Preston

Preston

Co to jest Preston? “Preston jest bryłą skalną o wielkości Manhattanu. Jest prawdopodobne, że pewnego dnia zderzy się z Marsem lub Ziemią” – czytamy na wstępie książki wydawnictwa Philip Wilson “Pierwsze światło”. To właśnie autora tej książki, Richarda Prestona, uhonorowali astronomowie, nazywając jego imieniem groźną planetoidę. Preston jest więc dziennikarzem amerykańskim, popularyzatorem nauki, kimś takim, kim mógłby zostać Maciej Iłowiecki, gdyby nie zachorował na politykę i nie dał się jej pożreć. Może też by zasłużył na własną planetoidę? Pomyślcie Państwo, jakby to brzmiało: “Iłowiecki nadciąga!”, “Czy Iłowiecki spopieli Australię?”, “Nowo powstała sekta adwentystów sądzi, że Iłowiecki jest Bożym Aniołem Zagłady” – i tak dalej. A tymczasem nic z tego.
Pisanie o trudnych i wysoce abstrakcyjnych problemach naukowych można sobie ułatwić w ten sposób, że opisuje się raczej samych naukowców. Zamiast teorii względności, dywagacje o tym, co jadał na śniadanie i z kim się kochał Einstein. Rzeczywiście, łatwiej się to czyta, ale pożytek z takich książek jest dyskusyjny.
Astronomia to właśnie taki temat, a sam Preston poszedł drogą biografii – za co zresztą został przez swoich bohaterów-astronomów odpowiednio uczczony. Wszystko to obraca się wokół największego teleskopu świata, zwanego Halem, na Mount Palomar. Preston spędzi na teleskopowej górze kilkanaście miesięcy, dotarł do budowniczych obserwatorium, czy raczej tych, którzy ich jeszcze znali i pamiętali, opisał giganta i jego wielorakie wymagania. Jest to rzeczywiście bardzo ciekawe, choć zapewne można by było w analogiczny sposób przedstawić ekipę związaną z jakimkolwiek wielkim przedsięwzięciem. Co zresztą też miałoby pewien sens i to nie można powiedzieć, że wyłącznie plotkarski. Proszę sobie przypomnieć książki o “wielkich budowach socjalizmu”, różnie to z nimi było.
Ale “Pierwsze światło” to nie tylko opis mechanizmu i ludzi, którzy go stworzyli i używają dzisiaj. To przede wszystkim dzieje odkrycia kwazaru. Co to jest kwazar, tak naprawdę i do końca nie wiadomo. Ale na pewno są to skupienia światła potężniejsze niż cała galaktyka. Wszystkie gwiazdy, które gołym okiem możemy zobaczyć na niebie, z Drogą Mleczną włącznie, przy całym swym gigantycznym ogromie miliardów potężnych słońc są od pojedynczego kwazaru słabsze i mniejsze. Ale kwazary są straszliwie daleko i nawet największy teleskop świata pokazuje je jako mikroskopijną plamkę. Są najdalszymi dostrzegalnymi światłami wszechświata, co oznacza, że w dzisiejszym czasie nie ma ich już wcale. Po prostu przestały istnieć, a tylko ich światło wędruje jeszcze przez miliardy lat. Wobec czego przyjmuje się, że kwazary to część pierwotnej materii wszechświata, powstałe tuż po Wielkim Wybuchu. Z nich dopiero mogły powstać galaktyki, gwiazdy i po prostu wszystkie pierwiastki chemiczne. Czyli i nasze ciała były ongiś cząsteczką kwazaru. Ale na pewno nie wiadomo.
Odkrycie istnienia kwazarów nie było łatwe, wzięło się z połączenia techniki i matematyki. Dokonał tego zespół pod kierunkiem Maartena Schmidta. A książka Prestona nosi podtytuł “W poszukiwaniu krawędzi wszechświata”, bo właśnie odkrycie kwazarów sprawiło, że wielkość wszechświata powiększyła się o miliardy czy dziesiątki miliardów lat świetlnych. A co za nimi? Nic? Inne wszechświaty? I nie wiadomo, i nie wiadomo, czy będzie wiadomo kiedykolwiek… Wszechświat poszerza się od tysięcy lat, przecież względnie niedawno sądzono, że gwiazdy to jakieś otwory w okrągłej powłoce, otaczającej Ziemię, albo że są względnie niewielkie, a czas ich życia krótki. Teraz operujemy wielkościami, których już w ogóle nie możemy sobie wyobrazić. Czy świat ma 10 miliardów lat, czy 100, czy może 1000, to dla naszej wyobraźni całkiem obojętne.
Czego się w końcu dowiemy i czy jakikolwiek koniec w ogóle jest możliwy? Ignoramus et ignorabimus. Na pewno?

Wydanie: 38/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy