaruzelski zmarnował okazję naprawienia wielu spraw z pomocą wojska. „Mimo to ma on kredyt zaufania dzięki umiejętnemu lawirowaniu między Sowietami i Solidarnością”.

A dlaczego, dysponując taką wiedzą, Kukliński nie ostrzegł Solidarności? Jak wynika z jego późniejszych słów, dlatego że Solidarności nie ufał i nią pogardzał. Mówił zresztą w wywiadzie dla „Kultury” w 1987 r., że uprzedzenie jej „nie mogło w najmniejszym stopniu udaremnić lub opóźnić wprowadzenia planów w życie”. Jeśli Solidarność uwierzyłaby w jego ostrzeżenie, niemal na pewno doszłoby „do natychmiastowego ogłoszenia strajku generalnego, a w konsekwencji do zorganizowanego oporu w setkach fabryk, zakładów pracy i uczelni”. Do zdławienia oporu ludności sił polskich mogłoby nie wystarczyć i na pewno „do akcji wkroczyłyby również pozostające w strategicznych rezerwach dywizje radzieckie, a nawet czeskie i niemieckie”. A „w wypadku wprowadzenia do działań sił radzieckich nastąpiłaby nie tylko rzeź, ale z całą pewnością także deportacja, taka sama, jaka miała miejsce po stłumieniu powstania węgierskiego w 1956 r.”.

Potwierdził to w 1994 r., dodając: „Kto z tego podnieconego towarzystwa chciałby ze mną rozmawiać?”.

Idol Macierewicza

Oto więc osoba, której Antoni Macierewicz chce budować pomnik. Kukliński pogardzał Solidarnością, mówił o niej: „podniecone towarzystwo”. Ciekawe, czy później śmiał się w duchu, patrząc na to „podniecone towarzystwo”, które składało mu hołdy.

Był na pewno agentem WSW, donosił na kolegów w wojsku. A współpraca z kontrwywiadem wojskowym sięgała najprawdopodobniej czasów Informacji Wojskowej.

Był zdrajcą – pracował dla Amerykanów. Najpewniej – wszystko bowiem na to wskazuje – był również agentem służb rosyjskich. W ogóle w jego życiorysie jest zbyt wiele luk, by patrzeć na niego z zaufaniem. Był blagierem, człowiekiem służb specjalnych, specjalistą od intryg i zakulisowych gier.

Obecne wywyższenie zawdzięcza w zasadzie jednemu – uznano, że szkodził Polsce Ludowej. Że ją zdradził. To jest jego bilet.

Powiedzmy szczerze: jest wielu innych agentów, którzy sprzedawali swój kraj i kolegów. Ich również będziemy po kolei rehabilitować i honorować?

Tym samym poniżać będziemy wszystkich tych, którzy dla tamtego państwa pracowali? Budowali fabryki, które później nowa władza mogła za miliardy sprzedawać? Kształcili inżynierów, ekonomistów, lekarzy, tworzyli…
Jaki znak ta decyzja ma przekazać Polakom? Jaki jest to sygnał dla żołnierzy, policjantów, urzędników państwowych? Że oni również mogą wybierać?

Antoni Macierewicz i Andrzej Duda powinni, nawiasem mówiąc, głęboko się zastanowić, promując taką postawę. Polska w demokratycznym świecie jest dziś przecież na cenzurowanym. Komisja Europejska mówi wyraźnie o zagrożeniu demokracji, o dławieniu Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent Obama, gdy był w Warszawie, publicznie upominał polskie władze i mówił, że jest zaniepokojony stanem naszej demokracji. Jeszcze mocniej wypowiadał się o sytuacji w Polsce Bill Clinton, były prezydent, być może wkrótce małżonek pani prezydent.

Taki stan rzeczy otwiera pole do różnych przemyśleń. Bo jakiej Polsce powinniśmy służyć – tej, w której gwałcona jest demokracja i która lawiruje w stronę Wschodu, czy też tej związanej z Ameryką, z wartościami demokratycznymi? Może więc już w polskiej armii pojawili się nowi Kuklińscy?

A może pojawili się tacy, którzy uznali, że Polska może być bezpieczna i zasobna tylko w sojuszu z Rosją? I właśnie teraz ten sojusz – przekazując materiały – zaczęli budować? Pierwsi oficerowie w nowym Układzie Warszawskim…
Chwaląc wiarołomstwo i zdradę, Macierewicz i Duda nie tylko ściągają na siebie niebezpieczeństwo (mniejsza o to), ale przede wszystkim niszczą ład społeczny. Prowadzą do anomii, do braku poszanowania najoczywistszych zasad. Optymistycznie można stwierdzić, że im się nie uda. Tylko że szkody, które wyrządzają, trzeba będzie naprawiać latami.


Dmowski do Macierewicza: Panowie, źle się bawicie

Co znamienne, fascynację Kuklińskim przeżywają zwłaszcza środowiska odwołujące się do wartości narodowych. To one wciąż domagają się kolejnych zaszczytów dla zdrajcy. Sytuacja o tyle niedorzeczna, że takie myślenie jest w absolutnej sprzeczności z myśleniem Romana Dmowskiego, z jego rozumieniem powinności narodowych i żołnierskich. Dmowski wspominał o tym wielokrotnie, m.in. w pracy „Polityka polska i odbudowanie państwa”, gdzie pisał m.in.:
„Pamiętam, w początku wielkiej wojny przybył do Warszawy pułkownik rosyjski, przysłany przez szefa sztabu armii południowo-zachodniej, generała Aleksiejewa, dla rozmowy z nami w sprawie legionu polskiego, formowanego przy armii rosyjskiej.
W trakcie konferencji, którą kilku z nas z nim odbywało, zapytałem go mimochodem:
– Panowie, macie na swoim froncie legiony polskie po stronie austriackiej. Czy aby się dobrze biją?
– Dobrze – odpowiedział pułkownik.
– To mię bardzo cieszy.
Rosjanin spojrzał na mnie zdziwiony.
– Pułkowniku – rzekłem – chciałbym, żeby Polacy zawsze się bili tylko za dobrą sprawę, ale kiedy się już biją za złą, to chcę, żeby się przynajmniej dobrze bili.
Żołnierz jest odpowiedzialny za to tylko, czy jest dobrym żołnierzem, za swą odwagę, wierność, obowiązkowość. Dowódca jest odpowiedzialny za to, jak tym żołnierzem kieruje. Polityk jest odpowiedzialny za samo użycie wojska. Mnie tu obchodzą tylko politycy, tylko organizatorowie zbrojnych poczynań. I od początku tylko nimi się zajmuję”.
Dobrze byłoby, żeby polska prawica wbiła sobie do głowy te jak najbardziej oczywiste słowa swojego patrona.
Wykład Dmowskiego jest bowiem wyjątkowo jasny: inne powinności stoją przed żołnierzem, inne przed dowódcą, a inne przed politykiem. To abecadło ładu społecznego. Dmowski podkreśla: „Żołnierz jest odpowiedzialny za to tylko, czy jest dobrym żołnierzem, za swą odwagę, wierność, obowiązkowość”. Nie jest od politykowania. Kukliński złamał tę zasadę, zresztą oczywistą we wszystkich armiach świata.
A teraz Macierewicz, Duda oraz inni politycy i działacze PiS z braku obycia, z zacietrzewienia, niezrozumienia, czym jest państwo, łamią ją po raz kolejny.

Wydanie: 44/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Kwal
    Kwal 2 listopada, 2016, 21:29

    Walenciak ja nie myślałem, że z Ciebie taki ćwok…

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. eryk
    eryk 5 listopada, 2016, 16:03

    Był jednak bohaterem, a zarzuty jakie niestety w tym artykule są przedstawiane, świadczy o tym, że każdy ch..j na swój strój! Szkoda, że lewica też sięga po metody pisowskie. Przykre!

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Łukasz Grzesiczak
      Łukasz Grzesiczak 6 listopada, 2016, 21:56

      Jaki bohater za kasę ? który sprzedaje własny kraj nie ważne w jakim kolorze był ówczesny kraj to Zdrajca wszędzie na świecie taki facet ma czapę a u nas się go honoruje. Polecam poczytać trochę jak na takich polują służby specjalne każdego z wywiadów. Ale co dziwnego jak szefem MON jest facet który w innym kraju dostałby kulkę w łeb za zdradę stanu, odpowiedzialny za rozwalenie wywiadu wojskowego wsypanie polskich informatorów na całym świecie gdzie indziej na świecie taki absurd można oglądać?

      Odpowiedz na ten komentarz
  3. JERRY2011
    JERRY2011 5 listopada, 2016, 20:34

    BYL PARSZYWYM PLATNYM ZDRAJCA

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Robert KemperRK
    Robert KemperRK 12 listopada, 2017, 16:55

    Zdradzać własną Ojczyznę. Oto wzór do naśladowania Macierewicza.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „JERRY2011Anuluj pisanie odpowiedzi