Prawda o przeszłości

Zapytał mnie ktoś, czy się cieszę z odtajnienia przez ministra kultury partyjnych dokumentów z przeszłości. Gdyby w Polsce ukształtowała się szkoła historyczna stworzona przez poważnych i rzetelnych autorów, odpowiedziałbym twierdząco. Są wprawdzie historycy bez antykomunistycznego bielma na oczach, nie uwikłani bardziej w bieżącą politykę niż w historię, ale to nie oni wiodą prym w informowaniu społeczeństwa o przeszłości. Prawda o niej ugina się pod ciężarem walki politycznej, jaka ustawicznie toczy się w kraju – zaś społeczeństwo zmęczone “reformą przez ruinę” wspomina przeszłość coraz życzliwiej, czasem wręcz bezkrytycznie wychwalając dawne czasy i ku zdumieniu obserwatorów z kręgów intelektualnych szerzący się pogląd, iż stan wojenny był usprawiedliwioną koniecznością, rozgrzesza jego sprawców ponad wymogi zwykłego zapominania o przeszłości, o której prawda jest nadal do odkrycia przez obiektywnych i uczciwych uczonych – lecz, jak na razie, to nie oni mają dostęp do mediów.
Wiele na tę chorobliwą sytuację poradzić nie można. Urazy wyniesione z przeszłości są zabójcze dla prawdy o niej, zaś antykomunizm jest w wielu środowiskach obowiązujący, niby jakaś religia wyznawana z sekciarskim zaangażowaniem. Można się było o tym, co piszę, przekonać w ostatnich dniach rocznicowych dla tragicznych wydarzeń sprzed bardzo dawnych lat. Warto zdać sobie sprawę, że od stanu wojennego dzieli nas już prawie dwadzieścia lat, czyli mniej więcej tyle, ile trwała II Rzeczypospolita. Młodzi ludzie urodzeni w latach tamtych smutnych wydarzeń łączą się teraz w chuligańskie bojówki i urządzają różne demonstracje, żądając ukarania winnych zarządzenia stanu wojennego, zupełnie nieświadomi takich faktów, jak Okrągły Stół zorganizowany przez tych samych ludzi, co stali się autorami stanu wojennego. Gdyby nie to zdumiewające wydarzenie, nasza część Europy złożyłaby na ołtarzu zmian ustrojowych olbrzymią ofiarę krwi.
Co najdziwniejsze w tej sprawie, to narastanie z biegiem czasu rozbieżności w opiniach pomiędzy szerokimi kręgami społeczeństwa a częścią środowisk intelektualnych. Owe “szerokie kręgi” coraz życzliwiej wspominają epokę Edwarda Gierka, coraz cieplej mówią o samym I sekretarzu, coraz więcej mają wyrozumiałości dla stanu wojennego. U intelektualistów jest inaczej. Ich kręgi, przerażone wzrastającą popularnością polityczną SLD, zaciskają swoje horyzonty myślowe i umieją dostrzegać w niedawnej przeszłości tylko “czarną dziurę” i sowiecką okupację. Te nastroje są także przemożne w kręgach półinteligenckich, z których rekrutuje się spora część tych radnych, przeważnie miejskich, którzy uchwalają, czy to status “persona non grata” dla prezydenta Rzeczypospolitej, czy nakazują burzenie pomników żołnierzy radzieckich poległych pod Toruniem, Krakowem czy Sandomierzem przy wyzwalaniu tych miast od wojsk niemieckich. Te samorządowe półgłówki nie mogą pojąć, że każdy taki ich, rzekomo patriotyczny, gest wyzwala trudną do przezwyciężenia niechęć do Polski i Polaków w społeczeństwie rosyjskim, wręcz religijnie przywiązanym do pamięci o swoich bohaterach wojennych poległych przecież, ich niebezzasadnym zdaniem, za sprawę wyzwolenia Polski.
Bardzo rzadko spotyka się także w naszych kręgach intelektualnych ludzi rozumiejących i mających odwagę głośno o tym mówić, że bez owej, tak w wielu dziedzinach trudnej dla nas, sowieckiej okupacji Polska miała szansę najwyżej na kraj zbliżony wymiarami do Księstwa Warszawskiego.
Nie należę i nigdy nie należałem, w odróżnieniu od tych, co teraz usiłują mnie wychowywać, do osób odnoszących szczególne korzyści z faktu zaistnienia owej okupacji, ale potrafię (i czynię to systematycznie) powiedzieć głośno, iż największy zbrodniarz w dziejach świata, Józef Wissarionowicz Stalin, był największym w dziejach dobroczyńcą Polski, chociaż wyznaczył nam na mapie Europy tak korzystne granice nie z miłości, lecz z jakiejś, do końca mało jasnej, kalkulacji politycznej wobec Niemiec.
Nasze kręgi intelektualne potrafią na każde zawołanie jakiegoś politycznego oszołoma godzinami deklamować o nieszczęściach, jakie sprowadziła na Polskę półwiekowa okupacja sowiecka, ale jakże rzadko mówi się naszej młodzieży o wielkich, gigantycznych korzyściach, jakie w perspektywie historycznej osiągnęła Polska i Polacy dzięki tej agresji. Zapłaciliśmy w przeszłości przeogromną cenę za tę całkowitą niemożność zrozumienia korzyści, jakie mogliśmy uzyskać z trudnej wprawdzie do akceptacji współpracy z imperium sowieckim. Nóż w plecy wbity nam w roku 1939, reminiscencje wojny z bolszewikami, wspomnienia wyniesione z Rewolucji Październikowej, pomnożone przez zbrodnię katyńską, tak bardzo zaciemniły umysły naszych przywódców wojskowych, że chcąc błysnąć przed aliantami męstwem polskich żołnierzy i przypomnieć o “sprawie polskiej” aliantom szykującym się do zdrady naszych interesów dla dogodzenia wojennemu sojusznikowi, Józefowi Stalinowi – generał Anders zdecydował rzucić na pewną śmierć ponad dwa tysiące żołnierzy pod Monte Cassino, a jeszcze bardziej szukający możliwości ubiegnięcia Sowietów w zdobyciu Warszawy zbrodniczo nieodpowiedzialni szefowie polskiego podziemia wydali rozkaz rozpoczęcia Powstania Warszawskiego za cenę życia ćwierć miliona ludzi i całkowitego zburzenia stolicy, jej zabytków i skarbów kultury oraz mieszkań dla setek tysięcy rodzin. W ten prosty sposób ponieśliśmy jako naród gigantyczne straty, gdyż nasi przywódcy nie potrafili zrozumieć, że ich własne rozumienie “sprawy polskiej” zostało już dawno przez aliantów przekreślone i szykował się nowy porządek świata, za który musimy zapłacić olbrzymią cenę rezygnacji z wielu narodowych tradycji i z terytorium historycznie, politycznie i sentymentalnie związanego z nami od wielu wieków. Powstała nowa Polska, nie gorsza od poprzednich, ale jeżeli nie mamy jej władować w nowe międzynarodowe konflikty, warto o przeszłości zacząć mówić prawdę, zgodną i z tym, co było, i z tym, co spora część narodu myśli rozumnie i zapobiegliwie.
14 grudnia 2000 r.

Wydanie: 51/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy