Poprawianie reformy edukacji

Poprawianie reformy edukacji

Nigdy nie uważałem, by gimnazja to był pomysł rozsądny, ale przecież nikt ich nie będzie likwidował Rozmowa z Włodzimierzem Paszyńskim, wiceministrem edukacji – W zamieszaniu związanym z dyskusją o maturach ucichła debata o wyrównywaniu szans, haśle chyba najważniejszym dla SLD. I w tej sprawie nie zgadzacie się z poprzednikami. – Wyrównywać szanse należy przede wszystkim w wieku przedszkolnym albo wczesnoszkolnym. Tymczasem poprzednie władze resortu zadecydowały, że szkołą, która ma to czynić, będzie gimnazjum. To absurd. My chcemy obniżyć wiek startu szkolnego do sześciu lat. Niestety, nie da się tego zrobić w tym roku, z przyczyn finansowych. Mam nadzieję, że za rok znajdą się w budżecie pieniądze na objęcie przynajmniej części sześciolatków obowiązkiem szkolnym. Będziemy także prosić samorządy, żeby nie zmniejszały kwot wydawanych na opiekę przedszkolną. – A podręczniki? Mamy stosy całkiem nowych, kolorowych książek, które – zdawałoby się – można dopasować do każdego ucznia i jego możliwości. – Rzeczywiście. Wyrównywanie szans to także praca nad podręcznikami szkolnymi i programami. Rynek podręczników rozrósł się w ostatnich latach ogromnie, ale nikt nad nim nie panował. MEN także. W konsekwencji programów jest bardzo dużo, panuje chaos, nauczyciel nie jest w stanie dokonać wyboru, bo nie jest w stanie poznać całej oferty. Zwyczajnie nie stać go na zakup wszystkich książek. Efektem są wybory niekiedy przypadkowe, nie zawsze merytoryczne, czynione także pod wpływem różnych chwytów stosowanych przez wydawców. Nie chciałbym powrotu do sytuacji – jeden podręcznik do jednego przedmiotu, ale na pewno łatwiej jest wybierać wśród kilku niż wśród kilkunastu książek. Tyle że nie jest to sytuacja, którą uda się opanować w ciągu kilku miesięcy. Jednak chcemy, by minister edukacji, wykorzystując recenzje najznakomitszych i powszechnie uznanych autorytetów, mógł wrazić opinię, które podręczniki są – według niego – najwyższej jakości. Podstawowym weryfikatorem pozostanie rynek. Trzeba go jednak porządkować – nie administracyjnie, rzecz jasna, jedną decyzją, a ewolucyjnie, promując to, co najlepsze. Wyrównywanie szans to także zajęcia pozalekcyjne, których jest zdecydowanie za mało. Jednak na ich przywrócenie także niezbędne są pieniądze, i to niemałe. Szczęśliwie samorządy są tego faktu świadome i, jeśli tylko mają środki, starają się te zajęcia organizować. – A jak pan ocenia to, w co przerodziła się szkoła w ostatnich latach, gdy stała się placówką oferującą tylko wiedzę? – Staramy się w porozumieniu z innymi resortami przywrócić niektóre przynajmniej funkcje opiekuńcze szkoły. Jeżeli dziecko jest głodne, to nie powinno z niej wyjść bez posiłku. W szkole także, szczególnie to najmłodsze, powinno być zdiagnozowane. Teraz, kiedy wyprowadzono ze szkół lekarzy i pielęgniarki, często nie mamy wiedzy o stanie zdrowia ucznia, nie wiemy, czy kiepsko widzi, czy źle słyszy. A to także ma związek z wyrównywaniem szans edukacyjnych. Bliskie temu tematowi są również tak dyskutowane zewnętrzne egzaminy. Czy one na pewno służą wyrównywaniu szans? Zachodnie badania wykazują, że dzieci ze środowisk zaniedbanych gorzej wypadają na tych egzaminach. A miało być odwrotnie. – Rozmawiamy o powrocie do elementarnych funkcji szkoły. Tymczasem zmiany w oświacie były przyjmowane przed kilkoma laty entuzjastycznie. Mówiono o postępie, nie o budowaniu fundamentów. Proponowane zmiany przyjmowano z zaufaniem jako symbol nowoczesności. Czy wszystko, co powstało, zostanie zburzone? – Reforma szkolna startowała z ogromnym hukiem medialnym, towarzyszyły jej fanfary. Społeczeństwo uwierzyło, że dokonuje się właściwych zmian. Po paru latach – widać to także w badaniach opinii publicznej – okazało się, że te fanfary nie były niczym uzasadnione. Tylko niewielka część społeczeństwa (ok. 20-25% – wynika to z badań!) uważa, że reforma zmieniła obraz szkoły. I oto mamy do czynienia z takim żądaniem: doszliście do władzy, natychmiast to zmieńcie. Ale, niestety, sensowne zmiany w oświacie muszą mieć charakter ewolucyjny. Mówię o tym z przykrością, bo oczekiwanie społeczne jest inne. Jednak niczego nie da się zrobić z dnia na dzień. Oto np. powstało w kraju ponad 5 tys. gimnazjów. Nigdy nie uważałem, by był to pomysł rozsądny, ale przecież nikt ich nie będzie likwidował. Musimy tę żabę jeść, problem w tym, jak uczynić potrawę bardziej lekkostrawną. To też wymaga czasu. Dobrym przykładem możliwych zmian jest nasza propozycja nowej struktury szkolnictwa ponadgimnazjalnego, która ma już dzisiaj kształt prawa. Sądzę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 03/2002, 2002

Kategorie: Wywiady