Niewidzialna ręka zza grobu

KUCHNIA POLSKA

W chwili, kiedy to piszę, trwa jeszcze obliczanie rozmiarów katastrofy finansów publicznych, której jesteśmy świadkami. Myślę także, że spora część opinii społecznej nie wyobraża sobie jeszcze dokładnie, co to właściwie znaczy być obywatelem państwa – bankruta. Jak odbije się to na życiu każdego z nas? Tych, którzy utrzymują się tak lub inaczej z tzw. sfery budżetowej i tych, którzy poruszają się w sferze prywatnej?
Być może jest to doświadczenie, które będziemy musieli dopiero przeżyć. Dzisiaj już jednak oglądać można rozmaite reakcje na „dziurę budżetową”, której dopracował się rząd Buzka. Otóż najczęstszą z nich jest zdumiewająca próba przedstawienia obecnej zapaści finansów publicznych jako swego rodzaju klęski żywiołowej, która – nie wiedzieć czemu – nawiedziła nasz kraj niczym powódź czy tornado i, podobnie jak powódź właśnie, wymaga od nas po prostu wzmożonej solidarności i wyrzeczeń. Taką wersję zaprezentował m.in. w „Gazecie Wyborczej” p. Piotr Pacewicz, nawiązując wręcz bezpośrednio do budującego przykładu ofiarności powodziowej.
Niewykluczone, że przez nadchodzący rok lub więcej zmuszeni zostaniemy do zaciskania pasa. Pesymiści przewidują naszą zapaść na dłużej, ponieważ zbliżają się terminy spłat zagranicznego zadłużenia. A więc istotnie idą lata chude. Sądzę jednak, że wyrzeczenie to będzie całkowicie daremne, jeśli równocześnie nie uświadomimy sobie, że to, co się dzieje, nie dzieje się jednak przypadkiem, lecz jest logiczną konsekwencją tego, co stało się wcześniej. A więc, mówiąc otwarcie, że oglądamy właśnie ostateczne bankructwo nie tylko sposobu gospodarowania dobrem publicznym, uprawianego przez panów Buzka, Steinhoffa czy Bauca i ich politycznych mocodawców, ale przede wszystkim plajtę teorii gospodarczej, którą panowie ci odziedziczyli po swoich mentorach i z którą nie potrafili zerwać. Teorii, która nakazywała „schładzanie gospodarki”, rzekomo nadmiernie rozgrzanej w latach 1993-97, co spowodowało w efekcie jej nieomal śmierć kliniczną, pozbawiającą państwo dochodów. Teorii, która jako główny swój cel przyjęła walkę z inflacją, a więc w konsekwencji takie wywindowanie złotówki, które praktycznie zatłukło nasz eksport, skazując nas na życie z importu, w tym także zresztą – co wykazuje dokładnie w książce „Człowiek – Rynek – Sprawiedliwość” prof. Kabaj – importu bezrobocia. Która wreszcie do parodii doprowadziła proces prywatyzacji, nie mającej już dzisiaj nic wspólnego ani z modernizacją, ani z zasileniem kapitałowym naszej gospodarki i będącej jedynie, wygasającym zresztą, źródłem zasilania bieżącego budżetu, niczym wyprzedaż rodowych sztućców i sreber przez hulakę.
O tym wszystkim wiadomo było nie od dzisiaj. Ale każdy głos kwestionujący ekonomiczne cudotwórstwo obecnego prezesa Narodowego Banku Polskiego był głosem heretyckim, i to – powiedzmy szczerze – nie tylko wśród tzw. liberałów, ale także często wśród gospodarczych ekspertów lewicy.
Czy obecna katastrofa budżetowa będzie w tej kwestii momentem otrzeźwienia? Czy zdamy sobie sprawę, że oto dosięga nas właśnie ręka zza grobu, w którą zamieniła się „niewidzialna ręka rynku” ekipy, wytyczającej drogi naszej transformacji gospodarczej?
Oby tak było, choć wcale tak być nie musi. Bo oto wśród porad, jak wyjść z obecnego kryzysu, czytam najczęściej, że trzeba „ciąć po socjalu”, a więc zamrozić pieniądze emerytów, nie popuszczać nauczycielom, zmniejszyć „sztywne” wydatki na sferę budżetową. Z takim repertuarem porad wystąpił m.in. tuż po ujawnieniu – obliczanej wówczas na „zaledwie” 60 miliardów – „dziury budżetowej” p. Gadomski, do wspólnictwa w takim rozwiązaniu kryzysu finansów namawia obecnie lewicową opozycję wicepremier Steinhoff. Jest w tym spora doza perfidii. Oznaczałoby to bowiem w praktyce nie tylko przystanie na wersję „żywiołowego”, a więc niezależnego od niczyich działań i teorii, charakteru obecnego kryzysu, ale – co więcej – pogrzebanie już na starcie wszelkich nadziei na odmianę, jakiej oczekuje społeczeństwo po wygranych przez lewicę wyborach.
Cudów nie ma, lewica obejmując władzę, odziedziczy to, co odziedziczy i społeczeństwo nie ma co do tego złudzeń. Ale nie może dziedziczyć po swoich poprzednikach także ich sposobu myślenia, ich terapii poszukującej głównie oszczędności i „cięć” godzących w najsłabszych, nie zaś sposobów na zwiększenie dochodów państwa poprzez odmrażanie „schłodzonej” gospodarki, odbudowę gasnącego rynku wewnętrznego, może także zerwanie z wiernopoddańczym stosunkiem do obcego kapitału, zwalnianego z podatków i korzystającego ze swobody transferu osiąganych w Polsce zysków.
Nad kryzysem w Polsce i projektami jego rozwiązania unosi się bowiem oczywiście lęk przed reakcją zagranicy. Czy nie ucieknie od nas obcy kapitał? Czy podatek importowy na przykład nie spowoduje zmarszczenia brwi Unii Europejskiej, która i tak z dnia na dzień stygnie w zapale przyjmowania Polski do swego grona?
Otóż bardzo możliwe, że tak właśnie się stanie. Polska nie jest pierwszym krajem na świecie, który przeżywa kryzys finansowy. Ale Polska wlecze za sobą zadawnioną opinię „chorego człowieka Europy”, którą czteroletnie rządy prawicy dobitnie potwierdziły. Pytanie więc polega na tym, czy kontynuując obecną politykę gospodarczą, Polska w jakikolwiek sposób zbliża się do swoich europejskich celów? Czy też może atrakcyjniejszym partnerem dla integrującego się kontynentu będzie jednak kraj, który myśli samodzielnie, potrafi przede wszystkim zadbać o swoje własne zdrowie, a dopiero potem kłopocze się o akceptację tego przez sąsiadów?
W świetnej „Antologii czeskiego eseju”, która ukazała się niedawno, dobrze świadcząc o trzeźwości naszych południowych sąsiadów, jeden z autorów, rozpatrując europejską pozycję swego kraju, pisze, że jedynym narodem europejskim, któremu naprawdę zależy na istnieniu państwa czeskiego są Czesi. Niewykluczone, że dokładnie to samo da się odnieść do państwa polskiego i Polaków.

Wydanie: 34/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy