Pozytywistka

Pozytywistka

Nigdy nie pytałam, skąd kto przychodzi, tylko dokąd idzie

Jolanta Kwaśniewska – pierwsza dama dwóch kadencji: 1995-2000, 2000-2005

Jak dzisiaj ocenia pani swój poziom stresu związany z przyjazdem królowej Elżbiety?
– W jakiej skali?

Od zera do dziesięciu.
– 20 (śmiech). Stres był gigantyczny. Spotykałam się z naszymi byłymi ambasadorami w Wielkiej Brytanii, m.in. z ambasadorem Janem Wojciechem Piekarskim, a Ambasadę Wielkiej Brytanii w Warszawie poprosiłam o przysłanie mi materiałów na temat ubiorów królowej. Zrobiłam research, jak inne pierwsze damy się ubierały, jakie obowiązują zasady dotyczące noszenia rękawiczek – kiedy się je zdejmuje, a kiedy wkłada – i kapelusza, dowiedziałam się, jaki on powinien być, jakie ma mieć rondo itd. Wiele czytałam, spotykałam się z mądrymi osobami i w ten sposób rodził się pomysł na moje stroje.
„No dobrze, pomińmy strój – myślałam – ale co będzie dalej, jak już powitamy Jej Wysokość królową Elżbietę i usiądziemy w Sali Białej… Jak będzie wyglądała nasza rozmowa?”. Już wiedziałam, że to królowa pierwsza zagaja oraz że nie można mówić na temat polityki. Dochodziły do tego dziesiątki różnych rzeczy, bo obowiązywał nas nie tylko protokół dyplomatyczny, ale i dworski.

Tortury?
– Otóż nie, pierwsze lody szybko zostały przełamane, a królowa okazała się czarującą kobietą. Wiedziała, że jest naszym pierwszym gościem, w związku z tym była ujmująca, uśmiechnięta. Podobnie jak książę Filip, który przez dwa dni wizyty Jej Wysokości stał się moim partnerem.
Kolacja była wspaniała. Wszystkie potrawy na najwyższym poziomie. Ale jeszcze przed wyjściem na kolację przeżyłam kolejny stres.
Królowa usiadła na zapleczu gabinetu, który urządził mąż. Stały tam nowo zakupione kanapy, a w kominku palił się ogień. I wtedy królowa zapytała, gdzie mieszkamy. „Piętro wyżej” – odpowiedzieliśmy. „Ach, i macie Państwo jedną córkę” – zauważyła Jej Wysokość. „Tak”. „A to bardzo miło byłoby ją poznać”… Posłaliśmy szefa ochrony po 15-letnią wtedy Oleńkę, a ja, znając styl ubierania się naszej córki, cały czas myślałam: „Boże, co to moje dziecko na siebie włoży…”.

Nie omówili państwo z Olą takiej ewentualności wcześniej?
– Nie. Dziecko nie miało uczestniczyć w żadnym ze spotkań, a był to czas, kiedy Oleńka była taką szarą myszą. Starała się tak ubierać, żeby się wtopić w tłum. Jedyne, co ją wyróżniało, to buty – wściekle pomarańczowe martensy, które nosiła przez cztery lata aż do zdarcia czubów.
Chodziła w długich, szarych spódnicach i rozciągniętych swetrach, więc miałam wszelkie powody do obaw. Tymczasem dziecko roztropnie wybrało długą, granatową sukienkę z wzorkiem w łączkę i biało-czerwone sandałki. Widziałam, że jest zestresowana, ale pięknie dygnęła przed Jej Wysokością i ładnie po angielsku porozmawiały. To chyba był najbardziej stresujący moment tego wieczoru. Nie martwiłam się o swoją fryzurę, o rękawiczki, o nic… Tylko o to, jak przyjdzie ubrana Ola i jak się zachowa. A ona wypadła fantastycznie!
Muszę przyznać, że przez te dziesięć lat prezydentury Ola nigdy nie sprawiła nam kłopotów.
Chroniliśmy ją, zwłaszcza kiedy była młodsza, w czasie pierwszej kadencji męża. Ola nie brała wtedy udziału w żadnych oficjalnych uroczystościach, poza wizytą u Ojca Świętego Jana Pawła II.

To prawda, zdjęć Oli nie było w mediach.
– W czasie pierwszej kampanii wyborczej męża nie byłam zbyt aktywna, tym bardziej więc nie miałam zamiaru włączać Oli w jakiekolwiek działania. Chcieliśmy, żeby była niewidoczna, i uważam to za mądre posunięcie. Ola była nierozpoznawalna – nikt nie wiedział, że jest córką urzędującego prezydenta. W liceum miała wspaniałego dyrektora Aureliusza Leżańskiego, który zgodził się na pomysł mój i ochrony, by w czasie podróży po Polsce dysponowała legitymacją wystawioną na inne nazwisko. (…)

Podobno rodzice mówili na panią „Włodek”. Pani – kwintesencja kobiecości i męskie imię?
– Mieszkaliśmy w „chłopczyńskim” bloku, większość sąsiadów miała synów, z którymi się kolegowałam. Wyglądałam jak chłopak i chodziłam ubrana jak chłopak – latem najlepiej się czułam w krótkich spodniach i sandałach. (…) Byłam przeciwieństwem sióstr: starsza, na którą wszyscy mówili „Niusia”, miała uczesanego loka, Alunia urodziła się z pięknymi czarnymi włosami i od razu została „Lalą”, „Laleczką”, a ja byłam „Włodkiem”. To były czasy, kiedy jak coś się psuło, to się to naprawiało. Także małżeństwa. (…)
O ile mama była serdeczna i łagodna, o tyle tata był wobec nas surowy i wymagający. W tym czasie studiował w Warszawie, wiele godzin spędzał w pociągach, a jak wracał, sprawdzał, czy odrobiłyśmy lekcje, czy mamy porządek w szafach. O dwudziestej, raz dwa, miałyśmy być w łóżkach.
Tata w 1943 r., w czasie pogromów na Wołyniu, przeszedł gehennę. Urodził się w Borszczówce, polskiej osadzie, i był świadkiem bestialskich zbrodni dokonanych wspólnie przez Niemców i Ukraińców na mieszkańcach. Życie straciło kilkaset osób, z których jednych spalono w stodole, a innych zakopano we wspólnej mogile. Zginęła tam część rodziny taty wraz z jedną z sióstr i jej czteroletnią córeczką Zosią. Tata to wszystko widział.

Jak udało mu się ocaleć?
– Niemcy kazali tacie gnać bydło. Po drodze zobaczył rurę, rodzaj drenażu, taki mostek, i w niej się schował. Dzięki temu przetrwał. Dom dziadków stał na obrzeżach wioski. Zanim Niemcy do niego doszli, rodzina zdążyła wynieść moją chorą babcię razem z łóżkiem do lasu. Tam się ukryli. Później wszyscy przenieśli się do Ostroga, gdzie schronienia udzielił im ksiądz.
Rodzina taty wiele przeszła. Najstarszą siostrę taty – ciocię Cenię – dosięgnął los syberyjskich zesłańców. Jej mąż był oficerem i zginął w Ostaszkowie. Mój dziadek został zesłany na wiele lat do kamieniołomów na Uralu.
Tata był za młody, żeby przyjęto go do wojska, więc sfałszował metrykę. Do 1. Armii nie udało mu się dostać, więc poszedł do 2. Armii – on i jego dwie siostry. Jako kilkunastoletni chłopiec przeszedł z 2. Armią cały szlak bojowy aż do Berlina, Budziszyna i Drezna. Oglądał rzeczy straszne i to w nim głęboko utkwiło. Wojna zabrała mu dzieciństwo i młodość. (…)

Skąd pochodziła pani mama?
– Mama urodziła się w miejscowości Wrzawy w widłach Sanu i Wisły. Często jeździliśmy tam na wakacje do jej sióstr. Ubóstwiałam te wyjazdy, choć podróż była męcząca: najpierw do Łodzi Kaliskiej, a potem przesiadka. W sumie kilkanaście godzin. Mama brała ze sobą wielką torbę, wkładała do niej kanapki, jajka na twardo, kompoty. W wagonach był taki tłok, że jak chciałyśmy skorzystać z toalety, to ludzie podawali nas sobie na rękach nad głowami.
Mama była spokrewniona z rodziną Kawalców, tą samą, z której pochodził pisarz Julian Kawalec, autor m.in. „Tańczącego jastrzębia”. Później dość długo z nim korespondowałam. Pamiętam, jak do cioci Kawalcowej chodziłyśmy na pyszne gruszki. Czasem jeździliśmy z rodzicami w okolice Bolesławca, gdzie mieszkał dziadzio Grześ ze strony taty. Ale najbardziej kochałyśmy wyjazdy do rodziny mamy. Spędzałyśmy miesiąc u którejś z cioć, u cioci Zosi lub Stasi. Była jeszcze Julia, wszystkie siostry mieszkały niedaleko siebie. Pomagałyśmy tam w zajęciach domowych…

Również gospodarskich?
– Też, karmiłyśmy kury, nauczyłyśmy się doić krowy i wypędzać je na pastwisko. Trzeba było wstać wcześnie rano, zebrać krowy z różnych obejść, a potem popędzić je razem na łąkę. Po południu zadbać, by wróciły. Każdy z domowników miał swój dyżur. Ciocie uczyły nas, jak się robi przetwory, plecie wianki z czosnku czy cebuli, układa kwiaty. Na polach zbierałyśmy pieczarki, a później piekło się je posypane solą na płycie. W czasie żniw z wujkiem i kuzynkami jeździłyśmy na pole. Tata pomagał przy koszeniu, a my, jak podrosłyśmy, przy młócce – nosiłyśmy plewy, zbierałyśmy słomę. Młocarnia chodziła od obejścia do obejścia, wszystko było świetnie zorganizowane.

Czego panią nauczyły te wakacje?
– Twardego stąpania po ziemi, poczucia, że nie jesteśmy księżniczkami. Śmieję się teraz, bo gros osób jest przekonanych, że wręcz urodziłam się w pałacu. Księżniczka na ziarnku grochu. „Co ta Kwaśniewska może wiedzieć o życiu i problemach zwykłego człowieka…”. To, że twardo stąpam po ziemi, zawdzięczam rodzicom, jak i to, że potrafię liczyć pieniądze. Rodzice nauczyli mnie wszystkiego, obojętnie, w jakiej sytuacji życiowej bym się znalazła. (…)

Na licznych fotografiach występuje pani w towarzystwie królowych i prezydentowych. (…) Jak takie spotkania wyglądały od kulis?
– W naszym życiu zawsze niesamowitą rolę odgrywał przypadek. I przez przypadek, kiedy we wrześniu 1997 r. zostałam zaproszona do Kalkuty na pogrzeb Matki Teresy, w samolocie siedziałam obok królowej Belgów Fabioli [panowała w latach 1960-1993 – przyp. A.S.], a później jechałam z nią tuk-tukiem, czyli popularną w krajach Wschodu autorikszą. Królowa okazała się cudowną osobą, była dla mnie jak moja babcia. Wzięła mnie za rękę i pyta: „A zna pani królową Noor?”. „Nie znam”. „A królową Zofię?”. Przedstawiła mnie wszystkim osobom. Dzięki niej jeszcze przed ceremonią poznałam wszystkich gości w saloniku dla VIP-ów, gdzie zaoferowano nam poczęstunek. Ceremonia odbywała się w wielkiej hali sportowej. Okazało się, że moją sąsiadką jest królowa Zofia. Uroczystość trwała cztery godziny, w trakcie których kolejne delegacje składały pokłony Matce Teresie, a my w przerwach rozmawiałyśmy. Królowa Zofia, ciepła, serdeczna, pytała mnie o różne rzeczy: co robię, co się dzieje w Polsce, o moje dziecko, pomysły na dalszą działalność. Ośmieliłam się i powiedziałam, że chciałabym w 1999 r. zorganizować w Warszawie spotkanie małżonek głów państw z okazji 10. rocznicy ratyfikowania Konwencji praw dziecka, bo do stworzenia UNICEF-u doszło właśnie z inicjatywy Polski. Pomysłodawcą był Ludwik Rajchman, a osobą, która tworzyła tę konwencję i stanęła na czele Komitetu – Adam Łopatka. Zapytałam, czy Jej Wysokość przyjedzie i czy zechciałaby napisać do innych królowych, że nie rzucam słów na wiatr i doprowadzę rzecz do końca.

Udało się.
– Dzięki temu, że królowa Zofia powiedziała „tak”, swój przyjazd potwierdziły: królowa Belgów Paola, królowa Jordanii Rania i królowa Szwecji Sylwia, zapowiedziało się 12 małżonek prezydentów oraz przedstawicielki organizacji międzynarodowych, m.in. też Carol Bellamy z UNICEF-u. Była również Melanne Verveer, ambasador do spraw kobiet w Departamencie Stanu USA, współzałożycielka i członkini zarządu Vital Voices Global Partnership, szefowa Georgetown Institute for Women, z którą cały czas jestem w kontakcie – widziałyśmy się niedawno w Londynie na dużej konferencji mentoringowej. Na kongres przyjechało sto kilkadziesiąt telewizji z całego świata. W konsekwencji zaczęto mnie zapraszać do różnych inicjatyw i organizacji, m.in. Center for Missing and Exploited Children w Stanach Zjednoczonych, gdzie w znakomitym gronie mogłam nagłaśniać problemy dzieci eksploatowanych jako pracowników, w seksbiznesie, molestowanych i krzywdzonych.
Miałam ogromne szczęście. Może właśnie dzięki temu, co wyniosłam z domu – otwartości, umiejętności dogadywania się z każdym i w każdych warunkach. Do różnych inicjatyw, do mojej fundacji udało mi się przyciąg­nąć wiele wspaniałych osób. I to takich, które kiedyś były w opozycji. Nigdy nie pytałam, skąd kto przychodzi, tylko dokąd idzie.

Dzięki pani w Pałacu Prezydenckim kwitło życie kulturalne. Odbywały się ciekawe wystawy i koncerty, bywały gwiazdy. W 1997 r. państwa gościem był Michael Jackson.
– Sprawił na nas wrażenie miłego, skromnego człowieka. Szukał wtedy miejsca na budowę rodzinnego parku rozrywki i interesował się kupnem Hotelu Bristol. Życzyliśmy mu powodzenia.
Najważniejsze było dla nas, żeby Pałac był otwarty dla wszystkich Polaków. I tysiące osób pod opieką przewodnika Krzysztofa Domaradzkiego oglądało pałacowe wnętrza – pokazywaliśmy Bibliotekę Prezydencką, Pokój Zimowy, odrestaurowaną kaplicę.
Stworzyliśmy Galerię Prezydencką, gdzie co kwartał odbywała się wystawa. Nikt nie chciał pokazać malarstwa Jerzego Dudy-Gracza; mam niesamowitą korespondencję z artystą, który błagał o pomoc, żeby jego obrazy zaistniały w Zachęcie. Ponieważ do tego nie doszło, zorganizowaliśmy wspaniałą wystawę jego prac.
Przyczyniłam się do sprowadzenia do Polski zachwycających rzeźb Mitoraja. Po raz pierwszy zobaczyłam je w 1997 czy 1998 r. w Lozannie. „Czyje to rzeźby?” – spytałam Samarancha, który był wtedy szefem MKOl-u. „Ojej, Jolanta, to ty nie znasz Igora Mitoraja?!” – zdziwił się. A potem okazało się, że Igor Mitoraj siedzi obok mnie na obiedzie. „Bardzo przepraszam, ale nigdy nie widziałam pana prac w Polsce, gdzie je można spotkać?” – a on odpowiedział: „Nigdzie. Moje prace nigdy nie były w Polsce wystawiane”. Zaprosiliśmy Mitoraja do Pałacu Prezydenckiego i wystawiliśmy jego miniatury. Jego rzeźby znalazły się też w Kordegardzie i na Zamku Królewskim. Mocne uderzenie. Później z Olą odwiedziłyśmy Mitoraja w jego pracowni w Pietrasanta. (…)

W 2006 r. zabrano pani paszport dyplomatyczny. Czyja to była decyzja?
– Nie mam pojęcia. Po 10 latach prezydentury nie mieliśmy żadnego miejsca, gdzie moja fundacja i biuro prezydenta Kwaśniewskiego mogłyby się przenieść, mimo że dużo wcześniej pisaliśmy prośby do różnych dzielnic. To, co nam oferowano – suterena albo strych – nie wchodziło w rachubę. W tej sytuacji nasze biura przeniosły się do mieszkania w willi należącej do Kancelarii Prezydenta przy ul. Bacciarellego. Po niecałym roku pan Szczygło zażądał wyprowadzki i stamtąd. Wtedy też zabrano mi paszport dyplomatyczny.

Czy prezydent Lech Kaczyński wiedział o tym?
– Nie wiem, nikomu się nie żaliłam. Później na jakiejś dużej uroczystości siedziałam obok Radosława Sikorskiego, wtedy ministra w rządzie PiS, i powiedziałam mu, że jestem byłą prezydentową tylko w obecności mojego małżonka, ponieważ bez paszportu dyplomatycznego na lotnisku nie mogę korzystać ani z saloniku VIP, ani nawet z przejścia dla VIP. W ciągu tygodnia otrzymałam paszport dyplomatyczny.

Ma pani do dzisiaj ten paszport?
– Będę go miała jeszcze przez dwa lata. Natomiast po raz kolejny, w 2015 r., po zaprzysiężeniu prezydenta Dudy, odebrano mi możliwość korzystania z saloniku VIP. Mogę tam przebywać jedynie w obecności prezydenta Kwaśniewskiego.

Fragmenty książki Aleksandry Szarłat Pierwsze damy III Rzeczypospolitej, W.A.B., Warszawa 2016


Jan Wojciech Piekarski,
wieloletni ambasador RP, szef protokołu w MSZ
Kiedy byłem ambasadorem Polski w Brukseli, Jolanta Kwaśniewska przyjeżdżała tam kilka razy na zaproszenie królowej.
W Brukseli byłem też świadkiem zabawnej sceny. Jolanta Kwaśniewska została zaproszona na kongres środowiska kobiet europejskiego biznesu. Czekaliśmy przed wejściem na główną salę z baronem Jacobsem, szefem Belgijsko-Polskiej Izby Handlowej i zarazem dużej firmy chemicznej. Odszedłem na chwilę na bok, aby porozmawiać z prezydentową Kwaśniewską, gdy obok nas pojawił się belgijski premier Jean-Luc Dehaene. Przywitał się ze mną i… wrócił do Jacobsa. Za chwilę wychodzimy na konferencję i jej organizatorka prowadzi panią Jolantę do prezydium. Belgijski premier dopiero wtedy się zorientował, że dziewczyna, którą wziął za jakąś sekretarkę z ambasady czy czyjąś asystentkę, jest witana jako główny gość i raptem siada koło niego, ponieważ jest żoną polskiego prezydenta.
Był ogromnie zaskoczony. Przywitał się i przeprosił, że nie poznał.
Na kongresie Jolanta Kwaśniewska wygłosiła długi referat. Potem, na roboczym lunchu, spikerem, również w języku angielskim, była nasza pierwsza dama. (…)
Działalność prezydentowej podczas pierwszej kadencji niewątpliwie przysłużyła się Kwaśniewskiemu podczas kolejnej kampanii wyborczej, kiedy to został wybrany w pierwszej turze. Sympatia społeczeństwa była rozłożona równo: i na prezydenta, i na pierwszą damę. Ludzie darzyli ją uznaniem za godne reprezentowanie Polski za granicą, za jej społeczną działalność, włączanie się w rozwiązywanie trudnych problemów polskich rodzin i chorych dzieci. Energia, z jaką działała w założonej przez siebie fundacji, czas i wysiłek, jaki w to wkładała, był doceniany. (…)
Jolanta Kwaśniewska, w odróżnieniu od Danuty Wałęsowej, nie była dla prezydenta w kontaktach zagranicznych obciążeniem, lecz przeciwnie – wartością dodaną: nawiązywała rewelacyjne kontakty z małżonkami prezydentów, premierów, monarchów i potem je utrzymywała. Ta umiejętność procentowała: Jolanta Kwaśniewska była często zapraszana do różnych światowych gremiów. (…)

Wydanie: 3/2017

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. neoneoarch
    neoneoarch 18 stycznia, 2017, 14:41

    Wzruszyem się do łez. Prawciowy gentelman neoarch z taką troską wypowiada sie o ofiarach dawno minionego feudalizmu, mimo iż lewicowa dama o tym zapomniała.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. neoneoarch
    neoneoarch 19 stycznia, 2017, 12:05

    „nearch” – i na dodatek wsteczno-prawicowe ubóstwienie pierwszych dam lewicowych , które ubóstwiają formy feudalne

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy