Posady do podziału

Posady do podziału

Kto zyskał, kto stracił, a kto rozczarował w 2006 roku

To nie był zaskakujący rok. Na dobrą sprawę większość wydarzeń politycznych, które zdarzyły się w roku 2006, można było przewidzieć. Karty zostały przecież rozdane wcześniej, najpierw gdy weszliśmy do Unii Europejskiej, a potem w wyborach 2005 r., więc wszystko, co się zdarzyło po, było już tylko konsekwencją wcześniejszych decyzji.
Dobra sytuacja gospodarcza? Unia Europejska nas napędza, tak jak pozostałe dziewięć państw, które razem z nami weszły do Wspólnoty. Więc, owszem, trzeba podziękować za spadek bezrobocia premierowi. Premierowi Blairowi oczywiście.
Awanturnictwo Kaczyńskich, którzy inaczej niż przez szukanie wroga prowadzić polityki nie potrafią? Toż lata całe temu mówił tak o nich Lech Wałęsa, mówili też inni. Lista tych, których Kaczyńscy ogłosili w minionym roku wrogami ludu, jest długa, są to i lekarze, i sędziowie, i dziennikarze, i Jan Rokita, a gdy zabrakło wrogów w kraju, zaczęli szukać ich w Rosji, a potem w Niemczech. Dziś doszło do tego, że publicyści sympatyzujący z PiS tłumaczą, by tymi wojnami Kaczyńskich się nie przejmować, że oni tak sobie mówią… Bardzo to osobliwa rada, traktować słowa prezydenta i premiera jak niegroźne bajdurzenie…
Co do koalicjantów, zwanych przystawkami: koalicja Samoobrony i LPR z PiS wobec klęski PO-PiS była naturalna. No i naturalne są jej skutki. Nikt przytomny nie spodziewał się również więcej po Romanie Giertychu i Andrzeju Lepperze. No i po posłach PiS, którzy latem, jak była susza, w sejmowej kaplicy modlili się o deszcz, a całkiem niedawno chcieli obwołać Jezusa Chrystusa królem Polski. W przerwach zaś między tymi zajęciami zajmowali się lustracją i teczkami.
Słabość opozycji? Rok temu pisaliśmy, że Donald Tusk to nie jest format lidera opozycji, że jeszcze nie teraz. Cóż do tych słów dodawać?
Słabość lewicy? Hm, mało elegancko jest powoływać się na swoje własne teksty, ale o tym również rok temu, w tymże miejscu pisaliśmy. W roku 2006 Centrolewica obroniła się w wyborach samorządowych, jest trzecią siłą, ale nie widać, by miała pomysł, jak kontynuować rozpoczęte dzieło. To nie jest ewenement, w Polsce już bywało, że był elektorat, który nie miał swych przedstawicieli, ale nigdy nie był to tak liczny elektorat! LiD, czyli Lewica i Demokraci, zebrał 14% głosów, Polaków o poglądach centrowych i lewicowych jest, lekko licząc, 25-30%. Zaryzykujmy prognozę: to jabłko dojrzewa i spadnie do koszyczka Aleksandra Kwaśniewskiego, no, chyba że on sam tego nie będzie chciał.
Co jeszcze?
Rok 2006 był rokiem moszczenia się zwycięzców, mogliśmy poznać tę PiS-owską ekipę. Nie jest duża, to kilka kręgów wtajemniczonych. W samym centrum są Kaczyńscy, potem grupa ich wieloletnich współpracowników, potem grupa zaufanych posłów, no i dziennikarzy, którzy rozprowadzili się po publicznych mediach i dziś bronią PiS jak niepodległości. Ot, i cała formacja. Biznesu tu niewiele, podobnie jak specjalistów od spraw zagranicznych. Rok 2007 będzie tak naprawdę pierwszym rokiem oceny ich działań. Będziemy więc mieli huśtawkę nastrojów – jednego dnia Jarosław Kaczyński będzie w cieniu (tak mu radzą spin-doktorzy, bo gdy się nie odzywa, to poparcie mu rośnie), drugiego dnia będzie w centrum wydarzeń, siepał i oskarżał, bo natura weźmie górę. Oczywiście, dostawę aktualnych wrogów ludu i braci Kaczyńskich będziemy mieli regularną. Tak jak opowieści o rewolucji moralnej. Tak będzie działać ta machina. Ale już zacznie szwankować, wymagać pierwszych poprawek. Co z tego wyniknie – dowiemy się za rok.

W GÓRĘ

Jarosław Kaczyński – spragniony miłości (poddanych)
Niewiarygodnie nadąsany człowiek. Nikt po roku 1989 nie miał w Polsce takiej władzy, rządzi wszystkim, czym chce: i bezpieką, i bankami, i rządem, i prezydentem, a jeszcze mu mało. Skarży się, że opozycja nie uznała wyników wyborów, że nie składa hołdów, a on sam jest obiektem bezprecedensowych od setek lat ataków. W gazetach. Boli go, że media go nie kochają, a on chciałby miłości i pochwał. Od tych łże-elit i lumpeninteligentów. Co prawda, red. Igor Zalewski pisuje o nim, że jest fajny i lubi żartować, ale, zdaje się, to za mało. To nie o tę wazelinę chodzi.

Sławoj Leszek Głódź – hetman
Patron koalicji, która rządzi Polską. To on godził Kaczyńskiego z Lepperem. Z kolei Kaczyński, gdy był w Watykanie, zabiegał u papieża o jego nominację na prymasa. Benedykt XVI odesłał go z kwitkiem. Abp Głódź ma głowę na karku – gdy wybuchła afera z lustracją abp. Wielgusa, szybko przyłączył się, ku rozczarowaniu PiS, do oburzonych biskupów. Ba, wyrósł na ich rzecznika, na obrońcę niezależności Kościoła od polityków. Słusznie, bo nic nie zaryzykował, a jest w grze. I to jako hetman, a nie pionek.

Aleksander Kwaśniewski – postrach Kaczyńskich
Jeżeli nawet Lech Kaczyński nie straszy nim swojej wnuczki, to na pewno ma na to ochotę. Bo niczego bardziej Kaczyńscy się nie boją od powrotu byłego prezydenta do polskiej polityki. Każda wzmianka, że zjadł z kimś obiad albo coś zamierza, to dla PiS-owskiej załogi alarm na okręcie, oni powrotem Kwaśniewskiego bardziej się pasjonują niż Lewica i Demokraci. A Kwaśniewski, jak to on, nie gra i gra. Nie wiadomo, czy chce, czy nie chce, ale na pewno nie musi. Im więcej lat, tym ostrożniejszy.

Marek Borowski – gwiazda czy kometa?
Przegrał wybory w Warszawie, ale tak, że je wygrał. W kampanii pokazał się światu, Europejczyk, komputer, Marcinkiewicz przy nim to był kelner. Potem, przed drugą turą zalicytował wysoko i przegrał, bo Platforma nie ogłosiła sojuszu z LiD. Ale to jego nawoływania (i Kwaśniewskiego) zadecydowały, że Hanna Gronkiewicz-Waltz została prezydentem. Ona została, a on zniknął. I teraz ludzie się zastanawiają, czym był występ Borowskiego w Warszawie – czy to była gwiazda, czy tylko kometa?

Hanna Gronkiewicz-Waltz – siłaczka
Prezydentka Warszawy. Pięknie wygrała kampanię, chociaż Rokita rzucał jej kłody pod nogi, a i Tusk niewiele pomagał. Za to pomógł Kwaśniewski. Teraz Gronkiewicz-Waltz rządzi stolicą i to cud, że nie osiwiała, gdy zobaczyła, jak to wszystko po PiS wygląda. Zawalające się estakady i mosty, o których przez ostatnie lata nikt nie myślał, dziury w drogach, brak planów, źle rozpisane przetargi, przetracone miliony, słowem – dzika wioska. A za rok ci wszyscy, których powinna zawlec do prokuratury, rzucą się jej do gardła. Dlatego warto się przyglądać, jak sobie będzie radzić Hanna Gronkiewicz-Waltz. Bo mniej więcej tak samo Piąta Rzeczpospolita będzie sprzątać po Czwartej.

Jacek Majchrowski – prezydent z Krakowa
Profesor z Krakowa, umiarkowany, elegancki, ważący słowa i czyny. Kto by pomyślał, że działa jak niszczyciel. Najpierw Ziobro nasłał na niego swoich prokuratorów. I nic. Potem w telewizji występował Rokita i wołał głośno do krakusów, żeby na Majchrowskiego nie głosowali. A oni zagłosowali. Przypadek Majchrowskiego (a i innych prezydentów miast) dowodzi, że liczy się człowiek, a nie partyjna nalepka na czole. Dobra nalepka głupiemu nie pomoże, zła – mądrego nie obali. Niby banał, ale w takim np. SLD to tajemna wiedza.

W DÓŁ

Jan Rokita – samobójca roku
Samobójca roku. Pięknie prezentuje się w mediach, gdzie gada, gada i gada. Ale poza tym talentów politycznych nie ma za grosz. Przed drugą turą wyborów w Krakowie mówił na zamkniętym posiedzeniu PO, że Ryszard Terlecki jest kiepskim kandydatem. Ale w spotach wyborczych zapewniał, że jest najlepszy. Tak traktuje obywateli. Teraz wypychają go z Platformy, której, podlizując się PiS, zepsuł świętowanie zwycięstwa w wyborach samorządowych. Wraca więc na swoje ulubione miejsce – outsidera-gaduły.

Lech Kaczyński – ksero
W roku 2006 poznawał świat, po raz pierwszy w życiu pojechał do Niemiec. Wciągnęło go to, więc teraz jeździ na szczyty Unii Europejskiej, w zastępstwie premiera. Wie już, że jak ktoś mówi kartofel, to nie trzeba się obrażać, a jak mówi shake hand, to trzeba podać rękę.
W polityce wewnętrznej nie zaskakiwał, zawsze powtarzał, że jego brat ma rację, a wszystkiemu winne są Platforma i SLD. Mówiono, że będzie to prezydent wszystkich Polaków, a wyszedł prezydent brata i PiS. Skarżą się też w pałacu, że mało kto interesuje się inicjatywami prezydenta, że jest obojętność. Boże – a kto będzie zwracał uwagę na ksero, jak ma oryginał?

Roman Giertych – facet z biegunką
Małpa z brzytwą. Co chwila występuje w telewizji i coś opowiada, widać, doszedł do wniosku, że tak wygląda politykowanie. Biegunka infantylnych pomysłów, bez ładu i składu. Gdy słabo wypadły matury, ogłosił amnestię dla dwójkowiczów, gdy powiesiła się molestowana przez szkolnych kolegów gimnazjalistka, ogłosił program „Zero tolerancji” i chce wprowadzać do szkół emerytowanych wojskowych. Interesują go uczennice w ciąży, chce, by religia była przedmiotem maturalnym. Oto uczeń ze szkoły Giertycha – prawie głupek, ale za to grzeczny, religijny i w mundurku.

Andrzej Lepper – ten, który dał władzę Kaczyńskim
Jeśli wierzyć gazetom, najbardziej rozerotyzowany polski polityk. Ma kłopot, bo za Ministerstwo Rolnictwa i kilka trzeciorzędnych stołków oddał Kaczyńskiemu swoją twarz obrońcy najbiedniejszych. Lepper z lancią i BOR-owcami to już nie jest nasz Jędrek z barykady. Teraz rozrywają go po kawałku. Ot, polityka. Dał Kaczyńskim 46 posłów, dał władzę, niewiele z tego ma, a oni jeszcze spluwają na jego widok. Więc miejsce w historii ma zaklepane – bo nikt jeszcze w polskiej polityce nie dał tak wiele za takie nic.

Minister finansów – z króla kasjer
W ubiegłym roku Rzeczpospolita miała pięciu ministrów finansów, więc co dwa miesiące (z kawałkiem) kto inny ministerstwem kierował. Nikt ich nazwisk już nie pamięta, może poza Zytą Gilowską. Ale ona z kolei też jest bez wielkiego znaczenia, przetrącona lustracyjnym procesem, wisząca na łasce Kaczyńskiego. I o to chodzi – kiedyś minister finansów to była druga, trzecia osoba w państwie, ona mówiła, inni słuchali. A teraz? Teraz to kasjer.

Jacek Kurski – bulterier da głos
Ostatnio o nim ciszej. Złagodniał? My stawiamy tezę, że ma grono następców, wystarczy przecież otworzyć niektóre gazety… Poza tym, nadchodzi czas zapłaty. Zdaje się lada moment będzie musiał odszczekać jedno ze swoich kłamstw – że PZU sfinansowało Donaldowi Tuskowi billboardy. Bulterier da głos.

NA ZERO

Donald Tusk – pływak
Podobno dyktator, tak mówią o nim wrogowie. Mój Boże, bardziej ten zarzut opisuje ich inteligencję niż samego Tuska. To żaden dyktator, raczej partyjny rozprowadzający niż charyzmatyczny wódz. Bo przecież dlatego ta Platforma wierzga, że nikt w tę charyzmę nie wierzy. Tusk stracił rok, nie zbudował niczego, to prowadził rozmowy z Kaczyńskimi o koalicji, to się z nimi kłócił, na kilometr było widać, że w tym wszystkim chodzi o gołą władzę, a nie o jakieś zasady. No i wreszcie ta władza przyszła do Tuska, przyniósł mu ją w zębach Lepper, kiedy Kaczyński wyrzucił go z rządu. Tzw. rząd techniczny i wybory do Sejmu w listopadzie były w zasięgu ręki. Ale Donald poczuł się zmęczony i wyjechał na urlop do Egiptu. Popływać. Taki to mąż stanu.

Kazimierz Marcinkiewicz – Kazio
Zaczął dobrze, ale koniec miał marny. Był premierem, ale z tego fotela odwołał go Jarosław Kaczyński. Jednym ruchem palca. Potem chciał być prezydentem Warszawy, ale przegrał z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Do dziś nie wyszedł z szoku.
Polityk, który cieszy się największym zaufaniem, więc już na tym budowano konstrukcje. Że z Rokitą, że nowy PO-PiS, że jak Kaczyńskiemu noga się powinie… Mąż opatrznościowy prawicy – wieszczyli publicyści. To były śmieszne dywagacje, bo jak przyszło co do czego, to Marcinkiewicz udał się do Kaczyńskiego, by pokornie prosić o posadę. Po paru tygodniach upokarzających oczekiwań dostał bank. PKO BP. On, nauczyciel fizyki. Kazio chce sprawdzić się w biznesie, czy Kazio chce trochę zarobić?

Wojciech Olejniczak – jedzie czy buksuje?
Wyszedł na remis. Zbudował koalicję LiD, nagiął do niej SLD. W ten sposób zamiast 7 zgarnął 14%, z nadziejami na więcej. Wynik LiD pokazał, że centrolewica żyje i żyć będzie, a wyniki wyborów prezydentów miast (kandydaci centrolewicy wygrali w sześciu miastach wojewódzkich) nastraja jeszcze bardziej optymistycznie. Ale poza tym buksuje. Tak jak przez lata splątane było PSL, tak teraz splątany jest SLD, starymi układami i wpływami zasłużonych towarzyszy. Póki sobie z tym nie poradzi – nie ruszy na krok. Tak czy inaczej – jeśli chce być w grze, musi przeprowadzić swą partię przez jeszcze jedno Morze Czerwone. Chyba że chce poczekać na Kwaśniewskiego…

Przemysław Gosiewski – majordomus
Drugi po premierze. Cała Polska wie, że może wszystko, bo załatwił stację we Włoszczowie. W Kancelarii Premiera jest od pilnowania ministrów i załatwiania wszystkiego. To go kręci. Wierny majordomus, wiadomo, że Kaczyńskiemu nie zagrozi, bo bez niego jest nikim, że jest to żaden Marcinkiewicz.
A przy tym niespotykanie ambitny człowiek. Cały ubiegły rok biegał od stacji do stacji, by udzielać wywiadów, aż wreszcie poradzono mu, by przyhamował, bo Prawu i Sprawiedliwości zaczyna spadać. W ten sposób osobisty czar i wdzięk ministra Gosiewskiego, tudzież oryginalna dykcja stały się towarem bardziej deficytowym.

  1. Tadeusz Rydzyk – kingmaker
    Gdy świętował 15-lecie swego radia, to przyjechał premier, trzy czwarte rządu i pani Elżbieta Kruk, szefowa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wszyscy bili brawa, gratulowali i byli usłużni. Wożono go policyjną limuzyną. Nic dziwnego, bo bez ojca Tadeusza Jarosław Kaczyński byłby dziś prostym posłem, a PiS partią, która cieszy się, że Platforma dopuszcza ją do trzech ministerstw.
    Jak długo potrwa ta miłość? Ano zobaczymy. I Rydzyk, i Kaczyńscy to dżentelmeni kapryśni. Pierwsze rysy na ich wielkiej przyjaźni już zresztą mamy, bo Radio Maryja poparło abp. Wielgusa, którego PiS-owscy dziennikarze topili. No i Kaczyński wpuścił do innej katolickiej stacji telewizyjnej potężnego Murdocha, więc widać, że gra na kilka frontów. Ale wciąż to bardziej rysy niż wyrwy.

Jerzy Szmajdziński
Chwalą go nawet Kaczyńscy. Że MON to ministerstwo, w którym sprawy szły dobrze. Spokojny, kompetentny, przewidywalny. To nie jest facet, który zrobi show a la Rokita, albo a la Kurski, za to wiadomo, że jak mówi, że coś jest zielone w żółte kropki, to rzeczywiście jest to zielone w żółte kropki. Numer 2 w SLD, bez jego poparcia Olejniczak miałby pod górę, a LiD by nie było. Jest w polityce ponad 20 lat i w różne wiraże zdarzało mu się wpadać. W tych wirażach upadały kariery dziesiątków mniej lub bardziej błyskotliwych działaczy. A Szmajdziński jechał dalej. I niech będzie to memento dla tych dzisiejszych, mniej lub bardziej rozgrzanych politycznych gwiazd.

Antoni Macierewicz – skrót myślowy
Baron Münchausen polskiej polityki. Już myśleliśmy, że pożegnamy się z nim na zawsze, tymczasem wrócił. Premier Kaczyński mianował go likwidatorem WSI. Macierewicz do tego zbożnego dzieła zaprosił największych oszołomów, jakich tylko można znaleźć w Polsce. Z likwidacji WSI powstał raport. Czyli zapis obsesji likwidatorów plus lista nazwisk, jakie udało im się wyciągnąć z archiwów. Tak wyszło poręczne narzędzie, za pomocą którego można strzelać do wroga. Tak jak strzelono Suboticiem w TVN. Teraz dostał to prezydent i on będzie mógł ujawniać to, co będzie chciał, wedle swego zapotrzebowania i swojej woli. A jak czegoś zabraknie, to się doniesie, bo Macierewicz zaklepał sobie możliwość pisania aneksów. Oto bolszewia w biały dzień. Na szczęście, jest jeszcze duch w narodzie, bo gdy Macierewicz powiedział, że większość byłych szefów MSZ w III RP to sowieccy agenci, pół Polski walnęło pięścią w stół. I musiał to odszczekać. Konfabulant i obsesjonat, dostał po nosie. Ale nie łudźmy się, niczego go to nie nauczyło.

Sławomir Skrzypek – słuchacz
Jarosław Kaczyński mówi o nim, że jest inteligentny i wykształcony, więc ma kwalifikacje, by być prezesem NBP. Słaba to reklama, inteligentnych i wykształconych są w Polsce miliony. Ale tylko Skrzypek cieszy się zaufaniem Kaczyńskich. Od wielu lat służy im wiernie, z ich ręki dostaje kolejne posady. Kluczowe, jeśli chodzi o partyjne interesy – jest więc prezesem m.in. rad nadzorczych telewizji, oraz Banku Ochrony Środowiska (gdzie wiceprezesem został skarbnik PiS), p.o. prezesem PKO BP (p.o., bo nie spełnia kwalifikacji na stanowisko prezesa), był u Lecha Kaczyńskiego wiceprezydentem Warszawy odpowiedzialnym za inwestycje. Te walące się mosty i estakady, których nie wyremontowano na czas, to jego zasługa.
Nie opowiadajmy więc głupot o rzekomym wykształceniu i kursach Skrzypka, bo to nie ma nic do rzeczy. Ważne, że jest posłuszny.

ROZCZAROWANIA

Zbigniew Ziobro – towarzysz Elliot
Tygodnik „Wprost” uznał go za Człowieka Roku 2006. I napisał, że to polski Elliot Ness. Ten Elliot Ness, gdy Jacek Kurski opowiadał, że PZU fundowało Tuskowi billboardy, przyniósł na konferencję prasową niszczarkę, by pokazać, że kwity z tej transakcji zostały pewnie zniszczone. A gdy obejrzał taśmy Beger, to orzekł, że Lipiński nic zdrożnego nie mówił. Taki gołąbek. Swoich nie tyka. Oto cały Ziobro – konferencja prasowa co parę dni, dużo wrzasku, a i tak wiadomo, że chodzi o partyjny interes.

Marek Jurek – brodawka
Miał kiepski rok, bo umarł jego idol – generał Pinochet, ten, który wymordował kilkadziesiąt tysięcy rodaków. Ale komunistów, więc dla Marka Jurka pewnie to dobry uczynek.
Teoretycznie Marszałek Sejmu, w praktyce sierżant PiS.
Samodzielny jak brodawka.
Z sejmowej mównicy strofuje posłów, gdy mówią coś nie tak o jego partii, niewygodne dla rządu projekty chowa głęboko do szuflady, wygodne – kieruje pod obrady. Posłuszne nic.

Bronisław Wildstein – program partii programem TVP
Porozmawiał z Jarosławem Kaczyńskim i został szefem telewizji publicznej. Trzy kanały plus Polonia i tematyczne. Wyczyścił telewizję do spodu, są tylko Dorota Gawryluk, Piotr Semka i program „Misja specjalna”. Jakby pomyliła mu się rewolucja moralna z rewolucją kulturalną. Wyczyścił i stanął w rozkroku, bo oglądalność mu spada, odpływają reklamy, a on nie wie, co robić. Więc opowiada, że walczy z układami, przecina, a układy stawiają opór. Wiadomo, walka klasowa zaostrza się w miarę budowy socjalizmu. A program partii programem TVP.
To zadziwiające, jak inteligentni skądinąd ludzie w pewnym momencie zaczynają opowiadać głupoty żywcem wyjęte ze stalinowskich czytanek. I jak ludzie, którzy głowy nadstawiali za demokrację, gdy wzięli władzę zachowują się jak najbardziej tępi PZPR-owscy aparatczycy.

Anna Fotyga – pośmiewisko
Co tu pisać – pani, która w normalnych czasach nie miałaby w MSZ szans na fotel choćby wicedyrektora departamentu, teraz zasiada przy biurku Rotfelda, Cimoszewicza, Geremka, Bartoszewskiego, Rosatiego, Olechowskiego, Skubiszewskiego. Szefową MSZ została, bo spełniała dwa warunki – znała angielski i znała Lecha Kaczyńskiego.
Spędza masę czasu antyszambrując w Pałacu Prezydenckim. Słusznie, to czytelny komunikat – może nie jestem za mądra, ale za to wierna. Uciekają jej z MSZ wiceministrowie, nie wie kim obsadzić kilkanaście ambasadorskich stanowisk, odwołuje spotkania i rozmowy. Pani Aniu, MSZ to naprawdę coś więcej niż biuro podróży pana prezydenta…

Adam Lipiński – kucharz polityki
Prawa ręka Jarosława Kaczyńskiego, swego czasu szef PC i redaktor naczelny tygodnika „Nowe Państwo”, z którego wywodzą się chwalący PiS dziennikarze. Polska zobaczyła go, jak był w pokoju posłanki Renaty Beger. Siedział w fotelu, miał krótkie skarpetki i duży notes. Notował, jakie posady chce posłanka za to, że będzie głosować, tak jak chce PiS. W zamian obiecywał, że państwo zapłaci jej długi, a państwowi urzędnicy zajmą się jej problemami z prawem. Nie, nie była to propozycja korupcyjna, broń Boże, mamy na to słowo Zbigniewa Ziobry. A co?
Potem PiS-owscy dziennikarze opowiadali, że nie powinniśmy się tym gorszyć, bo tak wygląda kuchnia polityki. No faktycznie, smakowicie.

Ludwik Dorn – władca cieciów i lokajów
W Sejmie zazdroszczą mu przede wszystkim żony. Bo nie dość, że młoda, że trzecia, to jeszcze uprawia body painting. Jak w Sejmie mówią, ona maluje nagie panie, a on może sobie popatrzeć. Mniej zazdroszczą mu resortu MSWiA, bo czego tu zazdrościć? Dorn rok temu ogłosił się „krwawym Ludwikiem” i mówił, że oczyszcza MSW z pijaków. No faktycznie, oczyścił. Jego dyrektor departamentu kazał policjantom wieźć się z warszawskiej knajpy do Siedlec, a jego wiceminister wysyła policjantów po wieśmaki do MacDonalda. Dla koleżanki z rządu. Takie są za Dorna zwyczaje, że policjanci robią za cieciów i lokajów.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski – tropiciel
Zaangażowany jest w działania Stowarzyszenia Brata Alberta – i za to go cenimy. Poza tym nieustraszony pogromca Kościoła. Józef Glemp nazwał go nadubowcem, a potem przepraszał. Zupełnie niesłusznie. Bo co najmniej połowa duchownych w Polsce czuje do niego to samo, co czuli działacze PZPR do Józefa Światły w roku 1950. I nie jest to szczera sympatia i głębokie zaufanie. Tylko raczej uczucie, jakie żywi się do gościa, który grzebie w twojej teczce, na wpisy do której nie miało się żadnego wpływu, i nigdy nie wiadomo, co z niej wyciągnie.

Elżbieta Kruk – pismakerka
Kolejna zaufana Lecha Kaczyńskiego. Gdy był ministrem sprawiedliwości, była szefową jego gabinetu politycznego. Zaraz po wyborach 2005 r. PiS pchnęło ją do Komisji ds. Służb Specjalnych. Ale chwilę potem została szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Widać więc, co dla Kaczyńskich jest najważniejsze. Pilnuje w mediach PiS-owskiego porządku. Gromi prywatne media karami, księdzu Rydzykowi rozpostarła za to czerwony dywan.
Sfotografowano ją, jak wracając z pracy wysyła kierowcę po piwko. Nas to nie dziwi, po takiej robocie każdy by chciał zalać robaka.

Artur Górski – pijarowiec
Poseł PiS, autor projektu uchwały Sejmu, żeby intronizować Jezusa Chrystusa na króla Polski. W ten prosty sposób załatwił Polsce wzmianki na pierwszych stronach najpoważniejszych światowych gazet.

NADZIEJE

Leszek Balcerowicz – wchodzi do gry
Niby stracił ważne stanowisko, nie został na drugą kadencję prezesem NBP, ale trzyma fason. Zapowiedział, że będzie się zajmował polityką krajową – więc drżyjcie, PiS-owcy, bo nie będzie miał dla was litości. Już wyszydził Marcinkiewicza-bankiera (jeśli ktoś mówi, że ma on kwalifikacje na prezesa banku, bo kierował państwem, to pytam: czy chciałby, by operował go Marcinkiewicz?), szydzi ze Skrzypka – prezesa NBP. I nie ma co się obrażać, bo ma rację.

Lech Wałęsa – na fali
A to się rozbrykał! Za Kwaśniewskiego Lech Wałęsa kwasił, nie mógł się odnaleźć, teraz za to kwitnie. Wrócił mu mir w narodzie, bo jak nie mieć respektu do człowieka, który wywalił z roboty dwóch Kaczyńskich? To go buduje, udziela wywiadów, jest w mediach, robi i za legendę, i za eksperta, i za specjalistę od psychologii bliźniąt, już zapowiada, że założy własną partię, ciągnie go do dawnych czasów. Oczywiście, czasy te nie wrócą, ale co zamiesza to jego.

Grażyna Gęsicka – pani od miliardów
Minister rozwoju regionalnego. Płyną do Polski z Unii miliardy, w latach 2007-2013 będzie to 67 mld euro, a ona tym ruchem kieruje. Nie interesują ją lustracja, teczki, nikomu nie nawrzucała od lumpeninteligentów, nie pcha się przed kamery. Za to uprościła ustawę o zamówieniach publicznych, zmieniła kilkadziesiąt rozporządzeń, wszystko po to, by pieniądze płynęły szybciej i celniej. Ma głowę na karku.
Jest taki dowcip o Rosjanach z czasów Breżniewa. Że żona zajmuje się drobnymi sprawami – jak lodówka się zepsuje, to załatwia naprawę, pilnuje hydraulika, robi remont mieszkania, załatwia części do moskwicza, organizuje mięso, stoi w kolejkach. A mąż? Mąż zajmuje się sprawami ważnymi: czy będzie wojna z Chinami?
Więc tak wygląda polski rząd – Kaczyński, Ziobro, Dorn, prężą się i grają rolę męża. A ona, Grażyna Gęsicka, to ta żona…

Tomasz Lis – co z tym Lisem?
Nienawidzą go pampersi, bo nie dość, że robi taki program, którego oni nigdy nie zrobią, to jeszcze wygarnia im prawdę w oczy. I zadaje niewygodne pytania. Więc do Lisa nie przychodzą Kaczyńscy (na prezydenta zaproszenie czeka od roku), oni wolą mówić do Doroty Gawryluk czy do „Dziennika”. Wtedy jest czysto, sucho i bezpiecznie.
Ale jest poruszenie, bo Axel Springer kupił 25% akcji Polsatu i teraz będzie chciał mieć swego człowieka w zarządzie. Może więc wyrzucą Lisa? Na bruk, bo przecież nie pójdzie do Wildsteina ani nie wróci do TVN… Hej panowie, nie cieszcie się za wcześniej, bo jak go Axel Springer wyrzuci z Polsatu, to pójdzie do polityki. I co wtedy?

Anna Streżyńska – nasz wojownik
Szefowa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Urzędnik najwyższej użyteczności. Nie zajmuje się głupotami, tylko walczy z TP SA o obniżkę cen neostrady, co dziś jest zagadnieniem cywilizacyjnym. I jak Telekomunikacja nie obniży cen, to ukarze ją, nawet kwotą 350 mln zł, bo do tego ma prawo. Ile Streżyńska utarguje, tylko będzie dla nas (a dla France Telecom – mniej). I jak tu za nią nie trzymać kciuków?

Michał Kleiber – PAN
No i proszę, profesorowie, gryzipiórki i, jak mawia Ludwik Dorn, wykształciuchy, nie przestraszyli się braci Kaczyńskich i wybrali Michała Kleibera, ministra w rządzie Millera i Buzka, na prezesa Polskiej Akademii Nauk. Więc teraz PiS-owcy odgrażają się, że tę akademię to oni rozwiążą. Albo nie dadzą jej pieniędzy. Panowie profesorowie, nie mogliście wybrać na swojego prezesa Przemysława Gosiewskiego?

Waldemar Kuczyński – pióro
Pierwsze pióro III Rzeczypospolitej. Pisuje w „Gazecie Wyborczej”, ma własny blog www.kuczyn.com, jeden z najciekawszych w polskim internecie. Jeśli ktoś poszukuje odtrutki na bełkot IV RP, na te wszystkie fantazje, to publicystyka Kuczyńskiego jest jak łyk świeżej wody. Poza tym jest na niego szlaban, nie widać go w telewizji, nie słychać w radiu. PiS-owcy boją się go jak diabeł święconej wody, bo ma lepszy od nich życiorys, więcej wie, no i wielki z niego polemista. Więc lepiej go wyciszyć. Za mądry jak na dzisiejsze czasy.

Marek Safjan – bohater mimo woli
Osoba układna, o prawicowych poglądach. Przez lata był prezesem Trybunału Konstytucyjnego i mało kto zwracał nań uwagę. A wystarczyło parę miesięcy rządów PiS, tych wszystkich opowieści o imposybilizmie, by stał się bohaterem. Bo Safjan, twardo, acz elegancko, prawa i Trybunału przed Kaczyńskimi bronił. Takie czasy, że jak ktoś powie parę słów prawdy w zrozumiałym języku, to urasta to do wydarzenia medialno-towarzyskiego.

 

Wydanie: 2/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy