Pożar w Kraju Cedrów

Pożar w Kraju Cedrów

6305937 11.08.2020 Protesters take part in a demonstration demanding a resignation of the government and social reforms, in Beirut, Lebanon. Valeriy Melnikov / Sputnik

Libańczycy domagają się nie tylko wymiany rządu, ale reformy, która pozwoli na obejmowanie stanowisk według kompetencji, a nie wyznania W poniedziałek 10 sierpnia do dymisji podał się cały libański rząd premiera Hassana Diaba. Gabinet, którego głównym zadaniem miało być uporanie się z głębokim kryzysem, w jakim pogrążony jest Kraj Cedrów, nie sprostał swojej misji i po niecałych ośmiu miesiącach od zaprzysiężenia musiał ustąpić na skutek coraz bardziej masowych demonstracji. Choć może się wydawać, że antyrządowe wystąpienia są wynikiem tragicznej w skutkach eksplozji w bejruckim porcie, to w rzeczywistości są one kontynuacją protestów, które wybuchły już w zeszłym roku. Diab nie jest też pierwszym premierem, który ustąpił w trakcie tzw. rewolucji październikowej. 29 października 2019 r. rezygnację na ręce prezydenta Michela Aouna złożył Sad al-Hariri, którego rząd Libańczycy uważali za skorumpowany. Dymisja została przyjęta, ale al-Hariri pozostał premierem do zaprzysiężenia Diaba w styczniu 2020 r. Październikowe demonstracje antyrządowe wybuchły po tym, jak rząd ogłosił rozwiązania mające ratować podupadający budżet kraju. Ich częścią były nowe podatki, w tym podatek na tytoń, opłaty nałożone na użytkowników komunikatorów internetowych, takich jak WhatsApp, oraz podniesienie opłat za paliwo. Nie spodobało się to Libańczykom, którzy masowo wyszli na ulice. I choć rząd bardzo szybko wycofał się ze swoich propozycji, protestów nie udało się ugasić. Na transparentach pojawiały się hasła domagające się uporządkowania sytuacji gospodarczej kraju, zlikwidowania korupcji w sektorze publicznym i konfesjonalizmu w systemie politycznym. Wielu Libańczyków uważa, że to właśnie system, w którym najwyższe stanowiska państwowe rozdzielane są według wyznania, jest źródłem problemów. Liban jest najbardziej zróżnicowanym religijnie krajem Bliskiego Wschodu. Oficjalnie uznaje 18 religii i wyznań. Największymi grupami religijnymi w zamieszkanym przez 6 mln ludzi kraju są maroniccy chrześcijanie, sunnici i szyici. Między nich rozdzielone są najważniejsze stanowiska w kraju. Prezydent zawsze musi być maronitą, premier sunnitą, a przewodniczący parlamentu szyitą. Zgromadzenie Narodowe, w którym zasiada 128 delegatów, podzielono po równo między chrześcijan i muzułmanów. Taki podział kraju, z drobnymi zmianami, obowiązuje już od przyjęcia niepisanego Paktu Narodowego w 1943 r., pozwalającego Libanowi na osiągnięcie niepodległości od francuskiego mandatariusza. Oparty na wyznaniu system potwierdzony został także przez porozumienie z Taif, podpisane w 1989 r., by zakończyć trwającą od 1975 r. krwawą wojnę domową, w którą zaangażowane były także Izrael i Syria. Układ z Taif miał sprawić, że nigdy więcej nie dojdzie już do walk między różnymi grupami etnicznymi i religijnymi. Dzisiaj, 31 lat po zakończeniu konfliktu, wielu Libańczyków jest przekonanych, że ten argument jest już nieaktualny, a podział władzy sprzyja jedynie korupcji. Według protestujących konieczne są głębokie reformy, które pozwolą na obejmowanie stanowisk na podstawie kompetencji, a nie wyznania. Niektórzy uważają też, że władza wcale nie jest równo rozdzielona między wyznaniami, a w rzeczywistości w Libanie ścierają się interesy zagranicznych mocarstw. Powitanie bez prądu W libańskim systemie politycznym obecne partie polityczne wykształciły się przede wszystkim z bojówek z czasów wojny domowej. Oprócz tego okrutnego konfliktu kraj wycierpiał wiele – od dwóch wojen z Izraelem, przez syryjską okupację, aż po zamachy na przywódców. Dawni wrogowie, którzy podczas wojny domowej występowali w mundurach, dzisiaj w garniturach brylują na salonach. W Zgromadzeniu Narodowym szyicki Hezbollah, uznawany m.in. przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię za organizację terrorystyczną, zasiada razem z chrześcijańskimi Falangami Libańskimi, które w 1982 r. dokonały masakry palestyńskich uchodźców w obozach Sabra i Szatila, co odbyło się z pełnym przyzwoleniem izraelskich władz wojskowych. Libańczycy mają już dość życia pod rządami układu stworzonego przez różnych watażków i bojowników, co wyraźnie pokazali, gdy po eksplozji w porcie ich kraj odwiedził Emmanuel Macron. Kiedy francuski prezydent przyleciał 7 sierpnia do Bejrutu, żeby zobaczyć zniszczenia, media donosiły, że dotarł na miejsce przed lokalnymi politykami i spotkał się tam z mieszkańcami, którzy prosili go o pomoc, mówiąc, że watażkowie manipulowali nimi przez lata. Macron obiecał, że francuska pomoc dla Libanu trafi bezpośrednio do ludzi i organizacji pozarządowych. Spotkanie Libańczyków z Macronem było pełne emocji i nadziei. Francja nie jest jednak fundacją charytatywną i jej działania wiążą się z zabezpieczeniem własnych interesów na Bliskim Wschodzie, które wynikają z lat wspólnej historii,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2020, 34/2020

Kategorie: Świat