Prawda i kłamstwo

Prawda i kłamstwo

Już chyba po raz trzeci z radością czytam pierwszy tom dzienników Sandora Máraia, a jakbym czytał po raz pierwszy. Wszystko dzięki nędznej pamięci, to jedna z nielicznych zalet mej ułomności. Ten pierwszy tom zresztą najciekawszy z pięciu, które ukazały się w Polsce. Trwa wojna, pisarz ma ponad 40 lat, mieszka w Budapeszcie, jest już cenionym prozaikiem. Węgrzy mają swój własny autorytaryzm, biorą udział w wojnie po stronie Niemiec, a strzałokrzyżowcy, radykalne faszystowskie ugrupowanie, dokonują masowych mordów. Żona Máraia jest żydowskiego pochodzenia, więc pisarz musi ją ukrywać. To ma być dziennik intelektualny, dziennik ducha, ale sytuacja zmusza pisarza, by zajął się też „mięsem życia”. I właśnie wtedy dziennik jest najlepszy. Przez cały czas Márai pasuje się z myślą, jak to możliwe, że jego kraj stanął po stronie zła i stał się sojusznikiem Hitlera. Prawda i kłamstwo, uczciwość i podłość, zło i dobro są emocjonalnymi biegunami, które tworzą napięcie, to daje tym dziennikom niezwykły moralny wymiar. Co by pisał o współczesnych Węgrzech? Czy dzisiaj fenomen Orbána nie ma tych samych źródeł co węgierski faszyzm? Ładne zdanie: „Kto zdoła zapalić światło w tych ciemnych głowach?”. Miliony ludzi na Węgrzech i w Polsce mają teraz w głowach ciemno, a na dodatek gotuje się w nich gulasz i bigos. I aktualna refleksja: „Wielka idea narodu była przez nich używana jak maczuga, dostawał nią każdy, kto odważał się myśleć o przyszłości Węgier inaczej niż oni, przekonani o wiarygodności swojego chrześcijaństwa i patriotyzmu. Nawet aptekarz, pisarz, lekarz, uczony czy inżynier mógł być przez nich uznany jedynie wówczas, gdy był narodowym aptekarzem, pisarzem czy lekarzem”. Pasuje do nas jak ulał.

Strajk mediów. Gdy rankiem zamilkły telewizja i radio, poczuliśmy w ustach podobny smak jak o świcie stanu wojennego. Czułem dyskomfort, że nie mogę obejrzeć meczu Igi Świątek, nie było TVN 24 i „Faktów”, Onetu ani Wirtualnej Polski. Za to media reżimowe zabrały się ochoczo do opluwania mediów wolnych. O Boże, jak oni kłamią, znowu jak w stanie wojennym. Podatek od reklam, jak wiadomo, zarżnie większość liberalnych mediów. Pomysł jest przebiegły, znowu gra się na złych emocjach, na zazdrości i zawiści. Państwo jawi się jako wcielenie Janosika i Robin Hooda, obrabuje bogatych i da biednym. I do czerni pisowskiej to trafia. Kto lubi reklamy, przeklęte reklamy – opodatkować je.

Komuniści wiedzieli, że bez elity ich władza będzie ułomna i niepełna, dlatego najpierw uwodzili, kupowali i zastraszali intelektualistów, co w dużej mierze im się udało. Kiedy nastała polityczna odwilż, część elity odwróciła się od władzy, chociaż łączyło się to z utratą przywilejów. Teraz elita jest niemal w całości wroga PiS, to nie jest letnie uczucie. Stąd pomysł prezesa na stworzenie własnej elity, skoro starej nie da się już zmienić, tak jest zarażona liberalizmem. To zamiar sformatowania polskiej duszy na nowo, dlatego tak ważne są szkoły. Temu też służy przejmowanie kolejnych instytucji kulturalnych, nawet muzeów. Już jakiś czas temu dyrektorem Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie został Piotr Bernatowicz. Obiecywał: „Nastąpi istotna zmiana kryterium doboru artystów”. I dalej takie zdania: „Odważny, bezkompromisowy namysł nad sztuką współczesną, rozhermetyzowanie środowiska sztuki współczesnej (świata sztuki), włączenie artystów i nurtów marginalizowanych z przyczyn ideologicznych zaowocuje oryginalnym programem działania instytucji”. Dzięki temu CSW odzyska „rangę i głos w dyskusjach artystycznych, zamiast bezrefleksyjnie rezonować mody i trendy przychodzące z zewnątrz”. Znowu ten podział na narodowe, swojskie, plemienne i obce. I ten salon warszawski i pominięci, ci narodowi.

Gdziekolwiek spojrzeć, widać podobny proces. W „Nowych Książkach” na okładce pojawiło się nadgryzione przez pychę oblicze Bronisława Wildsteina. Ten nieszczęśnik jest opętany sobą, nawet jeśli zdolny, to tylko trochę. Część jego akcesu do PiS to przekonanie, że salon go odtrącił. Jest W. wedle pisma jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy, a przy okazji wybitnym myślicielem, ba! filozofem. Nie dostał Nagrody Nobla tylko dlatego, że Akademia Szwedzka jest lewacka. Co się stało „Nowym Książkom”? Sprawdzam, od jakiegoś czasu jest nowy szef z nadania pisowskiego i wszystko jasne. Ale przecież pracuje w piśmie nadal wielu porządnych ludzi, uczciwie wykonują swoją pracę. I czują się w nowej sytuacji fatalnie, jakby nagle pracowali w reżimowym piśmie. Wracają dylematy jak w stanie wojennym. A po tym wszystkim czeka nas deratyzacja. Jak ją robić w ramach demokracji? Karkołomne zadanie.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 9/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy